Luksus bycia sobą

fot. mat. prasowe
Niby zaprosił mnie do swojego świata, ale nie wskazał mi drzwi. Rzucił klucz i krzyknął szukaj. I ja, nieco po omacku, szukałem – o izraelskim tancerzu i choreografie Ohadzie Naharinie, tytułowym bohaterze filmu „Mr. Gaga”, opowiada jego reżyser Tomer Heymann.

Słyszałam że Ohad fascynował cię od dawna.
Odkąd pamiętam chciałem opowiadać o wielkich, ważnych i nietypowych postaciach. Interesowały mnie prawda, bezkompromisowość, ryzyko.



Historia Ohada ma to wszystko, ciężko o bardziej złożony życiorys.
Tyle że nie widać tego na pierwszy rzut oka. Poza tym, spotkanie z tym człowiekiem niekoniecznie musi należeć do łatwych, przyjemnych. Ohad jest pozornie miły i przystępny, a tak naprawdę trudno się otwiera. Jest bardzo asertywny, dominujący. Gdyby przyszło mi robić o nim film kilka lat temu, pewnie nie umiałbym wykorzystać potencjału tego człowieka. I pewnie nie byłbym dla niego partnerem.

Jak dowiedziałeś się o Ohadzie Naharinie?
Jak większość, poszedłem do teatru na jeden ze spektakli Batsheva Dance Company w Tel Awiwie. Naharin objął tam posadę dyrektora w 1990 roku. Musisz wiedzieć, że wcześniej to miejsce i jego repertuar nie cieszyły się wielkim uznaniem młodych. Poprawka: nie cieszyły się uznaniem. Kropka. Ja – młody, wyzwolony gej – raczej omijałem ten adres, szukałem kontaktu ze sztuką gdzie indziej. Myślę że wiele osób czyniło podobnie.

Dlaczego?
Przedstawienia były nudne, sztampowe, nie było w nich nic pomysłowego. To było jak przymusowe odrabianie lekcji.

Aż wreszcie zjawił się Ohad i zaprowadził swoje porządki.
Działał bez skrupułów. Przede wszystkim stworzył nowy, innowacyjny język tańca.
Gaga.
Brzmi dość prymitywnie, prawda? Ale tu chodzi o coś więcej niż taniec. Natura, ciało, dźwięk, ruch – to są pojęcia ważne dla Ohada. Jego inicjatywa łączy człowieka z pierwotną siłą tkwiącą w nim samym. To powrót do prostoty gestów, powtarzalności ruchu, siły wyrazu ciała w jego czystej formie. Dlatego między innymi w jego przedstawieniach nie ma rozbudowanych kostiumów. Liczy się ciało, ruch mięśni, grymas twarzy, krople potu. Fizyczność podana wprost bez zbędnej ornamentyki czy stylizacji.

Ohad stworzył międzynarodowy zespół, dzisiaj występują w nim ludzie wszelkich wyznań, ras, preferencji i poglądów. Pod jego przewodnictwem Batsheva Dance Company stało się rozpoznawalną na całym świecie taneczną sceną Izraela. I wiesz, inaczej być nie mogło, różnorodność to wartość nadrzędna. Wymiana kulturowa, do której dochodzi w szeregach tego zespołu, to jego największy kapitał.

Rozumiem że dość szybko przekonałeś się do Batsheva Dance Company?
Tak, i uczęszczałem tam fanatycznie. Wielu moich znajomych chodziło po pięć, dziesięć razy na jedno przedstawienie. Na początku lat 90. – dobrze pamiętam – ludzie przekazywali sobie informacje o tym miejscu, jak tajne wiadomości. Propozycje Ohada owiane były aurą tajemniczości, prowokacji, niektórzy mówili wręcz o skandalu. Nie wszystkim w Tel Aviwie podobały się te zmiany, wiesz jak to jest z moralnością...

