Aparat ortodontyczny to fanaberia? Posłuchaj co mówi o tym człowiek, który uśmiecha się zawodowo

Dr n. med. Agnieszka Nęcka i Grzegorz Sierzputowski
Dr n. med. Agnieszka Nęcka i Grzegorz Sierzputowski Fot. Capital Clinic
Hi, how are you? – nie trzeba spędzić połowy życia na emigracji w USA żeby do tej wypowiadanej zwykle zbyt głośno frazy dopasować odpowiedni obrazek: uśmiechniętego od ucha do ucha obywatela jednego ze Zjednoczonych Stanów, który szczerząc garnitur śnieżnobiałych zębów, niemal oślepia nas ich blaskiem. Grzegorz Sierzputowski wita się co prawda mniej wylewnie, ale z uśmiechem, równie co u przeciętnego Amerykanina szerokim. Choć gdybyśmy rozmawiali jeszcze kilka lat temu, być może wcale by tak nie było.

– Może my, Polacy, uśmiechamy się mniej, ale na pewno szczerze – twierdzi aktor Teatru Trans-Atlantyk i opiekun Teatru Politechniki Warszawskiej. Skalę porównawczą ma całkiem niezłą, pierwsze ze wspomnianych przedsięwzięć współtworzy właśnie z Amerykaninem. – Paul Bargetto mieszka w Polsce od kilku lat. Co ciekawe, przeprowadził się do nas z jednego z najbardziej słonecznych i “uśmiechniętych” stanów - Kalifornii – opowiada Grzegorz.
Stwierdzenie, że oczarowała go siła naszego uśmiechu nie będzie nadużyciem. – Jednego na pewno, bo Paul jest szczęśliwie żonaty z Polką – potwierdza Grzegorz dodając jednak, że jako nacja moglibyśmy korzystać z tego narzędzia częściej: – Zauważyłem, że Australijczycy uśmiechają się w podobnie niewymuszony, szczery sposób, ale częściej. W sumie nic dziwnego – oni mają słońce przez 8 miesięcy w roku, a my – rozwlekłe zimy, oni jedzą ryby, my – tłuste mięsiwa – zastanawia się. A może po prostu bardziej dbają o zęby i się ich nie wstydzą?



Coś może być na rzeczy. Grzegorz przyznaje, że tym, co dzieje się z jego zgryzem na poważnie zainteresował się w “podeszłym” wieku 37 lat, a powinien dużo wcześniej. – Właściwie nigdy nie miałem z nim problemów. Jestem jednak aktorem czyli pracuję na scenie, pracuję w radio, pracuję ze studentami – we wszystkich tych sytuacjach używam głosu, ust, szczęki. Zgryz pracuje kilka razy intensywniej, niż w przypadku “normalnych” ludzi.
Jeśli jednak chodzi o intensywność spotkań ze stomatologiem, odbywały się one tak jak w przypadku “normalnych” ludzi, czyli od ubytku do ubytku. – Przy okazji którejś wizyty, jeden z ortodontów zasugerował, że powinienem usunąć czwórki. Dodam, że zdrowe – wspomina aktor i dodaje, że wizyta w oczywisty sposób zakończyła się ucieczką. – Takie były wtedy metody. Jako aktor nie mogłem pozwolić sobie na usunięcie kilku zębów i czekanie, aż reszta się wyrówna – dodaje.

Jak się jednak okazało, postępy w stomatologii dokonują się dość szybko. – Kilka lat później trafiłem do dr n. med. Agnieszki Nęckiej, założycielki Capital Clinic. Usłyszałem, że jest to ortodontka, która planuje leczenie tak by za wszelką cenę nie pozwalać na wyrywanie zdrowych zębów - tym mnie kupiła – śmieje się Grzegorz.
Podjęcie decyzji o leczeniu ortodontycznym może nie wydawać się niczym niezwykłym. Jeśli będziemy mieli szczęście, to być może nawet wstrzelimy się w powracającą co jakiś czas modę na aparaty. W przypadku aktorów sprawy mają się jednak trochę inaczej. – Koledzy byli wstrząśnięci. Często słyszałem: “Ale ty jesteś odważny”, bo aktorzy mają obawy, jak taka ingerencja wpłynie na ich sposób mówienia czy wygląd – tłumaczy Grzegorz, dodając że o jego decyzji zaważył najbardziej racjonalny argument: – Moje zęby zaczęły się “zjadać” i było podejrzenie, że długo już w takim stanie, w miarę akceptowalnym, nie wytrwają. Powiedziałem sobie, że będę pracował w tym zawodzie jeszcze, powiedzmy, 20 lat, więc warto w ten swój uśmiech zainwestować – tłumaczy.

Podjęcie decyzji to połowa sukcesu, drugie pół, to w niej wytrwać. A momentów, aby po raz drugi zdezerterować z dentystycznego fotela było kilka: pierwszy na dźwięk słowa: operacja. – Kiedy okazało się, ile tak naprawdę trzeba u mnie zrobić, trochę się przeraziłem. Żeby bez wyrywania zębów cofnąć mi żuchwę trzeba było zrobić operację i poszerzyć górną szczękę – wspomina aktor.
Grzegorz Sierzputowski

Wiadomo, zależało mi, żeby zrobić to jak najszybciej, bo musiałem się liczyć z tym, że na czas leczenia wypadnę z obiegu. Operacja okazała się metodą najszybszą, choć przez trzy miesiące po niej miałem diastemę między zębami. Choć to chyba będzie niedopowiedzenie - w tej przerwie mieścił mi się długopis. Po tym czasie okazało się, że wszystko zrasta się tak jak powinno, więc zaczęła się akcja pod tytułem “aparat”, którego zadaniem było ułożenie mi zębów w nowych miejscach.

“Układanie” trwało kilkanaście miesięcy. I mimo, że przez jakiś czas musiał wtedy wychodzić na scenę z “trzecią”, sztuczną jedynką, Grzegorz nie określa tego okresu jako traumatycznego: – Cały czas wierzyłem w profesjonalizm mojej pani doktor. Cały czas kładła mi do głowy, jak ważne dla całego procesu jest pozytywne nastawienie. Dzięki niej przekonałem się, że nie ma żadnej przesady w twierdzeniu “wszystko jest w głowie”. Jest – zapewnia.O tym, jakie pokłady poczucia pewności siebie zawiera uśmiech Grzegorz przekonuje teraz swoich studentów z teatru politechniki. – Studenci angażują się w teatr również po to, aby nabyć lekkości w wysławianiu się, obyć się ze sceną, z technikami prezentacji samych siebie. To zdecydowanie przyda im się w późniejszym zawodowym życiu. A uśmiech dodaje pewności siebie w każdej sytuacji. Więc, tak, zdecydowanie namawiam ich aby do uśmiechu przywiązywali dużą wagę – podsumowuje.

Artykuł powstał we współpracy z Capital Clinic.

POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...