Podziw dla fałszerza, respekt dla "rąk, które leczą". Za co powinieneś szanować Czesława Bojarskiego i Zbyszka Nowaka

"Ręce, które leczą" można oglądać na antenie Superstacji do dziś! screen z youtube.com
Pierwszy to genialny oszust z pasją, który żył w cieniu. Drugi to przedsiębiorczy iluzjonista o gołębim sercu, którego znamy z telewizji. Teoretycznie dzieli ich wszystko – Bojarski był fałszerzem, a Nowak zwykłym bioterapeutą, który nigdy nie wychylił się poza prawo. Praktycznie są do siebie bardzo podobni – w niezwykłym talencie do zarabiania pieniędzy i budowania własnej legendy.

Genialny fałszerz, czyli historia Czesława Bojarskiego

Podrobione przez niego franki są dziś cenniejsze niż oryginały. "To tak, jakby podrobiony Picasso był droższy od autentycznego dzieła – pisze Patryk Pleskot w książce "Przekręt. Najwięksi kanciarze PRL-u i III RP". Zapominany Polak, choć był oszustem, okazał się w swoim fachu geniuszem, który swoim talentem wprawił w osłupienie kolegów po fachu, a policję i banki doprowadził na skraj rozpaczy – po złapaniu Bojarskiego jego działalność okrzyknięto największą aferą fałszerską w dwudziestowiecznej Francji, a Bank Francji stwierdził, że ściąganie fałszywych banknotów z rynku wymaga zbyt dużych nakładów finansowych.
"Przekręt. Najwięksi kanciarze PRL-u i III RP"
fragment książki

Zadanie było trudne nie tylko ze względu na relatywnie niewielką liczbę fałszywek, ale też ich doskonałą jakość. Bez specjalistycznych badań przeciętni użytkownicy nie mieli szans na odróżnienie oryginałów od podróbek. Wtedy podjęto bezprecedensową decyzję. Zwołano konferencję prasową, na której ogłoszono, że Bank Francji zwróci pieniądze posiadaczom fałszywek Bojarskiego, którzy się ujawnią. Było to szokujące przyznanie się do porażki i bezsilności. Jak skomentowano w „Le Monde”, „Bojarski powinien docenić ten hołd oddany jego talentowi.”

Jak do tego doszło? Czesław Bojarski był inżynierem, architektem, żołnierzem, tułaczem, emigrantem, artystą i rzemieślnikiem. A przy okazji człowiekiem poszukującym nie tylko swojej pasji, lecz sposobu na zaistnienie, na bycie kimś innym niż dotychczas. Ta potrzeba najprawdopodobniej zrodziła się z nędzy i niechęci do podziałów środowiskowych. Bojarski pragnął dojść na szczyt na skróty, by zagrać dorobkiewiczom na nosie. W pewnym sensie, w końcu mu się to udało.



Kiedy podczas II wojny światowej wylądował na prowincji na środkowym południu Francji, trudno mu było związać koniec z końcem. Szukał różnych zajęć, jednak nie rezygnował z realizacji własnych pomysłów. "W 1943 r. opatentował projekt specjalnej, sferycznej zatyczki do pojemników. Skonstruował też model ruchomego fotela z drewna. Nie był to jednak czas sprzyjający tego typu wynalazkom" – pisze Patryk Pleskot. Dwa lata później przeniósł się do Paryża z nadzieją na dobrą posadę. Rzeczywistość szybko zweryfikowała jego plany – Bojarski słabo znał francuski, znów musiał więc zaufać swojej pomysłowości. Jak pisze autor "Przekrętu", w 1946 roku opatentował autorski projekt szczoteczki do zębów i kolejną wersję zatyczki na pojemniki. Zaprojektował też prekursorski plastikowy ołówek, nowy rodzaj maszynki do golenia,
a także model kapsułek na kawę. Planował produkcję swoich wynalazków, jednak powołana w tym celu firma zbankrutowała. A razem z nią Bojarski.

I tym razem mu się upiekło. Polak spadł na cztery łapy – poznał kobietę z dość zamożnej rodziny, z którą wziął ślub, a niedługo potem urodziły się ich dzieci. Żyli skromnie, głównie z pieniędzy teściów Bojarskiego. Urażona duma, niespełniona ambicja oraz fakt, że pracując uczciwie nie udało mu się utrzymać najprawdopodobniej przyczyniły się do decyzji o wkroczeniu na drogę oszustwa.

