Urodziłaś się supermenką, wiesz? Oto 7 niepozornych zdań, które słyszałaś w dzieciństwie. To one niszczą girl power

Urodziłaś się supermenką! Prawo autorskie: choreograph / 123RF Zdjęcie Seryjne
Pamiętasz narastającą złość, kiedy jako dziecko mówiłaś głośno "nie chcę!", a babcia kiwała głową z dezaprobatą, powtarzając: "nie denerwuj się tak złotko, bo złość piękności szkodzi!"? A to przejmujące poczucie winy, kiedy wmawiano ci, że "mama przez ciebie płacze"? Pewnie w pamięci nosisz też bolesne porównania do siostry czy groźby, że jeśli będziesz taką jędzą, to na pewno żaden chłopak nie będzie cię chciał...? Jeśli tak, zapewne uważasz, że girl power to mit. Przeczytaj, a dowiesz się, skąd u ciebie te krzywdzące przekonania.

1. Jeśli będziesz TAKA, nikt cię nie zechce, czyli lekcja budowania kompleksów

To zdanie to brat bliźniak obecnego w niemal każdym domu: "Jak nie będziesz się uczyć, skończysz, zamiatając ulice!". No cóż, jak widać, choć nie zawsze mogłyśmy pochwalić się świadectwem z paskiem, "jakoś" udało się uniknąć etatu konserwatorki powierzchni płaskich. Na przytoczoną mroczną wizję naszej kariery zawodowej reagowałyśmy zazwyczaj, przewracając oczami i symulując naukę, zasłaniając się książką, pod którą chowałyśmy najnowszy numer "Bravo Girl". Jednak gdy przyszło nam zmierzyć się z groźbą, że jeśli nadal nie będziemy sprzątać swojego pokoju, zostaniemy same jak palec, otoczone kotami, słuchając smutnych piosenek, brakło nam przebojowości i pewności siebie. Niestety – grożenie samotnością, jako motywacją do zrzucenia kilku kilogramów lub regularnego porządkowania swoich rzeczy kończy się coraz cięższym bagażem kompleksów.
Mieczysław Jaskulski
Laboratorium Psychoedukacji

Dla dziecka rodzic jest wyrocznią i najwyższym autorytetem. Dzieci wierzą we wszystko, co mówią rodzice, traktują ich słowa jak jedyną prawdę o świecie i o ich samych. Oczywiście to się z wiekiem zmienia, ale im więcej rodzice namieszają nam w głowach we wczesnym dzieciństwie, tym trudniej jest pozbyć się toksycznych złogów. Kiedy mała dziewczynka słyszy groźbę, że jeśli się nie zmieni, nikt jej nie będzie chciał, nie obchodzi jej tak naprawdę, czy w przyszłości znajdzie sobie męża. Ona słyszy, że to rodzic jej nie chce, tu i teraz, za to, jaka jest. A to jest jednoznaczne z utratą miłości rodzica.

Oto wytłumaczenie, dlaczego groźby o zamiataniu ulic nie bolały nigdy tak bardzo, jak grożenie palcem, że leniwe, rozkapryszone i marudne, zostaniemy same. Zostałyśmy same już wtedy, pozbawione złudzeń, że jeśli będziemy sobą, będziemy wartościowe. Nawet jeżeli rodzice kochali nas całym sercem, a powtarzając to okrutne zdanie wierzyli, że robią nam przysługę, miałyśmy prawo wątpić w ich dobre intencje, bo usłyszałyśmy, że takie jakie jesteśmy, jesteśmy dla nich niewystarczające.


Konsekwencją takiego przekazu jest również utrwalenie stereotypów, np. że mężczyźni wolą kobiety szczupłe i zaradne. A jak wiadomo, każdy mężczyzna ma swoje upodobania, niezależnie od trendów. Na szczęście ze stereotypami można walczyć na poziomie myśli, przekonań i zdobywania wiedzy o świecie wraz z biegiem czasu i dojrzewaniem, więc nie jest to najgorsze następstwo takich zachowań rodziców.

