Damska pompka, czyli czego kobiety nie muszą już udowadniać w sporcie

Natalia Huzij
Natalia Huzij Fot. Maciej Stanik
Damska pompka śni mi się po nocach. Odkąd comiesięczne polecenie zapłaty gwarantuje mi niekontrolowany dostęp do przysłowiowej krwi, realnego potu oraz nie mniej realnych łez wywołanych aktywnością fizyczną, nieumiejętność zrobienia damskiej pompki w grupie nie mniej spoconych i załzawionych, co ja, osób stała się moim nowym: “stoisz na przed całą klasą na golasa”. Dodam, że wszyscy pozostali pompmpują, aż trzeszczą stawy - niektórzy po damsku, niektórzy - po męsku. A ja nawet po damsku nie umiem. No właśnie, “nawet”.

Moje koszmary nie wzięły się przecież ze strachu, że pod naporem własnego ciała połamią mi się, bądź co bądź sflaczałe, ramionka, ale z tego, że taka nomenklatura nadal funkcjonuje - przynajmniej w głowach amatorów. Pytanie, czy wśród wyciskających z nich siódme poty trenerów i trenerek również? O to, czy w sporcie jest jeszcze miejsce na jakieś “nawet” opowiadają kobiety, które rocznie robią pewnie więcej pompek niż wszyscy moi koledzy z redakcji razem wzięci.

U mnie pompek na kolanach nie nie robią “baby”
Lidia Zamyłko - trenerka i ambasadorka marki Nike, budzi respekt. Mijający nas na korytarzu konserwator na jej widok energicznie salutuje. ”No czy pan sobie ze mnie żartuje?” - pyta z uśmiechem - retorycznie, bo wzrok pana Zenka mówi wszystko. Nie powiem, że to strach, chociaż kto wie. Widząc chwilę później, jak Lidia zarzuca na plecy sztangę z obciążoną odważnikami o przekroju głowy słoniątka, nie byłoby w tym nic dziwnego. - Może to kwestia mojego charakteru - jak gdzieś wchodzę, to nie chcę powiedzieć, że ludzie się mnie boją... Ale fakt, że roztaczam wokół siebie jakąś taką aurę, że zarówno faceci, jak i babki czują respekt - odpowiada z tym samym rozbrajającym uśmiechem.
Pytam, czy dzieli pompki na męskie i damskie. - Nie dzielę ćwiczeń na “damskie” i “męskie” również z jednego powodu: panowie są w różnej formie. Bycie facetem nie oznacza, że z automatu jesteś mega wytrenowany. Nie chcę budzić w nich poczucia, że jak będą robili pompki na kolanach to będą jak “baba” - tłumaczy. - Inna sprawa, że często jak wchodzę na zajęcia to zwracam się do grupy: “Zrobiłyście?” zamiast “Zrobiliście”. Na początku zajęć często mówię: “Panowie, z góry przepraszam, jeśli będę się do was zwracać w formie żeńskiej”. To dlatego, że zwykle mam grupy w większości żeńskie - dodaje.
Lidia przyznaje, że z dyskryminacją na sali ćwiczeń raczej się nie spotyka, choć zdaje sobie sprawę z oczywistych różnic pomiędzy kobietami i mężczyznami o których boleśnie, i to dosłownie, przekonała się kiedy trenowała kick boxing.
Lidia Zamyłko

Było nas mało w grupie, więc często trenowałyśmy z facetami. Panowie mieli z tym duży problem. Nie chcieli z nami walczyć, nawet na sparingach, bo jak to tak uderzyć kobietę? Ale raz zdarzyło mi się, że chłopak autentycznie mnie pobił. Wyłączyła mu się funkcja dżentelmena - walczył ze mną, jak z drugim mężczyzną. Byłam totalnie zszokowana, że ktoś mnie potraktował w taki sposób. Miałam świadomość, że to trening, ale byłam zaskoczona, że on był w stanie walczyć ze mną, jak z facetem.

Dzisiaj jednak zdarza jej się łapać na tym, że ćwiczy z większym obciążeniem, niż faceci. - Jako trener - powinnam. Z drugiej strony, jako kobieta, zastanawiam się: “Kurczę, co oni sobie o mnie muszą myśleć?”. Chociaż właściwie i tak uważają mnie za cyborga, maszynę i robocopa - zaznacza, choć błysk w oku zdradza, że z pewnością nie traktuje tych przezwisk w kategoriach obelg.
A co, jeśli złośliwe komentarze dotyczą nie samej siły fizycznej, ale tego, w jaki sposób przekłada się ona na jej wygląd? - Komentarze na temat tego, że nie jestem kobieca, czy że mam za dużo mięśni, w ogóle do mnie nie trafiają. Chcę być przede wszystkim zdrowa. Tak długo, jak jestem zdrowa, to ile ćwiczę nie ma dla mnie znaczenia. Mam lustro w domu, wiem jak wyglądam i podchodzę na luzie - zapewnia.
Lidia Zamyłko

