Nie na czarno i nie za grosze. Historie trzech dziewczyn ze wschodu, które robią w Warszawie kariery do pozazdroszczenia

Od lewej: Alona Ruban, Julia Izmałkowa, Nino Dżikija środkowe zdjęcie: Caroline Anielewska & Irek Kamieniak, dwa pozostałe: Maciej Stanik
Figurski i Wojewódzki podczas Euro 2012 poprowadzili w Esce Rock poranną audycję, za którą przyszło drogo zapłacić stacji i mniej obrotnemu z nich. Zapowietrzający się na antenie od rechotu, który wywołał w nich żart o gwałcie na ukraińskiej sprzątaczce, stali się wyrazicielami pokutującego w Polsce stereotypu o tym, jak może zarabiać w Warszawie kobieta, która przyjechała do Polski zza wschodniej granicy.

Opowiadamy historie dziewczyn, które na swoje miejsce zamieszkania wybrały Polskę. To nie bajki o wschodnich Kopciuszkach w Warszawie, ale inspirujące historie o ciężkiej pracy, marzeniach i szukaniu swojej drogi.

Alona – „przytulam swoje klientki”


Namiar na Alonę daje mi koleżanka z redakcji, jedna z jej wiernych klientek. Wiem o niej w zasadzie tylko tyle, że ma 26 lat i jest właścicielką eleganckiego salonu kosmetycznego Her Eyes Studio na Hożej. Szperam chwilę w internecie i dowiaduję się, że Alona jest też mistrzynią Polski w doczepianiu sztucznych rzęs i często wypowiada się jako ekspertka dla portali urodowych.


Pojedyncze doczepianie sztucznych rzęs nie jest w branży beauty żadną nowością, a rosnąca konkurencja sprawiła, że ceny usług poszły w dół. 26-latka z Dniepru na Ukrainie dostrzegła niszę w, zdawać by się mogło, mainstreamowym zabiegu i zrobiła na tym intratny biznes. Tym, czego brakowało na rynku, było wyczucie. Znalezienie osoby, która nie szpeci klientek wulgarnymi czarnymi wachlarzami, to zadanie prawie tak karkołomne, jak umówienie się w Warszawie do dobrego i niedrogiego fryzjera.

Spotykamy się wczesnym popołudniem w kawiarni w centrum. Alona przychodzi lekko spóźniona, była właśnie na spotkaniu z przedstawicielami jednaj z marek, z którą chciałaby podjąć współpracę. Odrobinę dziwią mnie jej dyskretny makijaż i niepomalowane, choć wypielęgnowane paznokcie. Miałam nieco inne wyobrażenie o dziewczynach związanych z branżą beauty, spodziewałam się raczej krzykliwej perfekcji w ferii barw. 26-latka jest drobna i dziewczęca, modnie ubrana, spokojna, ale nie speszona. Pytam półżartem-półserio, czy ma doczepione rzęsy, Alona kręci głową i mówi, że daje odpocząć tym naturalnym.

Po maturze nie wiedziała, co chce robić w życiu, i czuła się odrobinę zagubiona w kierunkach, na które mogłaby zdawać. Jej mama kończyła zarządzanie, więc zdecydowała się na marketing, który wydawał się jej dziedziną pokrewną, a tym samym oswojoną. Już w pierwszym semestrze wiedziała, że to nie to, ale wciąż nie miała innego pomysłu na siebie, a nie chciała pochopnie rezygnować ze studiów. Rzęsy zaczęła robić przypadkiem.

– Na Ukrainie sektor usług kosmetycznych jest bardzo rozwinięty, nowe techniki i trendy przyjmują się znacznie szybciej niż w Polsce, częściowo dlatego, że jest na nie po prostu większy popyt. Manicure, fryzjer i kosmetyczka raz w miesiącu to dla Ukrainek absolutne minimum i to niezależnie od wieku i zasobności portfela. Jakieś 7 czy 8 lat temu poszłam po raz pierwszy na doczepianie rzęs metodą jeden do jednego, które było wtedy nowością. Byłam mocno zawiedziona efektem, rzęsy wyglądały sztucznie – opowiada Alona.