Pod wpływem tego typu komunikatów przetasowujemy priorytety – skoro tylko kobiety pracowite są godne uwagi, to znaczy, że praca jest numerem jeden. Nie nasze samopoczucie, lecz obowiązki. Czy to recepta na szczęście? Na pewno nie.
mieczysław jaskulski
Laboratorium Psychoedukacji

Dziewczynka, która słyszy, że jest za gruba, by znaleźć męża, z pewnością powiąże swoją samoocenę z wyglądem zewnętrznym. Wytykanie dzieciom ich wad powoduje, że w przyszłości będą one zwracały uwagę przede wszystkim na swoje słabe strony, a nie zalety. Że nie będą potrafiły docenić, a może nawet zauważyć tego, co w nich dobre, wartościowe, fajne. Najbardziej szkodliwe jest jednak budowanie przekonania, że na miłość trzeba sobie zasłużyć. Skoro to, jaka jestem, nie wystarczy, muszę się wkupić w czyjeś łaski, pokazać, że jestem kimś innym niż jestem.

W ten sposób odgradzamy się od siebie samych, przestajemy siebie lubić. A to pierwszy silny kopniak w budowanie poczucia kobiecości. Lęk przed samotnością, który odczuwamy jako dorosłe kobiety to tak naprawdę obawa, że potwierdzi się groźba z dzieciństwa – przepowiednia, że nie jesteśmy wiele warte.

2. Nie możesz być taka jak twoja siostra? - czyli lekcja poniżania

Porównywanie się do innych jest zupełnie naturalnym i nietoksycznym, a czasem nawet bardzo inspirującym elementem naszego myślenia o sobie – pod warunkiem, że mamy mocne fundamenty zwane samooceną. Jeśli zaś porównywanie się z innymi kojarzy ci się wyłącznie z nieracjonalnym poczuciem bycia gorszą, najprawdopodobniej nieraz usłyszałaś w dzieciństwie bolesne: "nie możesz być taka jak inni?"

Najczęściej spotykana wersja porównania z poniżeniem, przytaczana jako kultowy tekst matek, to gdy zachwycone dzieliłyśmy się informacją o czwórce z polskiego, słyszałyśmy: "a co dostała Dorotka? Ojej, piątkę... No widzisz, mogłaś się postarać". Niestety – poczucie niedocenienia, podcięcie skrzydeł czy przekucie sukcesu w porażkę to eufemizmy wobec tego, co wówczas działo się w naszych głowach naprawdę...
mieczysław jaskulski
Laboratorium Psychoedukacji

Moja pięcioletnia córka wciąż bawi się z dziećmi w przedszkolu w "kto ostatni, ten zgniłe jajo". Bycie ostatnią, a przez to zgniłym jajem (cokolwiek to znaczy), jawi jej się jak najgorszy koszmar. Choć my, dorośli mamy ochotę machnąć na to ręką z myślą "jakie znowu zgniłe jajo, co to za dziecinada", tak naprawdę sami wciąż tkwimy w tej grze. Bo prawda jest taka, że "kto ostatni w wynikach sprzedaży w korporacji, ten też zgniłe jajo", choć nie nazywamy tego w ten sposób.

Zatem poddawanie w wątpliwość swojej wartości w zależności od tego, ile sukcesów, a ile porażek mamy na koncie względem innych, to nawyk bardzo wyniszczający, przez który nigdy ani przez moment nie poczujemy się zwyciężczyniami. Porównywanie ze wskazaniem, kto jest lepszy, a kto słabszy, którego doświadczamy w dzieciństwie, skutkuje tylko tym, że czujemy się słabsze, brakuje nam wiary we własne możliwości. Co z tego, że doskonale będzie nam wychodziło stawianie sobie wysoko poprzeczki, skoro nawet jeśli ją przeskoczymy, nie poczujemy satysfakcji?
mieczysław jaskulski
Laboratorium Psychoedukacji

Porównywanie dziecka do innych, którzy obiektywnie byli lepsi (bo np. dostali 5., nie 4.) to nie jest dopingowanie, lecz wdeptywanie go w ziemię. W ten sposób albo wpędzimy dziecko w depresję albo spowodujemy, że w życiu będzie ono uprawiało biegi na wyniszczenie, czyli udowadnianie całemu światu za wszelką cenę, że da radę. Z każdym ciężarem. Również reakcje rodziców są ważne – jeśli pokazują oni rozczarowanie i obawy w związku z tym, co dziecko robi, wspierają je w negatywnym myśleniu o sobie. Zarażają je obawami, a co za tym idzie - brakiem wiary w siebie.

Jakiś czas temu w sieci krążył mem, który głosił: "Cokolwiek robisz dobrze, pamiętaj, że w Chinach jest milion dzieci, które robią to lepiej". To gorzkie słowa tylko na pozór. Pokazują one bowiem, że porównywanie się z innymi obiektywnie nie bardzo ma sens. Zawsze znajdzie się ktoś gorszy i ktoś lepszy od nas. Czy to o czymkolwiek świadczy? Z pewnością nie. Wyznacznikiem naszych sukcesów powinno być nasze samopoczucie. Jeśli czujemy się spełnione i szczęśliwe, jakim prawem ktoś miałby kwestionować naszą wartość?