Czesław z powodu braku zajęcia zawodowego, miał mnóstwo czasu, a to z kolei pobudzało wyobraźnię. Zaczął interesować się produkcją materiałów papierniczych, nabywał kolejne tajemnicze przedmioty, które składował w swoim tajnym warsztacie i wymykał się do niego nocą, by konstruować sprzęt do podrabiania pieniędzy. Najpierw skupił się na stworzeniu papieru do złudzenia przypominającego ten, na którym drukuje się pieniądze. W pracy wykorzystywał swój niedoceniony ołówek. Jako pierwsze wypuścił banknoty tysiącfrankowe z podobizną kardynała Richelieu (sprzed denominacji w 1960 roku). Choć nie były doskonałe, nikt się nie połapał...

Interes się rozkręcał. Bojarski miał coraz więcej pieniędzy, więc mógł rozbudowywać swój warsztat. Wkrótce stworzył małą fabrykę pieniędzy, która ukryta była w osłoniętym zakątku ogrodu. Swoje przychody i tajemniczą działalność tłumaczył rodzinie drobnym handlem. Stwarzał pozory tak skutecznie, że jego żonie nigdy nie przyszłoby do głowy, że jej mąż jest jednym z najskuteczniejszych fałszerzy stulecia... "Jak sam potem obliczał, do czasu wprowadzenia nowej stufrankówki wyprodukował podróbki warte ok. 300 mln starych franków" – pisze Patryk Pleskot. Bojarski zaczął drukować mniejsze nominały, nie tylko upłynniał sfałszowaną gotówkę, ale sam płacił nią podczas podróży z rodziną, w hotelach, na stacjach benzynowych, sklepach z pamiątkami... Choć nie wpadł, podrobionych pieniędzy było na rynku zbyt dużo.

Fałszywe banknoty z fabryki Bojarskiego coraz częściej trafiały w ręce policji. Spędzały sen z powiek również bankom i politykom. Zrodziło się przekonanie, że we Francji działa nowa potężna grupa przestępcza, która zna nieodkryte dotąd techniki podrabiania pieniędzy. Szacowano, że składa się na nią co najmniej dziesięciu specjalistów, nie licząc gangu, który wprowadza gotówkę do obrotu. A Bojarski w dalszym ciągu działał sam i zbijał fortunę. Był ostrożny i niezachłanny, dzięki czemu w 1960 roku mógł kupić ziemię i zbudować piękny dom dla swojej rodziny. Dom, w którym ukrył prawdziwe nowatorskie laboratorium. W tym samym roku nastąpiła denominacja. Nowe franki oznaczały dla Bojarskiego wielkie zawodowe wyzwanie. Padło na stufrankowego "bonaparte". "Miał do dyspozycji minifabrykę papieru, domowej roboty blaszane matryce, mieszalnię tuszów, naczynia do podrabiania znaków wodnych,a nawet autorską maszynę do postarzania pieniędzy. A przede wszystkim – talent, pomysłowość i brak skrupułów" – pisze Patryk Pleskot.

I tym razem nie doceniono talentu Polaka – kiedy na rynku pojawiły się fałszywe wersje nowego franka, policja i banki zamarły z przerażenia. Banknoty były na pierwszy rzut oka nie do odróżnienia od oryginału. Nawet doświadczeni bankierzy nie wyczuwali pod palcami żadnej różnicy. Tajemnicą Bojarskiego było m.in. wykorzystywanie przy produkcji pieniędzy... kurzu i popiołu, który zbierał w kościołach. To dawało idealny efekt postarzenia.
"Przekręt. Najwięksi kanciarze PRL-u i III RP"
fragment książki

Jeszcze żadnej fałszerskiej szajce nie udało się tak dobrze podrobić jednocześnie faktury papieru, znaków wodnych i grafiki. Bojarski osiągnął poziom, który po dziś dzień pozostaje świętym graalem dla oszustów i nocnym koszmarem dla bankowców. Dopiero kilkugodzinna analiza eksperta była w stanie wykazać minimalne różnice między fałszywką a oryginałem.