Po kolejnych niezbyt udanych podejściach, postanowiła zapisać się na kurs przedłużania rzęs. Nie myślała o tym jako o sposobie na życie, po prostu nie chciała przepłacać za kolejne wizyty u kosmetyczki. Zrozumiała też dlaczego tak trudno o satysfakcjonujące efekty – To bardzo precyzyjna, powiedziałaby nawet, że jubilerska robota. Rzęsę naturalną trzeba połączyć ze sztuczną tak, żeby wyglądało to możliwie najnaturalniej, czasem do jednej rzęsy doczepia się nawet trzy czy cztery włoski – mówi Alona.

Ćwiczyła na mamie i przyjaciółkach, które z czasem zaczęły przyprowadzać do niej swoje znajome. Dziewczyny chciały jej płacić, ale uznała, że jest jeszcze za słaba. – Zawstydzało mnie branie pieniędzy za pracę, z której nie jestem stuprocentowo zadowolona, wymyśliłam sobie, że kiedy zrobię rzęsy setce dziewczyn, zacznę myśleć o ewentualnych opłatach. Myślę, że na tym polega problem z marnej jakości usługami związanymi z dbaniem o urodę. Szkoła czy kurs to za mało. Czasem idziesz do fryzjera czy kosmetyczki, płacisz pełną stawkę, a ktoś dopiero się na tobie uczy. Rzadko informuje się o tym klienta i obniża ceny. Zawsze stawiałam na jakość, bo tylko kiedy widzisz radość dziewczyn, nad których wyglądem pracujesz, możesz w tej pracy odnaleźć głębszy sens – opowiada.
W 2013 roku Alona zaczęła z ówczesnym chłopakiem planować przeprowadzkę za granicę. Ze względu na jego polskie korzenie, uprawniające do ubiegania się o Kartę Polaka, padło na Warszawę. Alona, mimo że nie znała ani słowa po polsku i prowadziła z koleżanką dobrze prosperujący salon, gdzie przedłużały rzęsy, nie wahała się.

Zawsze marzyła o wyprowadzce ze znanego od podszewki Dniepru. Namnażające się problemy formalne rozwiązała, zapisując się na studia. W czerwcu obroniła dyplom licencjacki na Ukrainie, a w październiku zaczęła w Warszawie stosunki międzynarodowe, mimo że po raz kolejny nie była przekonana do kierunku.

– Przez pierwsze pół roku uczyłam się tyle, co nigdy wcześniej w życiu. Chodziłam na dwa intensywne kursy językowe dla obcokrajowców, jeden na uczelni i drugi, który znalazłam w internecie. W domu kułam słówka. Chciałam zacząć pracować i wiedziałam, że podstawą jest język. Myślę, że szybko opanowałam polski, bo nie bałam się mówić, zagadywałam mimo że to, jak mówiłam, pozostawiało wiele do życzenia.

Na tle lokalnego rynku usług kosmetycznych Alona wyróżniała się umiejętnościami, była precyzyjna, ale przede wszystkim robiła rzęsy, które wyglądały jak dar natury, a nie doczepki z plastiku. Po kilku miesiącach pracy nie nastarczało jej wolnych terminów. Wynajęła miniaturowe pomieszczenie, w którym przyjmowała klientki, a wieczorami pochłaniała podręczniki dotyczące prowadzenia własnego biznesu, zarządzania ludźmi, księgowości, ale też psychologii społecznej i pracy z klientem. Jednocześnie jeździła jako szkoleniowiec na kursy stylizacji rzęs. Uczyła dziewczyny w Polsce, ale też w Mołdawii, Rosji, Białorusi i oczywiście na Ukrainie.