Jak z nią jest?
Każdy ma swoją, a nawet jej kilka wariantów w zależności od okoliczności. W każdym razie na początku lat 90. mówiono, że Naharin rewolucjonizuje skostniałą scenę i zespół tańca, że jego podejście jest świeże, niepoprawne, dowcipne, progresywne. I że nie każdy jest na to przygotowany. Wieści o jego wizji tańca zaczęły się szybko rozchodzić. Poszedłem na spektakl i trafiło mnie. Zacząłem interesować się tańcem, językiem ruchu GaGa, który stworzył. W końcu poznałem jego samego. Niezwykła charyzma, urok, ale również ambicja, świadomość i potrzeba przywództwa.

Niełatwo współpracuje się z kimś takim.
Podczas realizacji filmu wielokrotnie mówił niczym mitoman: jestem tańcem. Chcesz mnie poznać, to patrz na moje choreografie, podążaj za dźwiękiem, postaraj się poznać układy. Najwięcej dowiesz się o mnie poprzez ruch GaGa. Trzeba zobaczyć jak pracuje na żywo, albo jak porusza się na scenie, by zrozumieć sens tych słów. To nie mit, ten człowiek jest... tańcem, ruchem, muzyką.

Często też jednak słyszałem: musisz opuścić salę, obecność kamery zabija atmosferę pracy. Albo: ekipa filmowa niszczy klimat przedstawień, próba ich rejestracji zabija wszystko co w nich dobre, ważne. Czy możemy nie kręcić? Czy chcesz, abyśmy wszyscy ponieśli klęskę?

Co robiłeś?
Różnie. Wychodziłem, zostawałem, pertraktowałem. Kłóciłem się, prosiłem, obrażałem, błagałem. Płakałem w toalecie i krzyczałem do lustra. [śmiech] Czego ja nie robiłem! Obcując z Naharinem masz świadomość bycia blisko kogoś wyjątkowego. Nie jest to uzurpator, być może czasem wychodzi z niego tyran, na pewno jest to wizjoner, człowiek o niezwykłej wrażliwości, talencie, duchowości. I kilka razy usłyszałem proste słowo: dziękuję. Utrwaliłem sposób jego pracy, pewne procesy, dzięki którym otwierał swoich tancerzy, czy dochodził do zadawalającego kształtu przedstawienia. Nawet jeśli nie ma tego w filmie, to zostało zarejestrowane i przetrwa na zawsze. Ohad był i jest tego świadomy. Nie wiem czy jest wdzięczny.

Czy docenił któryś z aspektów waszej współpracy?
Mógłbym sam siebie okłamywać i wierzyć w to, że docenił moją cierpliwość i tolerancję, ale myślę że to była kwestia asertywności. Wiem to, choć rzadko prawi komplementy i naprawdę bardzo rzadko kogokolwiek chwali. Nie szuka sprzymierzeńców. Już nie.
Czy chętnie współpracował z tobą nad kształtem filmu?
W ogóle nie współpracował, albo przynajmniej nie w takim tradycyjnym sensie jak możemy to sobie wyobrazić. Niby zaprosił mnie do swojego świata, ale nie wskazał mi drzwi. Rzucił klucz i krzyknął szukaj. I ja, nieco po omacku, szukałem.

Czuć na ekranie, że nie było łatwo.
„Mr. Gaga” powstawał wiele lat, na szczęście lubię wyzwania. Nie bolało mnie to, że zdjęcia przedłużają się, a ja wciąż nie wiem, czy dość dobrze poznałem bohatera. Zaskakiwał mnie każdego dnia, ale jest tak fascynującą postacią, że lubiłem i chciałem być zaskakiwany. Poznałem kulisy jego pracy, mogłem być obecny na próbach, rozmawiałem z ludźmi, dostąpiłem pewnej tajemnicy. To wszystko rekompensowało mi wiele niedogodności, ale po kilku latach zaczęło przerażać mnie, że wciąż nie mam w głowie ostatecznej wizji filmu. Nic, co by można było uznać za kompletną wersję.