3. Mama przez ciebie płacze, czyli lekcja współuzależnienia

Scena z popularnego filmu "Amelia", celowo przerysowana, pokazuje ten schemat jak na dłoni – mała Amelka dostaje aparat fotograficzny od rodziców i zaczyna fotografować otaczający ją świat. Wtedy złośliwy sąsiad, by ją przestraszyć, wmawia jej, że za każdym razem gdy ona naciska spust migawki, gdzieś na drugim końcu świata dzieje się tragedia. Kiedy przerażona dziewczynka przełącza kanały w telewizji i na każdym widzi czyjś pogrzeb, pożar lub wypadek samolotowy, jest przekonana, że całe zło na świecie to jej wina. Filmowa bohaterka szczęśliwie orientuje się, że sąsiad zechciał ją oszukać i postanawia się dotkliwie zemścić. Jednak jeśli my jako dorastające kobiety dostawałyśmy po głowie komunikatami z serii "twoja wina" regularnie od własnych rodziców, raczej nie miałyśmy szans, by się w porę z nich otrząsnąć.

To zdanie słyszałyśmy setki razy w różnych wersjach, również popularnej: "Wpędzisz mnie do grobu". Prawda jest taka, że nikt z nas nie płacze z czyjegoś powodu, zawsze płaczemy z własnego – z powodu naszych uczuć, jakie wywołuje w nas czyjeś zachowanie. Zatem nasz stan, w jakim się znajdujemy, jest tylko i wyłącznie naszą sprawą, mieszanie do tego innych jest zrzucaniem odpowiedzialności za własne samopoczucie, którego sami nie potrafimy udźwignąć.

A dziewczynki dźwigają bardziej, bo prócz tego, że słyszą i widzą, do jakiego stanu potrafią doprowadzić swoją matkę czy ojca, to jeszcze dokłada się im szowinistyczne: "bądź mądrzejsza, jesteś dziewczynką". Taki mix to mieszanka wybuchowa, która owocuje nadodpowiedzialnością, wiecznymi wyrzutami sumienia oraz przekonaniem, że możemy mieć wpływ na to, na co realnie nie mamy żadnego wpływu.
Mieczysław Jaskulski
Laboratorium Psychoedukacji

Żyjąc z przekonaniem, że przez nas rodzice cierpią, wyrastamy na osoby nadopiekuńcze, nadodpowiedzialne oraz gotowe do pomocy każdemu i zawsze, ignorujące w ten sposób własne potrzeby. To filary współuzależnienia, które jest plagą wśród współczesnych kobiet. Przekonanie "zawsze muszę sobie dać radę" oraz że to do mnie należy pocieszycielska rola, kiedy komuś dzieje się krzywda, wynika z poczucia odpowiedzialności za wszystko i za wszystkich. Tracimy kontakt z tym, co realne, bo przy okazji wydaje nam się, że mamy wpływ na to, co kompletnie nie jest w naszym zasięgu. Osoby współuzależnione myślą: skoro ktoś przeze mnie cierpi, dzięki mnie może być szczęśliwy. I spalają się na zadowalaniu wszystkich prócz siebie.



Stąd tyle związków, które kończą się, bo ona "zagłaskała go na śmierć", stąd przekonanie, że mężczyźni wolą zołzy i w końcu stąd tyle nieszczęśliwych kobiet, których życiową rolę porównać można do roli worka treningowego, przede wszystkim w sensie emocjonalnym...

4. Złość piękności szkodzi, czyli lekcja ignorowania własnego potencjału

Znacie jakąś zamkniętą w sobie góralkę? Taką, która nie potrafi krzyknąć, która wstydzi się głośno śpiewać i boi się tupnąć nogą, jak ktoś ją zdenerwuje? Daje głowę, że nie. A znacie kogoś, kto góralek nie lubi i nie podziwia? No właśnie... Nic dziwnego – w tamtych stronach uroda nie stoi ponad temperamentem i tym, co faktycznie ma się do powiedzenia. A przynajmniej nie było tak przez wiele pokoleń i za to kochamy kobiety z gór – za siłę, która od nich bije, za szczerość i... za odpowiednio wyrażaną złość.
Barbara Wojewódzka
specjalistka psychoterapii uzależnień