–Zaczęłam odkładać pieniądze na założenie studia stylizacji rzęs i brwi z prawdziwego zdarzenia. Pamiętam, że przełomem była dla mnie książka opisująca case study jednego z butików online, którego właściciele skupili się na klientach. Nie chcieli ich po prostu obsługiwać, tylko dawać im radość. Może to zabrzmi naiwnie, ale kiedy przeczytałam tę książkę, zrozumiałam, że chciałabym robić w życiu coś, co uszczęśliwia kobiety. Potem przeczytałam jeszcze „Hug your customer” Jacka Mitchella i zaczęłam tworzyć nowy biznesplan – opowiada 26-latka.

Alona postanowiła, że nie będzie szła na żadne ustępstwa, nie reklamuje się w mediach, zdając się na marketing szeptany. Nie ma zamiaru rozszerzać oferty salonu o usta czy paznokcie, bo chce zajmować się czymś, na czym naprawdę dobrze się zna i szkolić specjalistki w dziedzinie. Miejsca do wynajęcia szukała ponad rok, przeżywając mniejsze i większe załamania – chciała, żeby to była przestrzeń z klimatem, w ścisłym centrum i dająca możliwości na zatrudnienie większej ilości pracowników czy zorganizowanie nieszablonowego eventu (ostatnio zorganizowała w Her Eyes Studio darmowe pokazy filmów – o kobietach i dla kobiet).

Kolejne oferty okazywały się za drogie, za duże, a kiedy wydawało się, że wreszcie znalazła idealne miejsce, ktoś przebił jej ofertę. Podobnie restrykcyjnie Alona podchodzi do zatrudniania pracowników, oprócz umiejętności liczy się dla niej przede wszystkim atmosfera w pracy, którą wyczuwają też klientki. – Zatrudniam w tym momencie sześć dziewczyn i żadna z nich nie pracuje „od...do”, często przychodzą wcześniej, bo po prostu lubią siedzieć na Hożej, zostają dłużej, żeby poplotkować. Nie masz pojęcia, jak to ściska za gardło, kiedy tworzysz dokładnie takie miejsce, jakie sobie wymarzyłaś i okazuje się, że ludzie też je kochają.

Alona zbudowała story telling Her Eyes Studio wokół kobiecej przyjaźni. W salonie można zorganizować wieczór panieński czy przyjęcie urodzinowe, wszystko z cateringiem, szampanem i sesją zdjęciową, podczas której dziewczyny mimo początkowego dystansu wspólnie się wygłupiają.

– Bardzo ważne są dla mnie przyjaciółki. Otrzymałam w życiu mnóstwo wsparcia od kobiet, spędzając czas w kobiecym gronie niesamowicie się odprężam i ładuję akumulatory, ale wiem z doświadczenia, jak ciężko jest pielęgnować przyjaźń, kiedy mieszka się w dużym mieście i dużo się pracuje. Chciałam, żeby w moim salonie nie chodziło po prostu o taką czy inną usługę kosmetyczną. To brzmi banalnie, ale myślałam cały czas, co zrobić, żeby kobiety mogły poczuć się wyjątkowo. Wiele kobiet w Polsce postrzega wyprawę do fryzjera czy kosmetyczki jako konieczność, a nie chwilę odprężenia. To też efekt nastawienia właścicieli narzucających tempo i pracowników niełapiących kontaktu z klientkami. Dziewczyny w Warszawie są przyzwyczajone do masówki. Z drugiej strony poza salonami spa w mało którym miejscu można umówić się na usługi kosmetyczne z przyjaciółkami.

