Społeczeństwo kobiet 2.0. Jak kobiety zaczynają jednoczyć się online w tajnych grupach

„Divine Secrets of the Ya-Ya Sisterhood” 2002 kadr z filmu
W kilka ładnych lat po szale na kobiece siłownie, szkoły jazdy i wieczory filmowe, zaczęłyśmy łaknąć swojego towarzystwa także w sieci. Powoli wyzwalamy się z pruderii przekonania, że istnienie kobiecej grupy online musi być legitymizowane przez pretekst do rozmowy taki jak manicure czy ciąża. Na Facebooku powstają tajne grupy zrzeszające dziewczyny nieznające się w tzw. realu. Cel? Wzajemna pomoc i stworzenie przyjaznego miejsca do dyskusji.

Po raz pierwszy usłyszałam o jednej z takich grup półtora roku temu. Przypadkiem na Powiślu spotkałam dawno niewidzianą znajomą. Postanowiłyśmy zjeść razem obiad, a ona, znając moje upodobanie do internetowych kuriozów, opowiedziała mi o grupie na Facebooku skupiającej kilka tysięcy dziewczyn, gdzie zapytania o leki na depresję i wynurzenia dotyczące problemów z erekcją ukochanego sąsiadują z pytaniami o to, gdzie można kupić w Warszawie lody o smaku śliwkowym. Dołączyłam do grupy z ciekawości i przez następne kilka tygodni na przemian podśmiewałam się pod nosem z randkowych dylematów 20-latek i żenowałam wyśrubowanym poziomem ekshibicjonizmu.



Przykładny profil

Facebookowe grupy tylko dla kobiet powstają najczęściej wokół konkretnych tematów, przeważnie tych związanych z urodą i shoppingiem. Sporo jest też grup takich jak Po sukces na szpilkach czy Twoja pasja Twoja firma, zrzeszających przedsiębiorczynie czy kobiety zajmujące się biznesem.

Trudno się zresztą dziwić, Facebook jest potężnym narzędziem autokreacji, w którym panują jasno określone, choć niepisane normy. To miejsce, gdzie wszyscy jadają w modnych knajpach, spotykają się z roześmianymi od ucha do ucha przyjaciółmi i jeżdżą do Azji, opcjonalnie do Argentyny. Pytać można o to, czy ktoś zna kreatywnego grafika albo czy chce iść do teatru (jeśli akurat mamy darmowe bilety). Intuicyjnie czujemy jednak, że nasz wall nie jest miejscem na szukanie odpowiedzi na pytanie, co można zrobić do jedzenia o 1 w nocy, kiedy lodówka świeci pustkami, albo czy dwa tygodnie bezsenności to wystarczający powód, żeby udać się do psychiatry. Obawiamy się pytać o rzeczy banalne, czy takie, które w powszechnym mniemaniu mogłyby zostać uznane za głupie.

Niewątpliwie swoje trzy grosze do kompromitacji społeczności samopomocowych w sieci dołożyły portale takie jak Samosia czy Kafeteria. Wśród pytań o to, jak usunąć spaleniznę z dna garnka i po czym poznać, że to ten jedyny, znalazło się tam miejsce na dyskusje kompromitujące piszących, jak słynny wątek „Do czego nikomu byście się nie przyznali”. Zawartość takich stron regularnie trafiała na portale zajmujące się wyśmiewaniem upośledzonych płodów internetu, a szukanie pomocy online zaczęło kojarzyć się z nieprzystosowaniem do życia i patologią. Z czasem pytanie o rady całkowicie straciło sens. Możliwość ukrycia się pod pseudonimem przyciągnęła najgorszy sort internetowych trolli, którzy na pytanie o pranie wełny odpowiadali wiązankami wyszukanych obelg i zaczepek.

Tajne przez poufne

Grupy, do której należę, nie da się znaleźć w wyszukiwarce na Facebooku, nawet jeśli zna się jej nazwę. Kiedy przekroczyła krytyczny poziom dziewięciu tysięcy użytkowniczek, adminka zdecydowała o nieprzyjmowaniu nowych dziewczyn. Ponieważ liczba próśb o dołączenie do społeczności nie malała, grupa została dodatkowo utajniona.

Prawo Olsona, świetnie znane studentom i absolwentom socjologii, zakłada, że wraz ze wzrostem liczebności grupy dochodzi do spadku jakość komunikacji, co z czasem zmniejsza także jej częstotliwość. W dużych grupach ciężej osiągnąć cel (którym w tym przypadku była samopomoc). Zgodnie z podręcznikowym modelem, żeby móc realizować swoje zadania, grupa tej wielkości powinna ulec segmentacji.

