"Kozaczą, uprawiają gody na parkiecie". Sopot chce się pozbyć "dzieciarni" z klubów. Wejście tylko od 21 lat

Sopocka policja chciałaby, żeby kluby były puste już o trzeciej nad ranem.
Sopocka policja chciałaby, żeby kluby były puste już o trzeciej nad ranem. Fot. Maciej Świerczyński / Agencja Gazeta
Już niedługo, by wejść do klubów w całym Sopocie, może nie wystarczyć dowód osobisty. Część właścicieli lokali otwarcie deklaruje, że chciałaby przyciągnąć nieco starszą klientelę. Taką w wieku co najmniej 21 lat, która nie powoduje tylu problemów wymagających interwencji policyjnej, a przy okazji jest zamożniejsza. Ale wjazd do klubu od 21. roku życia to żadna nowość. Funkcjonuje w wielu polskich lokalach i ma zarówno swoich gorących zwolenników, jak i przeciwników.

Awanturują się, szukają guza, a szczególnie aktywni są nad ranem. To goście sopockich klubów. Tamtejsza policja uważa, że lokale w tej letniej stolicy Polski powinny być zamykane nie około piątej nad ranem, a nawet o trzeciej. Powód? Właśnie między czwartą a piątą według funkcjonariuszy na ulice wytaczają się najbardziej pijani klienci. A co za tym idzie – najbardziej agresywni.

Co na to sopockie kluby? Część z nich uważa, że problem leży nie w "godzinach pracy", a w wieku gości. Niektóre domagają się wręcz, aby do klubów w całym mieście wpuszczano jedynie osoby, które mają dowód od chociaż trzech lat. – Wpuszczanie do klubów osób powyżej 21. roku życia przyczyniłoby się, naszym zdaniem, do znacznej poprawy bezpieczeństwa w Sopocie – uważa Arkadiusz Hronowski, szef sopockiego SPATiF-u, cytowany przez TVN24.

Same z nimi problemy
Ale agresja to tylko jeden problem. Bardzo często zdarza się, że najmłodsi klienci klubów zwyczajnie nie potrafią się w nich zachować. – Tak bardzo bym chciała, żeby wpuszczali u nas chociaż od tych 21 lat – mówi mi anonimowo dziewczyna pracująca w jednym ze stołecznych klubów. Nie chce mówić oficjalnie, ponieważ jej lokal jest przeznaczony dla studentów. Żyje więc właśnie z tych "dzieciaków", których szczerze nie znosi. – Przyjeżdżają do Warszawy na studia, w końcu nie stoją nad nimi rodzice i odbija im. Mają się za królów życia, a zdecydowana większość z nich po prostu przepija to, co dała im mama na jedzenie czy wynajęcie pokoju. Nie mają szacunku do nikogo poza sobą, pracowników traktują z wyższością – opowiada.

Dlatego też w niektórych klubach w Warszawie gości poniżej co najmniej dwudziestki widuje się niechętnie. – Sam target naszych klientów jest inny. Dla nas im starsi, tym lepsi, mamy gości głównie po trzydziestce. Nie celujemy w studentów. Ludzie w takim wieku są też mniej problemowi niż osiemnastolatkowie – dowiaduję się w słynnej warszawskiej Enklawie, gdzie w regulaminie jest jasno zaznaczone, że wejść można dopiero od 21 lat.

Takie rozwiązanie podoba się Marlenie, która ma 27 lat i chętnie imprezuje w stołecznych klubach. – Po części wydaje mi się, że to sensowne rozwiązanie, ale z drugiej strony być może wystarczyłoby, gdyby pilnowano chociaż tych osiemnastu lat. Bo w praktyce to różnie wychodzi, a ciężko patrzeć na młodych ludzi zataczających się i nie mających pojęcia, co przed chwilą wzięli – mówi.
Marlena

Kiedyś zbierałam jednego dzieciaka znad Wisły, naćpanego, bez kontaktu. Jak nie wpuścisz ich do klubu, to znajdą inną rozrywkę, niekoniecznie lepszą, ale mimo wszystko chyba i tak lepiej się bawić bez nich, tym bardziej, że te małe szczyle nawet próbują podbijać, a czasami nie mają nawet 17 lat.