Ostatecznie powstało cztery, może pięć wariantów filmu. Sytuacja w pewnym momencie zrobiła się dość niewygodna, Ohad czuł zniecierpliwienie, ja sam nie wiedziałem dokąd i w jakim stylu zaprowadzi mnie ta opowieść. Pamiętajmy że kino dokumentalne nie powstaje za darmo, wielu ludzi zainwestowało w ten projekt, czułem odpowiedzialność, ale też bezradność. Mój brat, który jest producentem filmu, bardzo mnie mobilizował i nigdy nie przestał we mnie wierzyć. Nawet wówczas, gdy wyczerpany chciałem zrezygnować.
Czy ten film zmienił twój sposób myślenia o tańcu?
Wszystko zaczyna się od ruchu, ciała, dźwięku. Dopiero potem jest taniec, choreografia, muzyka. Tancerz nie może myśleć o ograniczeniach, musi postrzegać taniec jak język, zapach, wolność. Taniec to idea. Coś, co jest w stanie wyzwolić człowieka od wszystkiego co krępujące, sztuczne, także od takich pojęć jak wstyd czy moralność. Wszelkie ograniczenia i definicje to śmierć dla tańca i tancerza.

Tak, ten film na pewno zmienił moje postrzeganie tańca. Ruch Gaga to kwintesencja niezależności, autonomii ducha i ciała, walka skrajności, ale też równowaga, pogodzenie z żywiołami. To ulotność, ten moment, gdy nie rachujesz, nie kombinujesz, jesteś poza wartościami, czy wszelką kalkulacją. Liczy się ruch, ciało... To bardzo intymne, bo właśnie pozbawione wstydu i wszystkiego, co narzuca nam współczesna cywilizacja, postmodernizm. Ruch Gaga jest zaprzeczeniem rygoru, choć sam Ohad jest człowiekiem, dla którego bardzo ważna jest konsekwencja. W jego licznych choreografiach liczą się „małe rytuały”, pewna repetycja – jak w muzyce – ważny jest też cykl życia. Wiem to dopiero teraz, po latach spędzonych raz bliżej, raz dalej Naharina.
Udało ci się zaskarbić jego zaufanie?
Nie wiem czy mi się udało. I co to miałoby znaczyć w przypadku takiej osoby... Naprawdę nie wiem. Ten człowiek nie myśli w normalny, konwencjonalny, przewidywalny sposób. Dam ci przykład: o swojej pierwszej żonie Mari Kajiwarze opowiedział mi dopiero po kilku latach od momentu, w którym zgodził się, bym realizował o nim film. Wcześniej unikał tematu. Inny przykład: któregoś dnia powiedział, że mogę poszperać w magazynku, enigmatycznie rzuca: to rupiecie, ale może znajdziesz coś, co się przyda w filmie? Zgodziłem się ochoczo, bo Ohad jest raczej małomówny. Założyłem sobie, że najlepiej opowiem o nim poprzez taniec, ale przecież nie wszystko da się w ten sposób pokazać. Naiwnie wierzyłem, iż każdy nowy element – wspomnienie, przedmiot, zdjęcie – przybliży mnie do tego człowieka.

Dlatego tak się ucieszyłem, gdy zaproponował mi wejście do magazynku. Co znalazłem wśród pudeł, walizek, szmat, pożółkłych dokumentów? Stare fotografie ukazujące Ohada w domu rodzinnym, na początku kariery, z pierwszą żoną, albo te jeszcze z czasów, gdy był w wojsku i odbywał służbę. Myślałem że się popłaczę! Te skarby posłużyły mi za fundament do rozmów na trudne tematy. On nie zacząłby ich nigdy. A tak miałem dowód, fotografię, na której ktoś uwiecznił go z bronią. Mogłem spytać: Ohad, czy kiedykolwiek do kogoś strzeliłeś?

Czy realizacja filmu sprawiła że sam bohater spojrzał na siebie inaczej, lub też odkrył coś nowego w tańcu?
Naharin powiedział mi, że gdyby to od niego zależało powstałby inny film.

