One są jak Helena Norowicz - silne, kobiece, spełnione. Oto trzy dowody, że prawdziwe życie zaczyna się na emeryturze

Helena Norowicz fot. Maciej Zagórny/ naTemat.pl
Każda z nas chciałaby godnie się zestarzeć. Z przestrachem myślimy o siwiejących włosach, zmarszczkach na dłoniach i zanikach pamięci. Kobiecość w przekonaniu współczesnych ludzi to domena młodych i jędrnych, aktywnych zawodowo. A co gdyby się okazało, że młodosć ducha jest nieśmiertelna? Te trzy kobiety po 70. udowadniają, że wiek nie ma znaczenia – kiedy spełniają się marzenia, młodość jest wieczna!

Bizneswoman przed 80., czyli Anna Barton i jej lodziarnie z 45-letnią tradycją

Anna jest młodą mężatką, ma dwójkę małych dzieci. Pracuje jako pielęgniarka w szpitalu. Od dawna czuje jednak, że chciałaby założyć własny biznes, mieć coś swojego, nazywa to smykałką do interesów. Jednak do tej pory nie zdecydowała się na ten krok. Jest za wcześnie, nie ma konkretnego pomysłu, ani wystarczającej motywacji.

- Dziś śmieję się, że historia mojego biznesu to dowód na to, że w najtrudniejszych momentach naszego życia budzi się to, co w nas najlepsze. Gdybym nie sięgnęła dna, pewnie dziś byłabym emerytowaną pielęgniarką, która liczy każdy grosz – mówi Anna Barton, właścicielka siedmiu lodziarni we Wrocławiu. Tego dnia Anna wraca do domu i zostaje je zupełnie puste.

Jest rok 1971. Anna wraca z pracy, otwiera mieszkanie i czuje, jak na jej barki spada ogromny kamień. Mieszkanie jest puste, ograbione ze wszystkiego, co miało jakąkolwiek wartość. - Usiadłam na podłodze i się rozpłakałam. Okazało się, że to komornik w końcu rozliczył narastające przez wiele lat długi mojego męża. Byłam w całkowitej rozpaczy. Płakałam przez wiele godzin, aż w końcu zasnęłam ze zmęczenia. Obudziłam się jednak z nową siłą – wspomina Anna.

To właśnie tego dnia podjęła decyzję, że otworzy własną firmę. Wiedziała, że nie może skazać swoich dzieci na nędzę i że pensja pielęgniarska nie wystarczy, by je godnie utrzymać. Postanowiła zawalczyć nie tylko o nie, ale również swoje marzenia. - Fachu cukierniczego nauczyłam się sama i szybko okazało się, że bardzo to lubię. Moja miłość do produkcji lodów własnej roboty, według samodzielnie wypracowanych receptur, przełożyła się również na jakość. Do moich lodziarni szybko zaczęły ustawiać się gigantyczne kolejki! - opowiada Anna.

Pierwszym punktem uruchomionym przez Annę Barton była lodziarnia na ul. Zawalnej, która w tej chwili już nie istnieje. - Na Zawalnej sprzedawałam lody przez 15 lat, czyli do 1986 roku. Pracowałam codziennie, czasem tak intensywnie, że nie miałam pojęcia, jaka jest pogoda na zewnątrz (śmiech) – wspomina Anna. Zwłaszcza w soboty i niedziele kręciłam lody już od 4 rano! Ale ludzie byli zachwyceni i to było dla mnie najważniejsze.