Zdarza się, że ktoś komentuje: “Boże, ale masz grube nogi”. Szczerze? Marzę o tym, żeby być eteryczną blondynką, ale to się nigdy nie wydarzy. Mam taką budowę, a nie inną. Moje ciało, jest ciałem osoby, która intensywnie ćwiczy, choć wbrew pozorom - nie “pakuje”. Po prostu mięśnie pojawiają mi się dość szybko - na ramionach, na udach, na pośladkach. Nie koncentruję się na tym, że gdzieś mam za dużo, gdzieś za mało. Myślę o tym, co mam fajnego. A wiem, że jest fajnych rzeczy, które budzą powszechny zachwyt.

Hejterów wysyłam na rurkę
W przeciwieństwie do Lidii, Kasia Bigos - trenerka fitnessu i zawodniczka pole dance - komentarzy na temat tego, że jest “robocopem” odpierać nie musi i... nie chce. - Ludzie widzą we mnie silną sportsmenkę, co bardzo mnie cieszy. Nie raz słyszałam komplementy w stylu: "O rany, ty to jesteś nie do zdarcia" - mówi siedząca przede mną filigranowa blondynka. I gdybym na własne oczy nie widziała, jak za pomocą siły mięśni oszukuje grawitację, chyba bym w te zapewnienia nie uwierzyła.

Pozory jednak mylą, o czym przekonuję się również pytając o, moim zdaniem oczywiste, złośliwe prztyczki, które zawodniczka pole dance musi od czasu do czasu odpierać. - Nigdy otwarcie nie spotkałam się z hejtem - zapewnia.
Kasia Bigos

Kiedy zaczynałam ćwiczyć byłam dziennikarką. I owszem, miałam lekkie obawy, co powiedzą ludzie z redakcji, kiedy zobaczą mnie na rurce. Okazało się, że zupełnie niepotrzebnie. Od początku walczyłam o zmianę sposobu myślenia o pole dance. Byłam jedną z pierwszych osób, które o tym pisały. Po pierwszym materiale, owszem, były komentarze od osób które widziały tylko rurę i kobietę. Dzisiaj właściwie nie spotykam takich opinii, choć zdaję sobie sprawę, że niezależnie od tego, jaka jest prawda, zawsze znajdą się osoby które będą postrzegały tę dyscyplinę w określony sposób.

Wszystkich, którzy postrzegają pole dance jako “pląsy wokół rury” Kasia zachęca, aby przyjrzeli się figurom wykonywanych przez zawodników. I tak, męska końcówka nie jest tu bez znaczenia, bo pole dance to dzisiaj dyscyplina w pełni demokratyczna: - Pole dance uprawia coraz więcej mężczyzn. Jest to właściwie rodzaj kalisteniki, z tą różnicą, że drążek nie jest poziomy, tylko pionowy - tłumaczy Kasia i poleca swojego ulubionego zawodnika: - Dimitri Politow jest po prostu kosmonautą. Kiedyś tańczył break dance, więc wyobraź sobie, jakie figury stara się przenieść do pole dance . Jeśli komuś coś tam się jeszcze kojarzy, to proponuję, żeby obejrzał jego występy - namawia.
Katarzyna Bigos

Jestem zachwycona, że w pole dance jest coraz więcej mężczyzn. Mam nadzieję, że dojdziemy do takiego momentu, kiedy dyscyplina będzie podzielona pod względem płci pół na pół. Jasne, faceci nie będą wykonywać pewnych figur, które robią kobiety - ze względu na budowę ciała, to oczywiste. Ale kogo to obchodzi? Jest 1500 innych figur, które genialnie rzeźbią sylwetkę - zarówno kobiecą, jak i męską. Poza tym, mężczyźni w pole dance radzą sobie świetnie, bo to bardzo siłowa dyscyplina.

