Marynarka Szydło to element większego trendu. Kilka słów o power dress i tym, jak nasza premier czerpie od feministek

Mocne kolory to element power dressingu.
Mocne kolory to element power dressingu. Fot. screen/twitter.com/PremierRP
Pierwszy szyty na miarę garnitur to znak, że ci się udało. Sukces skrojony ze szlachetnej wełny. Wizytówka pozycji, profesjonalizmu i więcej niż wystarczającej liczby zer na koncie. A pierwsza szyta na miarę sukienka? Zdaniem niektórych: ślubna, i to jeśli masz szczęście, bo polskie wyobrażenie o kobiecym stroju biznesowym wciąż kreują sieciówki, a zindywidualizowanych, wzorców ubioru, niosących jasny przekaz na miarę “power pantsuit” Hillary Clinton, nie widać.

Idea, aby kobieta w środowisku biurowym, korporacyjnym czy biznesowym zlewała się z gęstym tłem męskich garniturów, powstała w epoce słusznie minionej i tam też, na szczęście, została. W latach 80. do formalnego must-have należały marynarki z poduchami i proste, niedopasowane spódnice. Styl ten zdefiniowany jako “power dressing” miał dodawać pewności w przełamywaniu kolejnych warstw szklanego sufitu. Żelazna anglosaska logika mówiąca: if you can’t beat them – join them (nie możesz ich pokonać – przyłącz się) tym razem zawiodła.
– Kobieta przebrana za mężczyznę wcale nie prezentuje się bardziej profesjonalnie – Małgorzata Karczewska, psycholog, trener kreowania wizerunku Human Skills i Sensualna Kobieta Biznesu. – Niedopasowany garnitur i brak makijażu, wbrew pozorom, przyciągną uwagę, ale raczej tę negatywną. Poza tym, męski wizerunek to wizerunek narzucony. Kobieta nie będzie się w nim czuła komfortowo, zarówno mentalnie, jak i czysto fizycznie – dodaje.



Biurowy dryg szybko porzuciłyśmy na rzecz stosowania się do sztywnych i, co gorsza, dość ogólnych zasad. – Dress code ewoluuje. Mimo że niektóre korporacje nadal są w tej kwestii bardzo konserwatywne, na biznesowych spotkaniach pojawia się też dowolność – twierdzi Małgorzata Karczewska. Granice tej dowolności nie są jednak ściśle określone i tu pojawia się problem, który teoretycznie można by rozwiązać metodą naśladownictwa. Do tego jednak potrzeba właściwych wzorców i chęci podążania za nimi. Tu zaczynają się jednak schody, bo, w przeciwieństwie do światowej, na polskiej scenie takowych brak.

Pastelowy majstersztyk
Jeszcze cztery miesiące temu najwięksi projektanci garniturów, zarówno męskich, jak i damskich, zacierali ręce. Ci pierwsi – w nadziei, że to właśnie im przyjdzie ubierać przyszłego FHOTUS-a (First Husband of United States), a ci drudzy – że przygotowana przez nich paleta kolorystyczna garsonek przyciągnie uwagę nowej prezydentowej Hillary Clinton. Amerykanie postanowili jednak spłatać światu mało zabawnego figla i na najwyższy stołek w państwie wsadzili człowieka w tupeciku koloru jajecznicy, który nie przejmuje się niczyim zdaniem i “okropni, okropni” styliści nie są tu wyjątkiem. Mało więc prawdopodobne, aby którekolwiek z jego “looków” przeszły do historii w pozytywnym tego słowa znaczeniu – w przeciwieństwie do jego byłej rywalki.
“Power pantsuits”, w których Hillary pojawiała się na kolejnych wiecach i debatach, stały się jej znakiem rozpoznawczym. I choć niektóre propozycje kolorystyczne niebezpiecznie oscylowały wokół majtkowego różu czy piżamowego seledynu, pod względem kroju były zawsze trafione w punkt, co jak przekonuje stylistka Marta Gałka, w przypadku Clinton, nie jest łatwym zadaniem:

– Ma specyficzną i niełatwą do ubierania sylwetkę – jest niska, z dużą dysproporcją między szczupłymi ramionami i masywnymi biodrami. Fason spodni w jej słynnych garniturach to majstersztyk stylizacyjny. Nie da się dobrać lepszego formalnego modelu, ten jest optymalny. Do marynarek można się przyczepić, że zbyt zabudowane, odrobinę za długie, ale w ogólnym rozrachunku wypadają na tak. Całość jest elegancka i profesjonalna – komentuje Marta Gałka i dodaje, że z “tęczowości” również można Clinton rozgrzeszyć: – Kolory odwracają uwagę od niedoskonałości sylwetki, przykuwają ją do twarzy. Są pozytywne, wesołe i charakterystyczne. Są jej znakiem rozpoznawczym – komentuje.
Znakiem, który dodajmy, okazał się wizerunkową petardą. PR-owcy Clinton musieli płakać ze szczęścia obserwując, jak pod hashtagiem PantsiutNation na Facebooku oznaczają się kolejni fani jej ubioru, a na Instagramie trenduje konto @hillarystreetstyle, gdzie wizerunki kandydatki na prezydenta zestawiane są z odpowiadającymi kolorystycznie kreacjami celebrytów – w zamierzeniu ociekające oczywiście ironią – ale nie jadem. Poza tym, czy jest lepszy sposób ocieplenia wizerunku polityczki niż zestawienie jej z Beyonce? Oprócz zaśpiewania w duecie z żywą Beyonce – nie ma.
Dominika Łukoszek, modolożka i blogerka klasyfikuje strój Clinton jako "zbroję": – Chciała zakomunikować, że szykuje się do walki. Mając świadomość, że pierwsze wrażenie jest w polityce kluczowe, świadomie rezygnowała z atrybutów takich jak rzucające się w oczy dodatki czy szpilki, które mogłyby „zmiękczyć” jej wizerunek. Strój polityczki nadal często jest budowany przede wszystkim w taki sposób, aby nie miał wyraźnych konotacji seksualnych. W przypadku mężczyzny nikt nie będzie dyskutował, czy spod nogawki wystaje mu za dużo skarpetki – chyba że polityk ubierze się w naprawdę rażący sposób. W przypadku zbyt krótkiej kobiecej spódnicy komentarze w mediach są gwarantowane. Niestety, nadal patrząc na polityczki najpierw oceniamy ich wygląd, a dopiero potem to, co mają do powiedzenia – tłumaczy Dominika Łukoszek (warto zaznaczyć, że w naTemat nad strojami polityków również dyskutujemy – prezesowi Kaczyńskiemu zafundowaliśmy nawet metamorfozę)

Modowym hitem, który ostatecznie zamknął usta prześmiewcom był biały garnitur od Ralpha Laurena, w którym Clinton wystąpiła na ostatniej debacie prezydenckiej. “White suit effect” zgodnie z prognozami New York Timesa miał dać Hillary zwycięstwo. Nie dał. Ale sprawił, że tysiące Amerykanek w geście solidarności do urn poszło właśnie w bieli, a w internetowych wyszukiwarkach garsonki w tym kolorze jeszcze przez jakiś czas po głosowaniu wpisywano częściej niż klasyczne, czarne. Wybór tego właśnie koloru był dokładnie przemyślany – doradcy Clinton doskonale wiedzieli, do jakich tradycji powinna nawiązywać stając w szranki z bezwstydnie mizoginistycznym przeciwnikiem.
Biel do feministycznej symboliki wprowadziła Emmeline Pethick-Lawrence, skarbniczka Woman's Social and Political Union czyli organizacji zrzeszającej brytyjskie sufrażystki. To właśnie jej przypisuje się wybór trzech kolorów obowiązujących podczas demonstracji w londyńskim Hyde Parku w 1908 roku: purpury symbolizującej godność, zieleni oznaczającej nadzieję, oraz bieli świadczącej o czystości intencji w walce o słuszną sprawę.
Białe garnitury później wyznaczały daty graniczne w walce o równouprawnienie. W bieli na swoim plakacie wyborczym pozowała Shirley Chisholm – pierwsza afroamerykanka wybrana do Kongresu i zarazem pierwsza kobieta, która 1969 ubiegała się o nominację na kandydatkę w wyborach prezydenckich z ramienia Partii Demokratycznej. Na biało ubrane były również uczestniczki marszu na Waszyngton w 1978, kiedy postulowały ratyfikację Equal Rights Amendment (Poprawki Równych Praw).