Złość to cudowna, naturalna, silna emocja, to motywujące uczucie, które jest początkiem wyrażania siebie. To dzięki niej możemy mówić głośno: nie podoba mi się, nie chcę, nie lubię. Okazywanie złości to konieczność nie tylko ze względu na naszą higienę psychiczną, ale również z powodu ogromnego potencjału, jaki złość w sobie ma. To ładunek energetyczny, który możemy wykorzystać na swoją korzyść. To siła, która popycha nas do zmian, która jest elementem siły każdego człowieka, jednak kobietom została odebrana, bo kobieta "powinna" kojarzyć się ze słabością. Nie ma uczuć pozytywnych i negatywnych. Wszystkie emocje są równe. To, jak je postrzegamy, zależy od tego, jak zostały nam one przedstawione, kiedy byliśmy dziećmi – to raz. A dwa – fakt, że uczucie złości jest trudniejsze niż np. nudy czy zadowolenia, wcale nie oznacza, że jest złe i mielibyśmy go unikać. Wręcz przeciwnie.

To, co tracimy razem z umiejętnością wyrażania złości, to jedno. Ale jest coś jeszcze – poczucie bycia mniej ważną, sprowadzoną do poziomu ślicznej, bezbarwnej lalki, która pod wpływem zdania "złość piękności szkodzi" traci grunt pod nogami i przekonanie, że jej zdanie, obecność i to, co czuje, w ogóle dla kogokolwiek się liczy. Nawet jeśli usłyszymy to okrutne porzekadło w wieku, w którym wiemy już, że uroda nie ma tu nic do rzeczy, to cios w naszą kobiecość został zadany – traktują nas z pogardą, więc być może, aby być traktowaną poważnie, rzeczywiście nie opłaca się złościć...?

5. Jesteś najlepsza, czyli lekcja chorych ambicji

Sporo już było o poczuciu bycia gorszym, o narastających kompleksach i braku wiary w siebie. Pora na kolejny filar kobiecej siły, który niebezpiecznie chwieje się pod wpływem toksycznego zdania powtarzanego przez naszych rodziców. "Jesteś najlepsza", czyli najgorszy komplement, który możemy podarować dorastającej dziewczynie.
mieczysław jaskulski
Laboratorium Psychoedukacji

Wysoko postawiona poprzeczka i nierealne oczekiwania wobec siebie to dwie zupełnie różne rzeczy. Pierwsza z nich jest w porządku, o ile wiąże się z umiejętnością przegrywania i stałym poczuciem swojej wartości. Natomiast jeśli wyścig po sukces oznacza wyścig po elementarną potrzebę w postaci akceptacji samej siebie, nie jest dobrze. Wpieranie dziecku, że jest najlepsze, najładniejsze i najmądrzejsze spowoduje, że będzie czuło się wyjątkowe, inne niż reszta i takie zawsze będzie chciało się czuć. Kiedy tylko okaże się, że jest inaczej może przeżyć szok i załamanie, a w następnej kolejności wstanie i zacznie biec po tytuł "naj".

Dlatego to normalność jest bardziej w cenie niż wyjątkowość. Przekonanie, że jest odwrotnie, nie tylko wbija nas w kompleksy, ale również powoduje, że nie potrafimy doceniać tego, co mamy, ani dostrzegać swoich sukcesów. Tymczasem dziś wciąż wydaje nam się, że najgorsze, co może nam się w życiu przytrafić, to przeciętność. Prawda jest taka, że wszystkie jesteśmy i przeciętne, i wyjątkowe zarazem – wszystko zależy od punktu widzenia. A najważniejszy jest nasz własny.
mieczysław jaskulski
Laboratorium Psychoedukacji

Zawsze, gdy ktoś czuje się lepszy lub gorszy, traci szansę na prawdziwy szczery kontakt z drugim człowiekiem. Osoby, który mają zburzone poczucie własnej wartości w jedną lub drogą stronę, nie będą w stanie budować w pełni zdrowej relacji, bo dadzą w niej nieprawdziwego siebie. Albo będą poszukiwać potwierdzeń swojej wyimaginowanej wyjątkowości, albo pocieszenia, że nie są aż tak marne, jak im samym się wydaje. W ten sam sposób będziemy też traktować innych ludzi – "przeciętniacy" będą w naszym odczuciu mniej warci niż ci "wyjątkowi". Jak wiadomo, takie etykietowanie i wartościowania nie pomaga ani w związkach, ani w budowaniu przyjaźni.