"Gimbaza" w klubach irytuje również 25-letnią Gosię. – Często w chamski i pewny siebie sposób zaczepiają dziewczyny, a jak im mówisz, że nie jesteś zainteresowana, to dalej drążą. Kiedyś gość się do nas przyczepił w palarni i łaził za nami. Zupełnie do niego nie docierało, że nie mamy ochoty spędzać z nim czasu. A na dodatek zamówił sobie piwo na nasz rachunek... Często strasznie kozaczą, jak się uchlają, to urządzają gody na parkiecie, ocierają się okrutnie – opowiada.

Natomiast 29-letnia Olga ma zgoła odmienne zdanie. – Niech sobie wchodzą małolaty, i tak się nie mają gdzie podziać, a w zimę na dworze wódkę pić to słabo. Mi by było smutno, jakbym musiała czekać 3 lata więcej na wejście do klubu – twierdzi.

Selekcja naturalna
Bo nie każdemu młodzież w klubie przeszkadza. Zresztą często jest tak, że nie garnie się ona tam, gdzie jej nie chcą. Studenci najchętniej przecież siedzą we wspominanych już klubach studenckich.

– Nie znam wielu osób poniżej 21 lat, które się mega rozbijają po klubach, raczej biorą udział w imprezach studenckich. A to zupełnie inna kategoria – twierdzi 30-letni Łukasz, który przez wiele lat działał w samorządzie Uniwersytetu Warszawskiego. Z organizacją imprez dla studentów jest za pan brat i uważa, że takie obostrzenia nie są potrzebne. – Nie powinno być takich ograniczeń. To znaczy do niektórych (klubów – red.) już tak jest, ale wiadomo, że tam raczej nie przychodzą, bo to nie dla nich miejsce.

Każdy kiedyś miał 18 lat
Ograniczeń nie rozumie także Blvck Svlvmi, czyli po prostu Mateusz, który jest didżejem. – Zapomniał wół, jak cielęciem był – mówi mi. Ale jednocześnie dodaje, że patrzy na to przede wszystkim biznesowo. – Kluby powinny wpuszczać od osiemnastego roku życia, bo to są pieniądze zarówno dla klubu, jak i dla artystów grających. Często jest tak, że jak klub nie chce płacić artystom, to z tego względu, że przyszło za mało ludzi – przekonuje mnie.
Blvck Svlvmi

Ja jestem didżejem i zarabiam na nich. Szanuj gimba swego. Tak powiedział Jacek Graniecki, znany jako Tede.

– Po to wprowadzono selekcję, żeby odpowiednio wyważyć ludzi w klubie – podkreśla. A najgorsze zdanie ma nie o osiemnastolatkach, a o… pijanych dziewczynach 21+. – Małolaci nie mają pieniędzy. Wchodzą za darmo z listy facebookowej, wypiją cztery browary, bo nie mają na więcej, i bawią się. Zresztą, jak małolat chce, to i tak wejdzie. Ja przeklejałem zdjęcie na legitymacji szkolnej – wspomina.

Pytam więc, co jest nie tak z tymi pijanymi dziewczynami. – No jak to co, historie z cyklu "widziałam jak się na nią gapisz". Panika, płacz, zalecanie się do didżeja, żeby zezłościć swojego chłopa. Jak jest parka, taka Ania i Mateusz, i ta Ania trochę przesadzi, to chłop musi ją ogarniać. A Ania przecież nie pozwoli mu na to, bo jest pijana i chce się dobrze bawić. Więc gania ją po klubie, żeby sobie nic nie zrobiła, albo żeby nic nie zrobiła z jakimś innym Marcinem – tłumaczy.

A o awantury, bardziej niż nastolatków, podejrzewa facetów w koszulach przed trzydziestką. – Kluby studenckie to jednak inna historia, bo w sumie czego się można spodziewać po miejscu, gdzie piwo jest za dziesięć złotych. Najczęściej po prostu nie ma reguły – podkreśla.

Napisz do autora: piotr.rodzik@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...