Plany na przyszłość to przede wszystkim rozwój Her Eyes Studio, Alona chciałaby zatrudnić jeszcze kilka dziewczyn, w studiu na Hożej jest pod dostatkiem miejsca. Powoli przestaje pracować już jako stylistka rzęs, chce skupić się raczej nie stronie biznesowej. Nie spieszy się, bardziej niż na szybkich pieniądzach zależy jej na zgranym zespole, dlatego stara się integrować z dziewczynami także po pracy, ostatnio były razem w Escape Roomie. Niebawem ukaże się też jej pierwsza książka dotycząca stylizacji rzęs, która swoją premierę miała już w Rosji i na Ukrainie. Na odchodne pytam Alony, co zrobi, jeśli moda na przedłużanie rzęs i dbanie o brwi się skończy.

–Nie mam planu B, ale od jakiegoś czasy towarzyszy mi przekonanie, że sobie poradzę. Tak po prostu. Wynika chyba z tego, że jestem przyzwyczajona do dokształcania się na własną rękę i wielogodzinnej pracy. No i do tego, że to przynosi w końcu wymierne efekty.

Nino – „jestem hardcorem”

– Moje pierwsze wspomnienie z Polski to scena jak z horroru. Miałam 16 lat, dwie wielkie walizki i jakąś minutę na wyskoczenie na dworcu w Kutnie z expressu jadącego z Moskwy do Berlina. To były wczesne lata 2000, Polska nie była jeszcze w Unii, od dawna nieremontowany dworzec robił przygnębiające wrażenie, zwłaszcza, że był środek nocy. Byłam zupełnie sama i znałam po polsku jedno zdanie – „Mam na imię Nino, jestem z Syberii” – wspomina Nino Dżikija, redaktorka naczelna portalu Inn:Poland, zajmującego się biznesem i nowymi technologiami.

Nino z pochodzenia jest Gruzinką, jednak wychowywała się w Rosji. Pomysł na przyjazd na studia do Polski pojawił się spontanicznie, nie miała sprecyzowanych planów zawodowych, bardziej chodziło o wyrwanie się z domu, przeżycie przygody i nauczenie się nowego języka. Polska wydawała się wtedy z perspektywy Syberii krajem zachodnim. Wyobrażenie było na tyle nęcące, że Nino bez wahanie porzuciła półtoramilionowy Nowosybirsk na rzecz niewiele ponad czterdziestotysięcznego Kutna. Marzyła się jej Warszawa, ale postawiła sobie za punkt honoru, że nie będzie obciążać rodziców finansowo swoimi pomysłami.

Uczelnia w Kutnie oferowała stypendium i pomoc z załatwieniem formalności, ale nie kurs językowy. Wybrała Europeistykę. Zamiast z podręcznika, polskiego uczyła się z wykładów Filozofii i Makroekonomii. Przez pierwszy miesiąc nie rozumiała ani słowa, ale wytrwale chodziła na wszystkie zajęcia, w listopadzie przyzwyczaiłam się do melodii języka i zaczęła co nieco łapać. – Pod koniec pierwszego półrocza byłam trochę jak pies, dużo rozumiałam, ale nie byłam się w stanie komunikować – śmieje się Nino.
W Kutnie spędziła cztery lata, paradoksalnie im język sprawiał jej mniejsze problemy, tym dotkliwiej odczuwała, że musi wyjechać z sennego miasteczka. To nie była ta przygoda, na którą się pisała. Pewnej nocy nie mogła spać, więc sięgnęła po laptopa. Jedna z zakładek przeglądarki była otwarta na stronie Collegium Civitas, na którą trafiła przypadkiem jakiś czas temu. Jej uwagę przykuło ogłoszenie o konkursie na esej, w którym można było wygrać pokrycie kosztów czesnego. Była trzecia w nocy, ale Nino siadła do pisania, termin nadsyłania prac naglił. Nie miała wielkich nadziei, ale nie chciała potem pluć sobie w brodę, że nie spróbowała.