Fakt, że Kasia trenuje siłę widać na pierwszy rzut oka, choć na sali jej sylwetka, jeśli wzbudza jakieś emocje, to tylko pozytywne: - Nie spotykam się z negatywnym odbiorem swojego ciała, raczej z uznaniem, co do pracy, którą wkładam w utrzymanie tego efektu. Zdarzyło mi się, że na siłowni zagapił się na mnie jakiś chłopak. Stał tak dłuższą chwilę, końcu podszedł i zapytał: “Ej, stara, co ty robisz, że masz takie doje*** plecy?”. I to nie miało być obraźliwe - on się autentycznie zainteresował, skąd u kobiety takie umięśnione plecy - wspomina z uśmiechem.
Katarzyna Bigos

Częściej więc niż na siłowni, moje ramiona komentują znajomi, którzy na siłownię nie zaglądają i mówią: “Uuu, łapę to ty masz”. Nie obrażam się, bo wiem, że mam. Od iluś-tam lat ostro codziennie naginam, czasem po kilka godzin, więc co mam nie mieć. Siła gdzieś się musi mieścić.

Racjonalizować łatwo, zastosować racjonalne argumenty w praktyce - trudniej i Kasia nie boi się przyznać, że początkowo problem z akceptacją swojej sylwetki miała: - Kiedy mięśnie zaczynały mi rosnąć - był to dla mnie problem. Ale z czasem moje wyobrażenie kobiecego ciała zaczęło się zmieniać. Dziś patrzę na siebie inaczej, a moje ciało jest symbolem wysiłku jaki włożyłam w to, żeby osiągnąć sukces. Jest powodem do dumy - zapewnia.
Nic nie muszę. Ale jak chcę, to zrobię
Natalia Huzij, poza tym, że jest trenerką personalną, bierze udział w zawodach sylwetkowych. Jeśli w tej chwili wyobraziliście sobie pulsująca żyłę na napiętym do granic możliwości bicepsie Arnolda S. pewnie znaleźlibyście wspólny język z jej bratem. - Był jedyną osobą, która miała problem z tym, że wychodzę na scenę - wspomina. - Stwierdził, że jak zacznę startować w zawodach, to będę “przepakowana”. Uspokajałam go, mówiłam, że wszystko mam pod kontrolą, że wiem, jakiej linii nie chcę przekroczyć - wspomina i dodaje, że kiedy w końcu zobaczył ją na scenie - był dumny.
Gdy pytam o krytykę ze strony osób, które zarówno zawodników jak i zawodniczki startujących w sportach sylwetkowych kojarzą nieodmiennie z klonami Arnolda, Natalia kategorycznie odpowiada, że takich opinii nie słyszała. I kropka. Trochę zdziwiona, podpuszczam: czy pokazy bikini fitness, bo właśnie w tej kategorii startuje, można w ogóle sportem nazywać? Natalia trochę się obrusza. - Lubię sport, lubię wyzwania, lubię wychodzić na scenę. Uwielbiam założyć fajny kostium i zaprezentować, to nad czym przez wiele lat pracowałam - tłumaczy dobitnie.

I lepiej nie pytać jej po co to robi, bo odpowiedź będzie jeszcze ostrzejsza: - Niektórzy siedzą w domu przed telewizorem i się opychają. Im też można zadać pytanie: “Po co to robisz?”. I jaka jest odpowiedź? Jeśli ci to nie przeszkadza - okej. Ale jeśli narzekasz - przestań i coś zmień. Ja nie narzekam - kocham, to co robię - deklaruje.
Choć wydaje się, że w sportach sylwetkowych panuje kult młodości i doskonałości, Natalia deklaruje, że jeszcze długo nie zamierza schodzić ze sceny: - To jest pasja na całe życie. Pod warunkiem, że nie zniechęcisz się po roku i nie stwierdzisz: “O nie, to za ciężkie, to ja wolę sobie robić paznokcie, zamiast ćwiczyć. Jak będę staruszką, która dobrze wygląda - nadal będę startować. Kto mi zabroni? Na zawodach są 60-latki, które robią szpagaty, a trzy razy młodszy kulturysta tylko stoi i się patrzy, bo tak nie potrafi - mówi z uśmiechem, choć zaraz dodaje, że wikłania się w damsko-męską rywalizację zależy jej na uzyskaniu satysfakcji - własnej.

Nie rywalizuję. Jeśli mam cel pod tytułem: “Nauczyć się robić szpagat”, to robię w tym kierunku wszystko, co mogę, ale nigdy dlatego, że wszyscy w klubie już ten szpagat umieją. Moja praca nie polega na tym, że mam sobie za wszelką cenę coraz więcej dokładać. Znam swoje granice. Trenuję sylwetkowo, owszem, ale też nie przesadzam. Nigdy nie będę wyglądała “jak facet” - podkreśla.

To ostatnie zdanie mogłyby wygłosić również moje dwie poprzednie rozmówczynie. Mało tego, wszystkie zgodnie podkreślają, że w szranki z facetami nie muszą stawać. - Co to za zaszczyt dla kobiety rywalizować z facetem? Ja nie mam takiej potrzeby - podsumowuje Lidia.

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...