Pierwszy poważny kryzys nadszedł wraz z powodzią w 1997 roku. - Wówczas sprzedawałam lody do sklepów i prowadziłam kawiarnię w Kozanowie. Kiedy Wrocław zalało i fala przeszła również przez moją dzielnicę, przez tydzień miałam trzy metry wody w lokalu. Wszystko pływało. Kiedy poziom wody opadł, a ja weszłam do środka okazało się oczywiście, że wszystko jest zniszczone. Cały sprzęt, produkty, nawet sam lokal do niczego już się nie nadawał. Została mi wtedy jedna mała maszynka do lodów, rzemieślnicza – opowiada pani Anna. Nie mogłam spać, głowiłam się, co zrobić, aż w końcu pewnej nocy mnie olśniło – muszę wykorzystać to, co mam. I tę jedną maszynkę wstawiłam do własnego domu i w nim rozkręciłam biznes na nowo.

I tak powstała najsłynniejsza lodziarnia Barton – domowy lokal na Kasprowicza, który pani Anna również nabyła dzięki cudownemu przypadkowi. - W gazecie znalazłam ogłoszenie, że ktoś z Kasprowicza chce zamienić dom na mieszkanie takie jak moje. Uwielbiałam tamtą dzielnicę, nawet miałam na niej ulubiony dom, który wydawał się taki "mój". I miałam rację! Zadzwoniłam do ludzi z ogłoszenia z propozycją zamiany, nie wiedząc nawet, o który dom chodzi. Okazało się, że trafiłam! - opowiada.

Ludzie pokochali to miejsce! Dziś pani Anna śmieje się, że słyszy od klientów, że wszędzie jest fajnie, ale w jej domu najlepiej. - Nie wyobrażam sobie życia bez pracy i bez tych ludzi, praca to moja pasja! To adrenalina, która codziennie mnie napędza. To motywacja, która powoduje, że codziennie bez wahania wstaję z łóżka, dbam o siebie i ani myślę przechodzić na emeryturę (śmiech).

Pani Anna jeszcze nie dawno uważała, że "wyprowadzanie" lodów Barton z Wrocławia nie jest jej po drodze. Że to lokalne produkty, lokalne smaki, dlatego nie można ich zjeść nigdzie więcej w Polsce. Ale za granicą – czemu nie! - Kiedyś do jednej z moich lodziarni przyszedł mężczyzna, który mieszka na Majorce, a w Polsce był tylko przejazdem. Zachwycił się moimi lodami i powiedział, że u nich takich nie ma, a jego zdaniem bardzo by się przydały. Zaprosił mnie do siebie, po czym zaproponował, bym swoje przysmaki serwowała pod inną marką... Nie zgodziłam się, ale pomysł otworzenia nowej lodziarni na Majorce bardzo mi się spodobał. Zakochałam się w tym miejscu! Teraz przylatuję tam co jakiś czas, by załatwiać formalności.

Zatem dziś pani Anna to niemal 80-letnia bizneswoman, która lata między Wrocławiem a ciepłą wyspą, by dzielić się swoją pasją. Pasją, która z biegiem lat tylko zyskuje na swej mocy.

Figura modelki, charakter wojowniczki, 77 wiosen na karku, czyli historia pani Zofii

Szkolny korytarz, pierwszaki siedzą wokół koleżanki z rozbitym nosem. Chłopaki się wyśmiewają: "Cooo, matka cię tak urządziła?! Pewnie jej wylałaś flaszkę do kibla, hahaha!". Nauczyciele kręcą się nerwowo, jakby nie wiedzieli, co mają robić. No tak, to matka ją tak urządziła. Wpadła z impetem, "lekko" zawiana, zaczęła szarpać, ta jej odpyskowała i tak się skończyło. Tylko kogo tu wezwać? Ojca nie znają. - Proszę pani, babcię wezwać trzeba. Inga ma babcię, która mieszka niedaleko!

Po 15 minutach po korytarzu kroczy dumnie wysoka kobieta w ciemniej garsonce z wysoko upiętymi gęstymi włosami. Stukanie jej szpilek roznosi się po całej szkole – zaczęła się lekcja. Ma wzrok dumny i pewny siebie. Inga jest zwolniona z reszty lekcji, a po każdym kolejnym dniu szkolnych zajęć nie wróci już do rodzinnego domu. - Serce mi pękało, ale musiałam to zrobić. Wiedziałam, że moja córka pije, od początku chciałam jej Ingę odebrać, ale coś mnie powstrzymywało, gryzło, jakoś chciałam wierzyć, że się zmieni. Tego dnia miarka się przebrała – wspomina pani Zofia.