Kilka tygodni później, kiedy zdążyła już zapomnieć o konkursie, okazało się, że wygrała. Czesne miała zagwarantowane, teraz pozostawało jeszcze tylko dostać się na studia. – To były jeszcze lata wyżu demograficznego, a Collegium Civitas było bardzo obleganą uczelnią, wykładało tam wówczas wiele znanych osób. Bałam się, że się nie dostanę. W dodatku wybrałam kierunek „dziennikarstwo i nowe media” i to mimo że nigdy nie marzyłam, ba! ani nawet nie myślałam o pracy w redakcji. To był impuls połączony z idealizmem 20-latki zafascynowanej opisem na stronie uczelni – wspomina Nino.

O czasie studiów w Warszawie opowiada w superlatywach. Od razu pokochała miasto, w którym ciągle coś się działo, wykładowcy byli charyzmatyczni, a zajęcia ciekawe. Z ludźmi z roku przyjaźni się do dziś. Problem stanowiły pieniądze – czesne miała opłacone, ale za coś trzeba było się utrzymać. Nie miała pozwolenia na pracę w Polsce, a wstydziła się prosić o pieniądze rodziców. Ponad rok mieszkała w mikroskopijnym pokoiku na Woli, bo właściciel zgodził się go wynająć za 400 zł.

– Spałam na skrzypiącym, zielonym tapczanie z wielką dziurą pośrodku. Żeby w nią nie wpadać, nauczyła się zasypiać wykręcona w literę „S”. Właściciel, Pan Stanisław, był motorniczym PKP, od czasu do czasu brał urlop i wpadał w cug alkoholowy. Zamykał się wtedy w swoim pokoju i pił bez przerwy przez kilkanaście dni. Pielgrzymowały do niego dzieci i partnerka, błagając, żeby przestał, ale bezskutecznie. – Najdziwniejsze jest to, że nie wspominam wcale tego okresu ze zgrozą. Może i byłam biedna jak mysz kościelna, ale miałam w sobie wiarę, że to tylko stan przejściowy – opowiada Nino.

Pytam, czy spotkała się kiedyś z nieprzyjemnymi uwagami na temat jej narodowości, Nino przeczy i dodaje, że wczesne lata 2000 to był też dobry czas, żeby do Polski przyjechać.

– Przygotowywaliście się na wstąpienie do Unii, panowała większa otwartość na ludzi z innych krajów, być może także dlatego, że przekaz medialny był inny. To, że jestem Gruzinką czy że mieszkałam na Syberii, było raczej elementem egzotyki, budziło zainteresowanie. Teraz imigrantów ze wschodu jest znacznie więcej. Nie spotkałam się bezpośrednio z ksenofobią, ale dużo jest etykietowania i bezmyślnych komentarzy. Często słyszę teksty w rodzaju „A te dziewczyny ze wschodu to takie ładne, ale na nie trzeba uważać, bo one to tylko męża chcą złapać”. Myślę, że Pan, który mi to powiedział, nie pomyślał nawet, że taka wypowiedź jest przykra. Ludzie mają przykry zwyczaj używania zaimków dzierżawczych w stosunku do ukraińskich sprzątaczek, tytułując je per „Moja Luba”, a one często mają wyższe wykształcenie, które zwykle nic nie znaczy, jeśli trafiają do Polski po 40. i bez języka. Drażnią mnie nawet kpiny z kierowców Ubera, wśród których dużo jest Białorusinów i Ukraińców. To tak, jakby kpić z kogoś, że zaharowuje się na dwóch etatach, żeby zabrać dzieci na wakacje – bulwersuje się Nino.

Kiedy była na ostatnim roku studiów, Halina Bińczak, dziennikarka gospodarcza i jedna w wykładowczyń Collegium Civitas zaproponowała jej staż w „Dzienniku. Gazecie Prawnej”. Od pierwszego dnia w redakcji Nino słyszała od młodszych dziennikarzy, żeby za bardzo się nie nastawiała, bo stażyści pojawiają się i znikają, a nowych stanowisk nie ma. Jednak po trzech miesiącach czasopismo przedłużyło z nią współpracę odpłatnie, a potem zaproponowało jej etat.

