Trybunał Konstytucyjny w cieniu tajnych służb. Jaki przypadek łączy prezes Przyłębską, jej męża i sędziego Muszyńskiego?

Sędzia Julia Przyłębska i jej mąż ambasador Andrzej Przyłębski podczas dyskusji o TK w ambasadzie w Berlinie
Sędzia Julia Przyłębska i jej mąż ambasador Andrzej Przyłębski podczas dyskusji o TK w ambasadzie w Berlinie Fot: screen ze strony berlin.msz.gov.pl
Na prof. Andrzeja Przyłębskiego - męża prezes Trybunału Konstytucyjnego Julii Przyłębskiej - padł cień podejrzenia o współpracę z tajnymi służbami PRL, a w internecie krążą informacje o teczce dotyczące TW Wolfganga. Sędzia Piotr Muszyński, jeden z najbardziej zaufanych ludzi Przyłębskiej i jej faktyczny zastępca w Trybunale, też jest podejrzewany o kontakty ze służbami. Miał nawet zostać poproszony o opuszczenie Niemiec, ale nie wiadomo czy w związku z tymi zarzutami. Tak się składa, że cała trójka pracowała kiedyś w jednym czasie w polskiej ambasadzie w Berlinie. Czy to tylko najzwyklejszy splot przypadków?

Ministerstwo Spraw Zagranicznych oświadczyło, że nie posiada informacji jakoby IPN podważył prawdziwość oświadczenia ambasadora Polski w Niemczech, w którym ten zaprzeczył współpracy z SB. „Dyplomata kilkakrotnie przechodził procedurę sprawdzającą” - poinformował resort odnosząc się do doniesień na temat prof. Przyłębskiego. „Sprawa sygnatury w IPN jest znana MSZ” – napisano w oświadczeniu.
To oficjalne stanowisko, które absolutnie nie rozwiewa wątpliwości wobec przeszłości męża sędzi Przyłębskiej. Tym bardziej, że jak wyszło na jaw, ambasador nie został dotychczas zweryfikowany przez IPN. Oświadczenie lustracyjne wpłynęło do IPN w lipcu ub.r., kiedy Przyłębski został powołany na stanowisko ambasadora. Jak tłumaczy IPN, członkowie służby zagranicznej nie znajdują się w wykazie osób, których oświadczenia są weryfikowane poza kolejnością (należą do nich m.in. prezydent RP, marszałkowie Sejmu i Senatu, parlamentarzyści).



– W zasobie Biura Lustracyjnego znajduje się aktualnie ponad 370 000 oświadczeń lustracyjnych, które są sukcesywnie weryfikowane – zwraca uwagę IPN. Nawet posłowie PiS są zgodni, że gdyby potwierdziły się informacje dotyczące ambasadora - ten powinien podać się do dymisji. Podobnie wygląda sprawa podejrzeń wobec prof. Muszyńskiego. Ale sama praca w służbach specjalnych nie jest przeszkodą w sprawowaniu funkcji sędziego. Przeszkodą jest zatajenie tej służby.

Przypadki się zdarzają
Tak się złożyło, że Przyłębska, jej mąż i sędzia Muszyński pracowali kiedyś w tym samym czasie w ambasadzie Polskiej w Berlinie. Czy to zwykły przypadek, zapytaliśmy Piotra Niemczyka, byłego wiceszefa zarządu Urzędu Ochrony Państwa, dziś eksperta Fundacji Po.Int.

– I tak, i nie. Czasami przypadek powoduje, że ludzie długo ze sobą współpracują. Takiego zbiegu okoliczności nie można wykluczyć. Nie można wykluczyć, że byli tam zawodowo. Nie wiem, nie umiem odpowiedzieć na to pytanie, nie znam dokumentów dotyczących pana Przyłębskiego – mówi w rozmowie z naTemat Niemczyk. – Czytałem o panu Muszyńskim. Jeżeli miał jakieś relacje ze służbami, to być może jego praca w ambasadzie w Berlinie nie była przypadkowa, ale nie wiem tego – dodał.
W ubiegłym roku „Gazeta Wyborcza” pytała, czy sędzia Trybunału Konstytucyjnego Mariusz Muszyński wybrany z rekomendacji PiS, ukrył przed Sejmem, że w latach 90. służył w wywiadzie? Dziennikarze pisali, że w życiorysie, który przedstawił sejmowej komisji sprawiedliwości (opiniowała jego kandydaturę do TK), Muszyński pomija lata 90. Jedynie stwierdza ogólnie, że po studiach na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu „uczęszczał na prokuratorską aplikację pozaetatową”, a potem był szefem działu prawnego Ambasady RP w Berlinie. Pierwsza data, jaka pada w tym biogramie, to rok 2002.