Tak też stało się w tym przypadku. Powstało około 20 podgrup skierowanych do kobiet szukających konkretnych informacji. Warunkiem dołączenia do nich była oczywiście wcześniejsza przynależność do grupy-matki. Zostały utworzone podgrupy dla dziewczyn, które się odchudzają, szukają pracy, szykują do ślubu, studiują, są matkami… Ale także grupa, w której można zeswatać wolnych kolegów (oczywiście z innymi członkiniami), wymienić informacje o podróżach i miejsce, gdzie można sprzedać ubrania czy źle dobrane kosmetyki. Powstała nawet podgrupa typu skill trade, gdzie dziewczyny bezgotówkowo wymieniają się usługami – np. dwie lekcje hiszpańskiego za profesjonalny makijaż.
Z czasem zaczęłam rozróżniać niektóre dziewczyny należące do grupy, z lektury komentarzy wiedziałam, czym się zajmują, czy mają rodziny, jakie mają poglądy. To sprawiło, że przestałam odbierać niektóre posty jako niesmaczny przejaw ekshibicjonizmu. Bezstronna grupa odniesienia pozwala wielu kobietom nabrać dystansu do konfliktów z partnerami, ułatwia spojrzenie na codzienne problemy z nowej perspektywy. Zdradzenie kilku prywatnych szczegółów jest ceną, którą płaci się za pomoc, i ryzykiem, które trzeba ponieść. Grupa, mimo tak dużej liczby członkiń, powoli konsolidowała się, udzielało się na niej coraz więcej dziewczyn. Powstało kilka wewnętrznych żartów i powiedzeń, często autotematycznych, wynikających z opisywanych anegdot.

Pierwowzór grupy dla kobiet, do której należę, narodził się kilka lat temu na facebookowej stronie służącej do sprzedaży nienoszonych ciuchów z własnej szafy. Grupa liczyła kilkadziesiąt tysięcy kobiet, więc często pojawiały się tam pytania natury ogólnej, niezwiązane ze sprzedażą ubrań. Część dziewczyn uważała, że takie posty zaśmiecają grupę, więc pod coraz liczniejszymi pytaniami zaczęły wybuchać karczemne awantury. Pod jednym z postów ktoś zaproponował, nie przebierając w słowach, żeby osoby chętne do pogaduszek opuściły grupę i założyły własną. Tak też zrobiły. Nowa strona została nazwana „Dziewczyny, wiecie wszystko” i miała służyć do zadawania pytań wszelkiej maści i kalibru. Z czasem pojawiało się coraz więcej pytań dotyczących życia prywatnego.

To, że grupa bazowała na stronie ze sprzedażą odzieży używanej, zdeterminowało profil przeciętnej członkini. Po pierwsze były to głównie kobiety z Warszawy i okolic, bo to do nich była skierowana pierwotna grupa sprzedażowa (żeby ułatwić odbiór osobisty i przymierzanie ciuchów). Fakt, że chodziło o sprzedaż ubrań, przyczynił się też do naturalnej selekcji wiekowej – na grupie, gdzie zawartości szaf pozbywały się 20-latki, kobiety po 50. roku życia nie miały czego szukać. Społeczność szybko rosła w siłę, przynajmniej jeśli chodzi o liczebność, ale poruszanie tematów światopoglądowych sprawiło, że wybuchały na niej coraz gorętsze kłótnie, podczas których dziewczyny potrafiły bez zastanowienia mieszać się z błotem.

Z koleżeńskiej atmosfery i poczucia, że oto powstało w sieci miejsce, gdzie kobiety mogą się wspierać i rozmawiać o wszystkim, niewiele zostało. Czarę goryczy przelała założycielka, która chciała zacząć na niej zarabiać. Grupa została rozwiązana, ale kobietom, które do niej należały, zaczęło jej brakować. Mimo wszystkich wad była to niezwykła przestrzeń. Może i obarczona ryzykiem nieprzyjemnych komentarzy, ale i dająca realne wsparcie swoim członkiniom.

Dziewczyny poręczne

Dla większości kobiet pytanie o rady i opinie jest zachowaniem bardzo naturalnym, które buduje poczucie wspólnoty i stanowi ważny element socjalizacji. Komórka w dłoni i przynależność do grupy tego typu daje wrażenie nieustannego podłączenia do kolektywnego zasobu wiedzy i doświadczeń. Jesteś w przymierzalni i nie możesz się zdecydować, który sweter wybrać – dwa zdjęcia i zaczyna ci doradzać sztab składający się z minimum kilkuset dziewczyn. Znalazłaś się w okolicy, w której nigdy nie bywasz i nie wiesz, co możesz zjeść? Pięć minut i dumne mieszkanki zalewają cię informacjami o najlepszych knajpach.

Kobiety przestrzegają się też przed nieuczciwymi pracodawcami czy Don Juanami z Tindera, polecają sobie ginekologów i szukają, przeważnie z powodzeniem, domów dla znalezionych zwierząt. Kiedy jedna z dziewczyn napisała rozżalona, że mężczyzna, z którym umówiła się na niezbyt udaną randkę, wypisuje do niej, żądając zwrotu kosztów spotkania w wysokości 30 zł, otrzymała masę wsparcia i wachlarz pomysłów jak zachować się w tej sytuacji (wygrało zrobienie delikwentowi 15 przelewów po 2 zł, z tytułami będącymi epitetami odnoszącymi się do jego skąpstwa i braku klasy).