Według pani Zofii, nie ma się czym chwalić ani o czym opowiadać. Ot po prostu, robi to, co uważa za słuszne i już. Nic wielkiego, żeby o tym artykuł pisać. - Normalne jest dla mnie to, że zapewniłam wnuczce życie takie, na jakie zasługiwała. Chciałam jej dać taki dom, jaki sama miałam i jaki dałam jej mamie. Nie do opisania jest cierpienie matki, której córka stacza się na dno i nie da się jej pomóc. Dni, w które spotykałyśmy się na sali sądowej w sprawie przyznania mi opieki nad Ingusią, w ogóle nie pamiętam. Chyba je wyparłam – mówi pani Zofia.

Inga w szkole radziła sobie wzorowo. Miała przyjaciół, koleżanki i powodzenie u chłopaków. - Inga to się zawsze śmiała, że ja wyznaczam w jej klasie trendy, czy jak to się tam mówi – śmieje się pani Zofia. Rzeczywiście – Inga nosiła się świetnie, zawsze miała to, co najmodniejsze, pierwsza zaczęła malować paznokcie i wiedziała jak używać eyelinera. - Lubiłam o siebie dbać i być na bieżąco z tym, co tam można kupić w drogeriach. Kiedy Inga dorastała były lata 90. W naszym mieście jak grzyby po deszczu pojawiały się nowe sklepy z ubraniami i butami, więc chodziłyśmy razem i szalałyśmy – wspomina z uśmiechem pani Zofia.

Poza wspólnymi zakupami pod wpływem Ingi, pani Zofia zaczęła... grać w siatkówkę! - Inga to było takie żywiołowe dziecko, ciągle gdzieś z koleżankami z piłką ciekała. Jak razem jeździłyśmy na wakacje, to też mnie wyciągała, żeby grać. I tak mi się spodobało. Zwłaszcza jak kiedyś nad morze wzięłam Ingę i dwie jej koleżanki. Jakie my tam miałyśmy babskie pogaduchy nieraz... Tak się młodo poczułam, że wcale nie myślałam, że ja muszę ich pilnować, tylko że razem się bawimy! - śmieje się pani Zofia.

Bo wakacje to kolejna domena "babci Zosi". - Pamiętam, jak mi wszyscy zazdrościli Egiptu, Tunezji, Hiszpanii... - mówi Inga. W naszym małym mieście to nie było takie oczywiste, że lata się za granicę. Wiele moich koleżanek pierwszy lot samolotem zaliczyło na studiach. A ja, pochodząc z małej mieściny, mieszkając w bloku z płyty z babcią, umiałam odnaleźć się na Okęciu w wieku 12 lat! Babcia po prostu uwielbia latać, opalać się, zwiedzać, pływać w morzu i co roku od września na moją książeczkę SKO odkładałyśmy pieniądze, żeby w czerwcu lecieć razem na wakacje! Kolorowe katalogi biur podróży to była moja ulubiona lektura. Dziś kiedy do niej dzwonię i pytam kiedy do nas wpadnie, a ona mi opowiada, że teraz nie, bo leci na weekend do Rzymu, naprawdę, kompletnie zapominam ile ma lat – opowiada z uśmiechem Inga.

Pani Zofia choć była na nauczycielskiej emeryturze, dorabiała w sklepach. Indze i jej nie mogło niczego braknąć. - Zachciało mi się żyć dzięki tej historii, dzięki temu, że mała spała obok w pokoju. Chciało mi się chodzić do pracy, czytać, biegać i tańczyć. Inga była moją drugą córką, a ja w wieku 61 lat znowu zostałam mamą. Choć teraz moja druga "córka" jest już dorosła, ma prawie 30 lat, a ja zostałam prababcią, to nadal co roku latam do ciepłych krajów, nadal pracuję i noszę krótkie spódnice. Inga oddała mi młodość, która trwa!