Podejrzenia wobec sędziego Muszyńskiego
Powołując się na byłych pracowników służb, "GW” informowała, że w 1993 r. – po studiach prawniczych – Muszyński został przyjęty do UOP i skierowany na szkolenie w Ośrodku Kształcenia Wywiadu w Kiejkutach Starych”. Szkolenie miał ukończyć w 1994 r., po czym przez rok pracował w centrali UOP w Warszawie.

Potem w ambasadzie w Berlinie objął funkcję szefa działu prawnego. Według rozmówców „GW” miała to być „przykrywka” dla drugiego etatu – oficera służb. W 1996 r. na życzenie strony niemieckiej Muszyński musiał podobno w ciągu jednego dnia opuścić placówkę. Nie wiadomo z jakich przyczyn.
Po artykule "GW” koordynator służb specjalnych Mariusz Kamiński oświadczył, że sędzia Mariusz Muszyński nie jest funkcjonariuszem ani współpracownikiem Agencji Wywiadu. Czy pracował w przeszłości dla polskiego wywiadu? Tego Kamiński nie zdradził. Dodał tylko, że "jako Minister Koordynator Służb Specjalnych stwierdza, że nie ma żadnych przeszkód formalnych, aby Pan Profesor Muszyński mógł sprawować funkcję sędziego Trybunału Konstytucyjnego”.

Ważna osoba w Trybunale
O prof. Muszyńskim zrobiło się głośno ostatnio w kontekście rzekomego zatwierdzania i przeglądania korespondencji, która trafia do Trybunału. Biuro Trybunału zdecydowanie zaprzeczyło. Podobno chodziło o jeden list, który był adresowany do urlopowanego sędziego Stanisława Biernata i który został otworzony przez pomyłkę.

W rozmowie z naTemat Jerzy Stępień, były prezes TK komentował: – Z chwilą, kiedy okazało się, że jedną z najważniejszych osób w Trybunale jest pan profesor Muszyński, wszystko zaczęło mi się układać w logiczną całość. Jak wiadomo, pan profesor był kiedyś mocno związany ze służbami specjalnymi. Nie wiemy w jakim charakterze, czy był oficerem, podoficerem, czy tylko jakimś konsultantem. Nie wiemy tego, bo oczywiście tego nie wyjaśnił. Wiadomo tylko, że niemiecki rząd poprosił go o opuszczenie w krótkim czasie ambasady polskiej w Berlinie. On tam pracował razem z sędzią Przyłębską. Widzimy więc, że to jest teraz chyba najważniejsza postać w Trybunale (…) – spekulował Stępień.

Z oficjalnej biografii sędzi Przyłębskiej wynika, że do 2007 pracowała na placówkach dyplomatycznych w Niemczech m.in. jako radca ambasady RP w Berlinie, a także w konsulacie w Kolonii. Jej mąż, obecny ambasador - Andrzej Przyłębski w latach 1996-2001 też pełnił funkcję radcy Ambasady RP w Niemczech - jako attaché ds. kultury i nauki.
Czy łatwo przeciąć pępowinę łączącą kogoś ze służbami, pytamy Niemczyka? – Jest takie powiedzenie, że ze służb nie można odejść, ale według mnie można. Jeżeli pyta pan o kwestie formalne, to absolutnie tak. Mamy takie przypadki, że ludzie, którzy kiedyś działali w służbach, zostali przestępcami, przeszli na drugą stronę i nic nie wskazuje na to, żeby działali pod przykryciem. To jest kwestia mentalności, nawyków, otoczenia. W Polsce aż za bardzo można odejść ze służb, bo jednak służby powinny się interesować swoimi byłymi współpracownikami. W wielu krajach są takie rozwiązania, które mają zapobiegać temu, aby oni popadli w jakieś kłopoty – tłumaczy Niemczyk.

Bez nadzoru służb
– W Polsce nie ma żadnego formalnego nadzoru, obowiązku meldowania się. Jest obowiązek zachowania tajemnicy państwowej, ale jak wiadomo byli agenci piszą książki, różne rzeczy robią i nie bardzo się tym przejmują – dodaje Niemczyk.

Nasz rozmówca nie słyszał, by poza prof. Muszyńskim, na którymś z sędziów TK ciążyły jakieś podejrzenia o współpracę ze służbami. – Ale patrząc na życiorysy byłych sędziów TK, to jednak byli to zawsze ludzie jak żona Cezara. Środowisko prawnicze, ale także parlament, starało się wybierać sędziów poza podejrzeniami. Ten ostatni nabór jest niestety taki, że pojawiły się osoby, które nie mają choćby jakiegoś wyraźnego dorobku naukowego – podkreśla Niemczyk.

Napisz do autora: jaroslaw.karpinski@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...