– Darmowe staże w prestiżowych redakcjach mają to do siebie, że można na nie chodzić bez efektów i do 30. roku życia. Byłam zdeterminowana, żeby dostać pracę w „Dzienniku…”, dlatego dawałam z siebie wszystko. Kiedy jesteś rosyjską nastolatką w Polsce, nikt nie wita cię chlebem i solą, nie ma czerwonych dywanów… Myślę, że to, że byłam tak długo zdana tylko na siebie, wykształciło we mnie wolę walki. A bez woli walki nie ma dziennikarstwa. To zawód niewdzięczny i coraz mniej opłacalny, praca, która nigdy się nie kończy. Trzeba wiecznie rozglądać się za tematami, być gotowym na pobudki w środku nocy czy na pisanie z gorączką. Kilka razy usłyszałam, że jeśli chodzi o pracę jestem hardcore’owcem i coś w tym chyba musi być. Kiedy zostałam naczelną Inn:Poland przez ponad pół roku pracowałam po kilkanaście godzin dziennie. Tego wymagał ode mnie na tamtym etapie rozwój tytułu – opowiada.

– Przez ostatni rok INN:Poland przemieniło się z niszowego portalu w opiniotwórcze medium. Zwiększyliśmy zasięgi o sto procent. Chciałabym, żeby Inn:Poland stało się medium, bez którego dyskusja o biznesie, innowacjach czy rozwoju zawodowym będzie w Polsce niewyobrażalna – mówi Nino.

W „Dzienniku. Gazecie Prawnej” spędziła pięć lat, ale praca cieszyła ją coraz mniej, miała wrażenie, że nauczyła się już wszystkiego, czego mogła. Ograniczały ją schemat i forma pracy, które opanowała do perfekcji, ale których nie mogła zmienić. Chciała spróbować czegoś innego, pracowała przez jakiś czas w e-commersie, ale to nie było to. Wysłała CV do działu reklamy natywnej i została przyjęta. Jej znajomi pukali się w głowę, dla nich przejście z redakcji ogólnopolskiego dziennika do pisania tekstów reklamowych było kompletną degradacją. – Lubiłam tę pracę, bo mnóstwo się tam nauczyłam, pozwoliła mi dobrze zrozumieć media internetowe, to doświadczenie bardzo pomaga mi teraz w negocjacjach z klientami – opowiada Nino.

Zdolności organizacyjne i duże doświadczenie w dziennikarstwie gospodarczym nie uszły uwadze zwierzchników Nino, której ponad rok temu została zaproponowana posada redaktorki naczelnej Inn:Poland. Zgodziła się natychmiast, w końcu skoki na główkę to jej specjalność.

Julia – na własnych zasadach

– Nigdy nie myślałam, żeby mieć coś swojego, bo nigdy nie przypuszczałam, że się w ogóle do tego nadaję, już na studiach moim marzeniem była praca w agencji reklamowej – mówi Julia, kiedy pytam sztampowo, czy należy do osób, które korporację traktowały jako przystanek w drodze do własnego biznesu. Rozmawiamy przez Skype’a, Julia jako tzw. travelling CEO pół roku spędza podróżując i pracując zdalnie. W Warszawie jest 6 rano, a w Singapurze, do którego dopiero co przyleciała, dochodzi 13.

Julia Izmałkowa od dwunastu lat stoi na czele agencji badawczej, która jako piewsza w Europie opracowała autorską metodę badań - łącząc etnografię, psychologię oraz socjologię. Na tych fundamentach cały czas tworzy nowe techniki badawcze pomagając firmom znaleźć strategiczne insighty, następnie przekładając je na język biznesu i marketingu. W tym roku znalazła się w gronie finalistek Konkursu Bizneswoman Roku. Po dwunastu latach od założenia IZMAŁKOWEJ, Julia zatrudnia 16 pracowników, a ponad 80% klientów kontynuuje współpracę z jej firmą, co jest ewenementem na rynku.