Jednak Bojarski nie zdawał sobie sprawy z istnienia wszystkich zabezpieczeń, a pod mikroskopem widoczne były minimalne potknięcia. To, jak bardzo były niewidoczne przerażało policję i banki. Fakt, że fałszerz mylił się o jeden płatek maleńkiego kwiatka w lewym górnym rogu, że tylko jeden kosmyk Napoleona był ciut dłuższy niż w oryginale, że różowa farba pokrywająca kołnierzyk cesarza Francji wydawała się być odrobinę zbyt żywa, a czarna farba zbyt jasna udowadniało, że świat ma do czynienia z prawdziwym geniuszem.

Co zatem spowodowało, że Bojarski wpadł? Okazało się, że nie był on tak genialnym strategiem, co fałszerzem. Polak wprowadził do biznesu ludzi mniej ostrożnych i inteligentnych niż on sam – Antoniego Dowgierda, kolegę, emigranta z Polski oraz jego szwagra. Ich zadaniem było wprowadzanie gotówki na rynek poprzez kupowanie obligacji skarbowych, ewentualnie złotych monet. I o ile pierwszy wspólnik trzymał się tych ustaleń, tak drugi niestety nie. Na kupowanie obligacji upodobał sobie szczególnie urząd pocztowy przy rue Turgot w 9 dzielnicy
Paryża, w którym znaleziono fałszywe pieniądze.
"Przekręt. Najwięksi kanciarze PRL-u i III RP"
fragment książki

Jak zwykle podszedł z uśmiechem do okienka i poprosił o obligacje państwowe, wyciągając plik stufrankowych banknotów. Pouczona przez policję urzędniczka obsłużyła go, jak gdyby nigdy nic. Mężczyzna pożegnał się i wyszedł bez pośpiechu. W ślad za nim dyskretnie ruszyli funkcjonariusze Sûreté.

I tak, po nitce do kłębka policja trafiła do domu Bojarskiego. Wspólnicy nie kryli swego szefa ani przez moment. Jeszcze tego samego dnia, w którym Dowgierd i jego szwagier "wysypali" Bojarskiego, policja była pod domem fałszerza. Wspólników zwolniono z odpowiedzialności za współpracę z policją, a fałszerz dostał wyrok 20 lat pozbawienia wolności. Wyszedł po 13 za dobre sprawowanie. Zmarł w maju 2003 r. w wieku ponad 90 lat.

Dziś fani sztuki fałszowania Bojarskiego płacą za jeden stufrankowy banknot z jego fabryki nawet po 7 tys. euro. To kilkanaście razy więcej niż autentyczny banknot z tą samą datą! Jak pisze Patryk Pleskot, wydawnictwa Fayette we współpracy z Bankiem Francji stworzyły bazę ponad 7 tys. egzemplarzy podróbek Bojarskiego, dzięki której każdy posiadacz kultowego banknotu może sprawdzić, czy posiada "prawdziwy pieniądz, czy prawdziwe dzieło sztuki". Autor "Przekrętu" udowadnia, że los bywa bardzo przewrotny, bo pod koniec swojego życia to Bojarski został dotkliwie oszukany: W latach dziewięćdziesiątych XX w. Pewien szwajcarski przedsiębiorca wykorzystał projekty polskiego wynalazcy przy produkcji kapsułek na kawę. Zarobił na nich majątek. Gdyby chciał, mógłby sobie kupić trochę „autentycznych Bojarskich”. Może by nawet wypadało.

Ręce, które leczą i świetnie zarabiają, czyli historia Zbyszka Nowaka

"Czy zdarzyło Wam się siedzieć przed telewizorem z wyciągniętymi rękami i co jakiś czas energicznie klaskać na komendę uśmiechniętego pana z ekranu, który te ruchy zapożyczył zresztą z islamu? Jeśli tak, to na pewno poznaliście Zbyszka Nowaka – człowieka przekazującego energię kwantową przez zdjęcia, ekrany i butelki wody. To niewątpliwie zręczny biznesmen i osobowość obdarzona dużą charyzmą."