Apaszka apaszce nie równa
Garsonka totalna a’la Clinton z pewnością nie jest dla każdego. Na światowych scenach politycznych i biznesowych nie brakuje jednak kobiet, które nie boją się przełamywać ogólnie przyjętych schematów dress code’u. Brytyjska premier, Theresa May, “szokuje” butami, a przewodnicząca Światowego Funduszu Walutowego – Christine Lagarde – apaszkami w kolorach, które obok zachowawczych nawet nie leżały. Brukowce opinię na temat tego, czy takie dodatki przystoją kobietom “na stanowiskach” wydają jednoznaczną. Eksperci od wizerunku widzą jednak w tym “szaleństwie” metodę.
– Kobieta potrzebuje atrybutu, który ją wyróżni. W przypadku Theresy May to będą buty, w przypadku Christine Lagarde – apaszki. Osiągają w ten sposób efekt na miarę Steve’a Jobsa. Słysząc to nazwisko od razu widzimy czarny golf, dżinsy i adidasy – tłumaczy założycielka marki ENNBOW, Katarzyna Piasecki. Marta Gałka dodaje, że nawet w stylu formalnym jest miejsce na różnorodność:
Marta Gałka

Możemy mieć znak rozpoznawczy, jak na przykład czerwone usta Jadwigi Staniszkis czy barwne garsonki i garnitury Hillary Clinton. Podkreślajmy swój gust i upodobania ale w granicach zdrowego rozsądku. Świetnym przykładem jest Monika Olejnik. Kocha modę i ekstrwagancję. Nawet prowadząc wywiady z ważnymi politykami do grzecznych kostiumów "przemyca" ciekawe buty albo dużą, przeskalowaną biżuterię.

Katarzyna Piasecki pytana o to, czy na polskiej scenie politycznej dostrzega garsonkowy potencjał, który może być inspiracją na miarę Hillary Clinton, ma problem ze wskazaniem swojego typu. – Naturalnych wzorców, rzeczywiście, nie widać. W świecie polityki na pewno wyróżniają się panie z Nowoczesnej, choć oczywiście ich strój nie jest czasami aż tak dopracowany, jak mógłby być. Pojawiają się dziwne wzory, przypadkowe dodatki - tłumaczy. Można zapytać, w czym apaszki Katarzyny Lubnauer są gorsze od apaszek Christine Lagarde? – W czasach, kiedy walczymy o równogłos, nie warto odwracać uwagi od przekazu niepotrzebnymi elementami – komentuje Piasecki.
Marta Gałka docenia za to wysiłki przeciwnej strony politycznej barykady: – Słynąca z wyszydzanych broszek pani premier zrobiła krok milowy od czasów fryzury z "pazurkami" i nijakich kolorów. Podoba mi się styl pani prezydentowej Agaty Dudy, która rzadko zalicza wpadki, na ogół wygląda bardzo profesjonalnie, dzięki czemu bywa porównywana do bohaterki serialu House of Cards, Claire Underwood – przekonuje stylistka.
Dominika Łukoszek również pozytywnie ocenia styl obecnej premier: – Widać, że strojem stara się nawiązywać do stylu Angeli Merkel, choć polską premier odróżniają wpinane w klapy broszki, to jest najbardziej charakterystyczny element jej stroju. Beata Szydło, Angela Merkel, czy była prezydent Brazylii – Dilma Rouseff, adaptują wybrane elementy męskiej garderoby do własnych potrzeb – ocenia dodając, że na polskiej scenie politycznej pozytywnie wyróżniają się doborem garderoby panie takie jak Ewa Kopacz czy Hanna Gronkiewicz-Waltz.