– Przez lata pracowałam jako strateg w agencjach reklamowych. Opierając się na badaniach, opracowywałam strategie kampanii, z których korzystał potem dział kreacji. Początkowo po prostu irytowały mnie zawarte w badaniach truizmy pokroju „Z młodzieżą trzeba się komunikować młodzieżowym językiem”. Z czasem zaczęło mi coraz bardziej przeszkadzać, że stwarzamy pudrowany obraz rzeczywistości, reklamy, które podsycają w ludziach poczucie, że nie są wystarczająco ładni albo bogaci i nie radzą sobie tak dobrze, jak inni. Wyniki standardowego badania pokazywały np., że każda matka kocha swoje dziecko. To nie tyle insight, co sterylny fragment prawdy. Nie było tam słowa o tym, że ta sama kochając matka bywa zmęczona czy zirytowana i marzy czasem o tym, żeby zamknąć swoje dziecko w piwnicy – opowiada Julia.

Julia jest osobą do gruntu praktyczną, która nienawidzi nieefektywnej pracy. Najbardziej drażniło ją , że badania często nie przynosiły spodziewanych efektów biznesowych, nie były trampoliną, od której mogła się odbić jako strateg, ale raczej utrudniały pracę.
Izmałkowa nie lubi rzewnych opowieści o zgniłym świecie wielkich korporacji, uważa, że wiele się nauczyła w agencji, a przede wszystkim poznała świetnych, kreatywnych ludzi. W pewnym momencie zaczęła zauważać, że praca nie przynosi jej satysfakcji, nie jest zadowolona z jej efektów tak, jak wcześniej.

– Odważyłam się na zmiany, ponieważ jako psycholog jestem przekonania, że każdy z nas jest urodzony, aby mieć szczęśliwe życie. Chcemy być kochani, chcemy się samorealizować, klasyczna piramida Maslowa. Wierzyłam, że ja jestem ważna, że moje potrzeby są ważne i to, jak chciałabym pracować, też jest ważne, bo pozwala mi na samorealizację.

Julia nienawidziła pracować rano, do południa nie mogła się skupić, co skutkowało tym, że potem wychodziła z pracy o 21, więc nie miała czasu dla siebie i rozwój swoich zainteresowań. W końcu zaproponowała szefowi, że będzie przychodziła w południe i zostawała po godzinach, z jej punktu widzenia liczył się efekt końcowy, a nie sposób wykonania. O zmianie godzin pracy nie było mowy.
– Miałam wrażenie, że ktoś w imię pewnej formy redukuje mnie do procesu, który nawet nie był skuteczny. Do tego fakt, że robiłam badania na własną rękę, nie podobał się w firmie, bo panowała zasada, że badania się zleca – wspomina Julia.

Odeszła z korporacji. Po ośmiu latach w branży miała sporo kontaktów i postanowiła pracować jako freelancerka. Nie przestawała interesować się badaniami etnograficznymi, czytała na ich temat coraz więcej i wykorzystywała je w swojej pracy. Z czasem zaczęła zauważać, że klientów bardziej od proponowanych przez nią strategii interesują wyniki jej nietypowych, ale przynoszących efekty badań. Pięć miesięcy po odejściu z pracy założyła IZMAŁKOWĄ, ponieważ badania w pojedynkę zabierały masę czasu. We wrześniu razem z sześcioma współpracownikami robiła już badania dla pierwszego klienta, któremu robienia wywiadu etnograficznego odmówiła duża agencja. Julii trudno był pozyskać zlecenie, zdawała sobie sprawę, że gra o miejsce na rynku, więc nad pierwszym projektem pracowała z zespołem nieomal 24/7. Efekty przerosły ich najśmielsze oczekiwania, szef marketingu firmy, która zleciła badanie był zachwycony, wieść o nowej firmie rozeszła się pocztą pantoflową, co sprawiła aż do nadejścia kryzysu w 2009 roku Julia ani razu nie musiała zajmować się pozyskiwaniem klientów, którzy pojawiali się w drzwiach IZMAŁKOWEJ sami.