Tak zaczyna się rozdział "Przekrętu" autorstwa Patryka Pleskota poświęcony właścicielowi "rąk, które leczą". Przylepić mu łatkę oszusta jest łatwo. Choć nie jest przestępcą, wielu uważa, że "wciskanie ludziom kitu", że można uzdrowić widzów przez ekran telewizora zasługuje na miano nieetycznego. Patryk Pleskot nazywa go genialnym iluzjonistą, który chaotycznymi teoriami o kręgosłupach kwantowych, czakrach, bioenergii i miłosierdzia Pana Jezusa (jednocześnie!) powoduje, że wciąż ustawiają się do niego kolejki. Gdyby jednak porównać działalność Zbyszka Nowaka do tego, co robią np. producenci żywności, można uznać go za zupełnie niewinnego. W końcu nie od dziś wiadomo, że "zdrowe" okazuje się trujące, a przez ręce, które leczą jeszcze nikt nie cierpiał. Wręcz przeciwnie! Na czym zatem polega fenomen polskiego Kaszpirowskiego, uzdrowiciela, którego "adin, dwa, tri" stało się symbolem lat 90?

Wygląda na to, że Zbyszek Nowak ma coś dla każdego – dla fanów Harrego Pottera historie o tym, jak zranione ptaki odlatywały uzdrowione, gdy brał je w swoje ręce, kiedy był dzieckiem, dla fanów Paula Coelho odkrywcze stwierdzenia w stylu "Każdy człowiek ma jedno życie i jedno sumienie", "Można mylić się dwojako, wierzyć w coś, co nie jest prawdą, lub nie wierzyć w coś, co jest prawdą", lub "Nie można uciec przed samym sobą". W filozofii Nowaka znajdujemy również inspiracje Zygmuntem Baumanem: "Myśl stwarza doświadczenie i rzeczywistość. Można rzec, że cała rzeczywistość jest stworzona przez myśl" oraz Jezusem Chrystusem: "Wszelka moc płynie od tronu Boga, naszego Ojca w Duchu Świętym" i tak dalej... Patryk Pleskot przytacza szereg innych wątków w zainteresowaniach Nowaka, ale to nie one prowadzą do odpowiedzi za co powinniśmy go szanować. Sęk tkwi w tym, że biznes prowadzi konsekwentnie i na różnych płaszczyznach.

O ile konsekwencji próżno szukać w teoretycznych rozważaniach Nowaka nad sensem życia i drogą do wiecznej szczęśliwości, o tyle stałym wątkiem w jego życiu i pracy jest pomaganie innym. Bez względu na to czy angażował się w budowę przychodni oraz przedszkola w Podkowie Leśnej, czy przyjmował w domu owładniętych depresją i chorobami ludzi, z których "wyciągał" złą energię, pomagał całym sobą, a żeby związać koniec z końcem kiedy jego rodzinie nie wiodło się finansowo, robił bardzo wiele – nawet dewocjonalia oraz ołtarz do kaplicy Siótr Terezjanek. Był człowiekiem wielu talentów i pasji – zajmował się stolarką, warzywnictwem, kierował
zakładem przeróbki włókien itd. Jednak to bio-energo-biznes stał się prawdziwą żyłą złota i życiowym spełnieniem.
"Przekręt. Najwięksi kanciarze PRL-u i III RP"
fragment książki

„Porzuciłem więc wszelkie dotychczasowe zajęcia i poświęciłem się wyłącznie energoterapii”. Jak pisze w innym miejscu, „Gdy w 1986 roku od burmistrza stolicy państwa Katar otrzymałem medal za pomoc dziesiątkom obywateli tego kraju, zdałem sobie sprawę, że nie da się być trochę ogrodnikiem, trochę rzemieślnikiem, a trochę terapeutą. I wtedy zdecydowałem: będę pomagał ludziom w odzyskiwaniu i utrzymywaniu zdrowia”. W materiałach internetowych rzeczywiście można znaleźć awers i rewers medalu z napisem „City of Doha” i wizerunkiem żaglowca na tle zabudowań. Z tym że nie widnieje tam ani rok, ani nazwisko Nowaka.