6. Nie masz powodu, by płakać, czyli lekcja bycia nikim

Efekt podobny, co w przypadku straszenia dziewczynek, że złość piękności szkodzi, jednak na szerszą skalę. Sprowadzanie uczuć do obiektywnych ram i kategorii jest błędem popełnianym przez wielu rodziców, który skutkuje po prostu oddaleniem się od siebie samego. Skoro rodzic mówi "nie masz powodu, by płakać", a ty czujesz, że masz, nie kwestionujesz JEGO opinii, lecz – niestety – WŁASNĄ, bo to on jest wyrocznią w sprawie rzeczywistości. Zaczynasz wątpić w swoją intuicję, w to, co podpowiada ci serce, tracisz zaufanie do samej siebie.
mieczysław jaskulski
Laboratorium Psychoedukacji

Emocje to najlepsze drogowskazy i najszczersze powierniczki prawdy o nas samych. Jeśli zaczniemy je ignorować, będziemy żyć poza sobą. Kiedy dziecko słyszy komunikat, że nie ma powodu do płaczu lub że przesadza w swojej rozpaczy, powstaje dysonans między światem wewnętrznym a rozumem. Dostajemy informację, że emocje można z samym sobą negocjować, że można je ignorować i podważać, a to bezpośrednio przekłada się na brak szacunku do tego, co czujemy, czyli do nas samych. W głowie dziecka powstaje wielkie niezrozumienie, a w głowie dorosłego po niezrozumieniu pozostaje brak kontaktu z samym sobą, brak znajomości swoich potrzeb, a co za tym idzie - poczucie przejmującej pustki.

Przez tego typu zachowania rodziców zaczynamy też oceniać swoje uczucia, a na ich podstawie siebie. Jeśli "to nie jest powód do płaczu", a mi chce się płakać, tzn. że jestem mazgajem. W dorosłym życiu będzie to prowadziło do głębokiej niechęci i braku szacunku do samej siebie oraz nadmiernego krytycyzmu, czyli kolejnej zmory współczesnych kobiet.

7. Mam nadzieje, że twoje dzieci będą dla ciebie takie same, jak ty jesteś dla mnie! - czyli lekcja obciążającego macierzyństwa

Na koniec szybki sposób na potwierdzenie medialnego przekazu, że rodzenie dzieci to koszmar, a ich wychowywanie to niewolnictwo. To zdanie, choć można je interpretować różnie, słyszałyśmy raczej w formie groźby, że kiedy zostaniemy matkami, dostaniemy od życia w kość, i sugestii, że jesteśmy naprawdę nie do zniesienia. Tak formułowane obelgi (bo inaczej nie da się tego nazwać) w kierunku dziecka skutkować będą tym, co pozostałe przedstawione wyżej zdania – mówiąc najogólniej, refleksją, że jesteśmy do niczego. Jednak jest w tym wszystkim również przekaz mniej zawoalowany, a rzadziej dostrzegany. Mianowicie stwierdzenie, że bycie matką to droga przez mękę. A my, jako że nie nadajemy się do niczego, z pewnością nie sprawdzimy się w tej roli.
mieczysław jaskulski
Laboratorium Psychoedukacji

Rodzic, który większą wagę przykłada do tego, ile cierpienia zadaje mu rodzicielstwo, niż do tego, ile ma z niego radości, zwyczajnie zniechęca swoje pociechy do założenia rodziny, udowadniając na własnym przykładzie, że to się po prostu w życiu nie opłaca. Przez to kobiety zaczynają myśleć o zajściu w ciążę jak o powinności lub przerażającym doświadczeniu zniewalającym, zamiast traktować to jak szansę na rozwój. Rodzenie dzieci to przywilej kobiet, z którego mogą one korzystać lub nie, a to czy chcą w dużej mierze zależy od ich rodziców. Od tego czy pokazali im, że to może być wzbogacające i umacniające doświadczenie.

To proste – jeśli nasze dzieciństwo interpretowane było przez naszych rodziców jak koszmar (nawet chwilowo, w nerwach, czemu dawali upust w tym jednym "niewinnym zdaniu"), z pewnością trudno nam będzie żyć z przekonaniem, że możliwości, jakie otwiera przed nami życie (m.in. zajście w ciążę), to skarb, z którego dobrodziejstw możemy skorzystać. Wręcz przeciwnie – będziemy dopatrywać się przeszkód, a życie traktować jak bieg przez płotki.

Napisz do autorki: ewa.bukowiecka-janik@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...