Historia przyjazdu Julii do Polski jest bardzo prosta – jej mama wyszła za Polaka, więc przeprowadziły się do Katowic, gdzie Julia zaczęła liceum. Wydawało się jej, że nie będzie tak źle, była po półrocznym kursie polskiego w Kijowie i sporo rozumiała, ale codzienne rozmowy znacznie różniły się od podręcznika do biologii, w którym musiała tłumaczyć niemal każde słowo. Wtedy po raz pierwszy zdała sobie w pełni sprawę z tego, jak dużą wagę ludzie przywiązują do narodowości.

– Urodziłam się jeszcze w Związku Radzieckim, w którym było 15 różnych nacji, nigdy wcześniej nie spotkałam się z tak mocnym zaznaczaniem granic i podziałem na „my” i „oni”. W szkole nauczyciele potrafili powiedzieć „Jak wam nie wstyd tego nie wiedzieć, skoro nawet ta Ukrainka to wie”. Usłyszałam też kilka razy, że muszę się strasznie cieszyć, że jestem w Polsce, bo mam wreszcie szczoteczkę do zębów i widzę tyle samochodów. Tymczasem w porównaniu do Kijowa, w którym się wychowałam, Katowice wydawały mi się wówczas małym miasteczkiem.

Po maturze Julia zaczęła studiować psychologię na lokalnej uczelni, a po pierwszym semestrze przeniosła się na Uniwersytet Warszawski, jej rodzice przeprowadzali się do stolicy, a ona postanowiła pojechać z nimi. Studia utwierdziły ją w przekonaniu, że bycie psychologiem to jej powołanie. Pięć lat na uczelni pozwoliło zgłębić fascynującą ją dziedzinę. Na ostatnim roku Julia zaczęła pracować w jednej z dużych agencji reklamowych, co wydawało się jej wówczas ekscytującym wyzwaniem.

W dwa lata od startu IZMAŁKOWEJ Julia miała poważny wypadek podczas skoku ze spadochronem. Podczas trwającej rok rehabilitacji, myślała o swoim trybie pracy i tym, co daje jej szczęście. Stwierdziła, że chciałabym spędzać więcej czasu poza biurem. Dla jej pracy ważny jest wgląd w inne kultury, rozumienie różnic, poznanie innych perspektyw – a tego nie da się osiągnąć oglądając National Geographic.

Julia nie zgadza się z poglądem, że pracowników trzeba nieustannie kontrolować. Głęboko ufa wszystkim zatrudnianym osobom i ich kompetencjom. Kiedy nie ma jej w Polsce pieczę nad projektami sprawuje online. Codziennie rozmawia z kierownikami działów o sytuacji w pracy.

– Dla mnie z marzeniami jest trochę jak z bardzo drogą i bardzo piękną sukienką. Warto ją przymierzyć, bo zawsze może się okazać, że wcale nie jest dla nas. A wtedy można się rozejrzeć za taką, która będzie pasowała jak ulał.

Dziewczyny ze wschodu walczą o siebie podobnie, jak w latach 80. i 90. robiły to Polki, wyjeżdżając do pracy na zachód. Muszą pokonać nie tylko barierę językową, ale też poradzić sobie z tęsknotą za domem i bliskimi. Na każdym kroku są zmuszone udowadniać, że nadają się do tego, co robią i przypominać, że nie są "tą Ukrainką" czy "jakąś Rosjanką". Nie oczekują pomocy ani współczucia, ale należy im się szacunek.


Napisz do autorki: helena.lygas@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...