Od tego momentu popularność uzdrowiciela rosła w niezwykłym tempie. Lokalna sława rozprzestrzeniła się na skalę krajową. Zjeżdżali się ludzie z całej Polski, jedni z nadzieją, drudzy żądni sensacji. Przełomowym momentem był rok 1990. Zbyszek Nowak zaczął organizować masowe spotkania w całym kraju, wydał książkę pt. "Fenomen bioterapii". Sprzedał ponad pół miliona egzemplarzy. Rok później ukazała się kaseta video pod tym samy tytułem i Zbyszek założył w końcu swoją firmę: Marian Zbigniew Nowak SUN, świadczącą usługi bioenergoterapeutyczne, która istnieje i świadczy do dziś!

W 1994 roku uzdrowiciel okazał się genialnym marketingowcem. Zaproszony do programu "Na każdy temat" Andrzeja Woyciechowskiego w Polsacie zabrał ze sobą kilka osób, które były żywym dowodem na potwierdzenie jego uzdrowicielskich mocy.
"Przekręt. Najwięksi kanciarze PRL-u i III RP"
fragment książki

Przy okazji udało się przemycić adres, pod którym urzędował terapeuta. Efekt był piorunujący: jak opowiadał sam Nowak na portalu Fakt24.pl, od stacji kolejowej w Podkowie Leśnej do bramy jego domu po obu stronach drogi stały samochody, a setki ludzi czekały na spotkanie. Sympatyczny, ujmujący i pewny siebie Zbyszek zrobił tak dobre wrażenie, że wkrótce otrzymał w stacji Polsat własny program, noszący znamienny tytuł Ręce, które leczą. Program wystartował w 1996 r.

Co było dalej pamiętamy wszyscy (po kilku latach oglądalność zaczęła spadać), jednak nie wszyscy zdają sobie sprawę, że program utrzymał się na antenie do dziś! Można go obejrzeć raz w miesiącu w Superstacji. W międzyczasie Nowak postawił obok swojego domu wielki namiot, w którym organizował spotkania dwa razy dziennie, codziennie. Występował również w Sali Kongresowej w Warszawie czy hali Wisły w Krakowie. Dziś co prawda namiot już nie istnieje, ale na stronie internetowej Nowaka możemy przeczytać dokładną rozpiskę najbliższych spotkań – jest ich naprawdę dużo, co trzy dni minimum. A propos strony internetowej – jest nowoczesna, czytelna i o wiele bardziej profesjonalna niż niejedna witryna promująca np. prywatną klinikę medyczną (skoro już jesteśmy przy uzdrawianiu).

W latach swojej świetności zarobił tyle, że Nowak rozbudował uzdrowicielski kompleks. Jak pisze Patryk Pleskot, wykupił kilkudziesięciohektarowe grunty bliżej centrum Podkowy Leśnej, ze stawem i jachtem. Pobudowano tam domki letniskowe, które można wynająć. Ponadto jest zapalonym pszczelarzem i produkuje miód, uprawia żeglarstwo oraz pasjonuje się fotografią.
"Przekręt. Najwięksi kanciarze PRL-u i III RP"
fragment książki

W uzdrowicielskim kompleksie działa swego rodzaju izba przyjęć. Bezpośrednie usługi, czyli spotkania indywidualne i grupowe, Nowak świadczy z reguły przez pierwsze trzy dni tygodnia. W pozostałe dojeżdża do dziewięciu miast w Polsce. W skali roku każde z nich odwiedza kilkakrotnie. Jak zapewnia, indywidualnie jest w stanie przyjąć od 20 do 40 osób dziennie. (...) Nowak zatrudnia niewielki sztab pracowników: asystentów, pielęgniarki, kierowcę, osoby do dbania o gospodarstwo, a także ochroniarzy, towarzyszących chlebodawcy w podróżach. Ktoś przecież musi czuwać nad grafikiem zajęć, prowadzić korespondencję. Liczba personelu jest zmienna, zależy od zapotrzebowania. Ważną rolę odgrywa druga żona Zbyszka, Aleksandra, odpowiedzialna za kontakty z mediami. Trudno o bardziej zaufanego współpracownika. Jak zdradza dziennikarce Onetu, „Zbyszek ma niesamowitą umiejętność przekuwania porażek na sukcesy”. Żyje się z nim „ciężko, ale idealnie. To nie jest sprzeczność”.

Po takiej rekomendacji małżonki – czy można odnieść większy życiowy sukces?

Napisz do autorki: ewa.bukowiecka-janik@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...