Inna żaliła się, że od czasu wyprowadzki współlokatorki, z którą nie była w najlepszych stosunkach, coś w mieszkaniu zaczęło cuchnąć. Przez kilka dni dziewczyny podsuwały pomysły, co może być przyczyną zapachu, który mimo gruntownych porządków, opróżnienia lodówki i kolejnych odświeżaczy powietrza stawał się coraz intensywniejszy. Po dwóch tygodniach okazało się, że przyczyną były karnisze wypełnione przez mściwą współlokatorkę krewetkami. Bogu ducha winne skorupiaki stały się na grupie żartobliwie używanym synonimem zemsty doskonałej.

Do dziewczyny w 4. miesiącu ciąży żalącej się, że ma fatalny nastrój, jej partner wyjechał, a jedynym, na co ma ochotę, są tosty, w środku nocy pojechała spontanicznie uformowana delegacja z zapasem wszystkich niezbędnych składników i tosterem. Inna, wystawiona na dobę przed wyjazdem na urlop przez znajomą, w kilka godzin znalazła nową towarzyszkę podróży. W miarę jak członkinie grup tego typu poznają się lepiej, wzajemna pomoc staje się coraz bardziej realna, a chęć integracji rośnie.

Pazury naostrzone online

Mimo że wśród wybranych demokratycznie zasad grupy jest zapis o wzajemnym szacunku, tolerancji i empatii, czasem zdarza się, że dziewczyny posuwają się o krok za daleko. Konflikty stanowią odwzorowanie problemów z komunikacją, jakie napotykają kobiety także w życiu codziennym i pokazują pracę domową, która wciąż została nam do odrobienia we wzajemnych kontaktach.

Jedna z młodszych członkiń, znana z wydatnego biustu, śmiało wyrażanych poglądów i pseudonimu zaczerpniętego od nazwy jednej z substancji psychoaktywnych, opuściła grupę po negatywnych reakcjach grupy na jej problemy. Kiedy z jej konta na Instagramie zostały skradzione zdjęcia, które trafiły na inny profil w wybitnie erotycznym kontekście, kobiety zrzeszone w grupie owszem, starały się pomóc, ale jednocześnie dały popis klasycznego slut shamingu. Stwierdziły, że 17-latka sama jest sobie winna, ponieważ umieszcza w sieci „zbyt śmiałe” fotografie.

Kilka miesięcy później ta sama dziewczyna miała problemy w szkole, była zagrożona z historii i szukała liceum, do którego mogłaby się przenieść w trakcie roku szkolnego. Usłużne koleżanki doradziły naukę, przy okazji wytykając jej posty sprzed kilku tygodni, w których pytała, co założyć na randkę. Zaakceptowanie innego od powszechnie przyjętego modelu kobiecości wielu z nas przychodzi z trudem i w tzw. realu.

Dostaje się jednak nie tylko charakternym postaciom, których styl życia/bycia nie budzi sympatii ogółu. Kilka miesięcy temu jedna z dziewczyn chciała podzielić się na grupie, w jej odczuciu zabawną, historią. Obudziła się w fatalnym nastroju, bo całą noc śniło się jej, że narzeczony ją zdradza. Mężczyzna nie mógł z niej wyciągnąć, dlaczego ma taką ponurą minę, a kiedy wreszcie mu się udało, zaczął się śmiać i solennie przeprosił za swoje alter ego ze snu, zapewniając, że nigdy jej nie zdradzi.

Pod postem pojawiło się wiele komentarz wyśmiewających jej narzeczonego i nazywających go pantoflarzem. Dyskusja zamieniła się w kłótnię o to, gdzie kończą się granice wyrażanie własnego zdania. Zamiłowanie do opiniowania partnerów innych kobiet to zachowanie świetnie znane wszystkim dziewczynom przywykłym do obracania się w sfeminizowanych środowiskach.
Grupy online, w których obce kobiety oferują sobie wsparcie i pomoc, tylko dlatego, że łączy je płeć, są pomysłem, który dziwi nie tylko w Polsce. Pakistańskie Soul Sisters czy australijska grupa Help a sister Out, której członkinie zwracają się do siebie per „siostro”, były opisywane w tamtejszych mediach jako socjologiczne fenomeny. Soul Sisters funkcjonuje na podobnych zasadach, co opisywana polska grupa, z tą różnicą, że jej liczebność nie została w żaden sposób ograniczona. Obecnie zrzesza niemal 20 tysięcy kobiet i dorobiła się nawet własnego portalu internetowego tworzonego przez kobiety i dla kobiet.

Powstawanie tajnych grup tylko dla kobiet to nie tyle globalny trend, ile oddolny impuls. Odwieczna potrzeba bycia z innymi kobietami, która po zmierzchu kół gospodyń wiejskich i proszonych podwieczorków podatny grunt znalazła online. Kobieca solidarność nie jest pustym hasłem, ale realną potrzebą, do której przestajemy wstydzić się przyznawać.


Napisz do autorki: helena.lygas@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...