To komplement?
Myślę że tak. Wiesz, on uważa taniec za jedną z najbardziej intymnych czynności. Tańca akurat w tym filmie jest bardzo dużo. Wiem że czuje się obnażony, w wielu sytuacjach czuł się bezbronny. Decydując się na film musiał zrezygnować po części ze swojej swobody. I gdy zdał sobie z tego sprawę, było już za późno. [śmiech].
Dobrze, że była tam kamera, mogłeś się za nią ukryć.
Żebyś wiedziała, kamera to był dobry piorunochron [śmiech]. Wiesz kiedy tak naprawdę zaczął mi ten film wychodzić, kiedy skrystalizował się jego kształt? Kiedy odpuściłem. Do pewnego momentu byłem bardzo skupiony na tym, by pokazać jaki naprawdę jest Ohad Naharin. Szperałem w archiwach, szukałem sekretów, przepytywałem jego współpracowników i myślałem że jestem coraz bliżej poznania jakiejś prawdy o nim. Jednej prawdy. Aż w końcu zdałem sobie sprawę, że nie ma jednej prawdy: im więcej wiem o Ohadzie Naharinie, tym większą stanowi on dla mnie tajemnicę.

To był moment, kiedy poczułem że jest szansa na to, by pokazać światu wiarygodny i szczery portret człowieka. I że jestem na to gotowy. Jak to ująć... jestem gotowy, by podzielić się z innymi swoją niewiedzą, fascynacją, podziwem, złością. Liczę na to, że ten gość nikogo nie pozostawi obojętnym, ale też, że wymknie się jakiejś jednej definicji.

W życiorysie Naharina uderzają mnie sytuacje, które dla większości są w jakimś sensie ukoronowaniem starań i wysiłków, a dla niego stanowią zaledwie etap. Tak było, gdy jako młody tancerz pojawił się w Nowym Jorku. Dostał się pod skrzydła kultowej Marthy Graham, po czym zrezygnował z pracy z nią. Zrezygnował też z tańczenia w nowojorskiej trupie wielkiego Maurice’a Béjart. Coś, co dla wielu było szczytem nie do osiągnięcia, największą aspiracją i ambicją, on odrzucił.

Nie odrzucił – przeskoczył ten szczyt i poszedł dalej. Myślę że ten film mógłby nie powstać, gdyby postawa Ohada była inna.

Mniej radykalna?
No tak. Gdyby został u Marthy Graham, pewnie byłby jednym z wielu jej tancerzy, bardzo zdolnych tancerzy, ale cóż z tego, o czym tu opowiadać?
Maurice Béjart był mistrzem dla kilku pokoleń. Dostać się do jego kolektywu, to był wielki sukces, w zasadzie mówiło się, że dla tancerza to największe wyróżnienie. I co? Ohad do dzisiaj otwarcie krytykuje okres współpracy z Maurice’em. Nie mogli się porozumieć, Béjart narzucał mu swoją wizję nie interesując się, co Naharin ma do zaproponowania od siebie.

Świat tańca jest dość hermetyczny. Każda tego typu rezygnacja ze współpracy z mistrzem była jak jawna kpina z zasad panujących w tych kręgach. Ohad był nie tylko zbuntowany, on wysyłał komunikat w świat: nie będę tańczył pod dyktando innych. Nie interesowały go tresura i taneczne niewolnictwo. Wolał budować od podstaw swój język tańca, swój ruch Gaga, w którym każdy jest współtwórcą i może dać coś od siebie. Bez wątpienia jest człowiekiem otwartym na kreację, na twórczy dialog.

Po tylu latach przewodzenia innym?
Naharin od lat żyje w pewnej dyscyplinie, jak każdy tancerz to dyscyplina ciała, ale w jego wypadku, to też ćwiczenie charakteru, odruchów... atawistycznych, tego by nie uzależnić się od pochlebstw. On nie robi niczego wbrew sobie, ale potrafi słuchać. Jednocześnie to jeden z niewielu znanych mi ludzi, którzy mogą sobie pozwolić na luksus bycia sobą nawet wbrew innym. Czasami jest to trudne do udźwignięcia przez otoczenie, ale – taki paradoks – niemal wszyscy mu tego zazdroszczą.
POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...