Niestety, ani przemykająca za plecami męża Agata Duda, ani tym bardziej kucająca za prezesem Beata Szydło polskiej wersji “power pantsuit” nie wykreują. Bo nie da się zostać kobiecym wzorem, nie stając z kobietami w jednym szeregu. Czekając, aż któraś z prawdziwych liderek dostrzeże potencjał w skrojonej na miarę, choćby i pastelowej, garsonce, pozostaje trzymać się klasyki, ale tylko w kwestiach formalnych. Dzisiejszy biurowy dress code to tylko rama, w której miejsca na modową inwencję jest sporo.

Nie kastruj się z kobiecości
– Odpowiedni ubiór do pracy to kwestia dobrego wychowania – tak jak mówimy dzień dobry, dziękuję i proszę. Strój mówi o szacunku do miejsca i ludzi. Oczywiście, inny dress code będzie obowiązywał w biurze marki modowej, inny w kancelarii prawniczej, ale raczej klasyka cię nie zgubi nigdy – przekonuje Antonina Samecka, założycielka marki RISK.
Antonina Samecka
założycielka marki RISK made in Warsaw

Nie kastrujmy się z kobiecości - ona wcale nie wyklucza profesjonalizmu. W stroju biznesowym powinnyśmy się czuć dobrze. Jeśli podczas spotkania, zamiast o tym, co mamy mówić, myślimy o tym, jak jesteśmy ubrane, to znaczy, że jesteśmy ubrane źle.

W poszukiwaniu inspiracji można zafundować sobie seans amerykańskiego serialu o prawnikach, na przykład “Good Wife”. – Kobiety są tam ubrane wyraziście, kobieco, ale nikt nie zarzuci im braku profesjonalizmu – podkreśla Antonina Samecka.
Polskim dowodem na to, że najnowsze trendy z powodzeniem odnajdą się w korporacjach, jest właśnie RISK – marka, której sztandarowym materiałem jest dresowa bawełna. Antonina Samecka przekonuje, że nawet z tak “luźnej” tkaniny można wykroić formalny kostium. Bo to właśnie krój i odpowiednie dopasowanie do sylwetki są kwintesencją współczesnego power dressingu. – Wystarczy mieć dobrą marynarkę, która “zrobi” nam formę. Szaleć możemy z bluzką – zarówno jej fasonem, jak i kolorem – tłumaczy właścicielka RISK.
Katarzyna Piasecki z ENNBOW podpisuje się pod tą tezą, dodając, że marynarek czy spódnic, idealnie dopasowanych do naszego ciała próżno szukać w sieciówkach: – Trzeba bardzo uważać, bo bywa, że ubrania popularnych marek modą biznesową raczej tylko się inspirują: sukienki zbyt mocno podkreślają sylwetkę, spódnice bywają za krótkie – komentuje, dodając że inwestycja w dobrej jakości kostium da szybki zwrot – w postaci większej pewności siebie.
Jeśli więc przed wyjściem do pracy zastanawiasz się, czy wypada ci wyglądać kobieco – odpowiedź brzmi: tak. Czy to wyklucza profesjonalizm? Absolutnie nie. Jeśli masz wątpliwości co do wyboru odpowiedniego zestawu, Antonina Samecka sugeruje pamiętać o trzech rzeczach. Po pierwsze: dobry krój to połowa sukcesu. Po drugie: ubranie ma sprawić, że będziesz w stanie myśleć o ważniejszych rzeczach, niż to co mas zna sobie. Po trzecie: jeśli kochasz płaskie buty, a ktoś każe ci nosić szpilki, to już nie jest dress code, ale sytuacja opresyjna.

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...