Studia po 60. smakują lepiej, czyli historia pani Ireny

Początek października, Collegium Maius uniwersytetu poznańskiego. Przed salą wykładową stoi grupa studentów. Nikt nikogo nie zna, tylko kilka osób ma tu bratnie dusze. Z jedną z młodych dziewczyn stoi starsza kobieta. Ci, którzy nie obserwują jej od dłuższego czasu, lecz tylko zauważają na korytarzu, kłaniają się w powitalnym geście i rzucają "dzień dobry", myśląc, że mijają jakąś panią profesor. Nie mają pojęcia, że kobieta, która jest wśród nich, to ich nowa koleżanka z roku!

- Nie mogłam się doczekać emerytury! Całe życie pracowałam w zakładach mięsnych. Nienawidziłam tej pracy od początku, ale nie bardzo miałam wybór. Zarabiałam, miałam czwórkę dzieci na utrzymaniu, nie było dyskusji. Emerytura dała mi ulgę, ale dopiero gdy poszłam na studia, poczułam, że żyję – mówi pani Irena. W młodości nie układało się również jej życie uczuciowe. - Nie mogłam polegać na Sławku, moim mężu. Bo chociaż nie był agresywny, to pił. Czułam przez całe życie, od samego początku, że wszystko jest na moich barkach – wspomina.

Pani Irena nie poszła na studia jako młoda dziewczyna, ponieważ w klasie maturalnej zaszła w ciążę. - Pobraliśmy się od razu po narodzinach mojej pierwszej córki. Poszłam do pracy, potem znów zaszłam w ciążę i tak zleciało 40 lat – na wiązaniu końca z końcem – opowiada pani Irena. W życiu najważniejsze były dla niej jej dzieci i miała przeczucie, że wraz z wyprowadzeniem się ostatniego dziecka z domu straci motywację do działania. - Dzieci zawsze były dla mnie powodem, by wstać, wyjść z domu, zawalczyć i nie narzekać. A kiedy zostałam sama ze Sławkiem, dopadła mnie straszna nostalgia i taki smutek, że to już koniec. Już nic się nie wydarzy. Wtedy do domu przyjechała moja córka z informacją, że dostała się na polonistykę do Poznania – opowiada pani Irena.

Marzenia z młodości stanęły przed oczami pani Ireny jak żywe. Jako młoda dziewczyna uwielbiała czytać. Zresztą w pracy, między lodówkami z mięsem i blaszanymi stołami, kiedy tylko mogła, wyciągała książkę. Zawsze coś czytała i regularnie jeździła rowerem do biblioteki. - Ten nawyk mi pozostał i nawet tego nie zauważyłam. To było takie normalne – mój kontakt z książkami i z czytelnią – mówi pani Irena. Kiedy mąż ją zostawiał, zawodził, albo czuła zbyt duże obciążenie, uciekała między regały pełne książek. - Wdychałam to spokojne powietrze pachnące starym papierem. Czasem, żeby się wyciszyć, potrzebowałam nawet kilku godzin wertowania w nowych tytułach. Kiedy rozpoczęłam studia, okazało się, że literaturę europejską mam w małym palcu – śmieje się pani Irena.

Kiedy jej córka postanowiła studiować, polonistyka nie była już obleganym kierunkiem. Wciąż były wolne miejsca i możliwość dopisania się do listy studentów. - Ten dzień, w którym przyjechała córcia i oznajmiła, że chce studiować język polski, po prostu poruszył we mnie taką myśl: "ale ma fajnie, ja też chcę!" I stało się. Córcia mówi – mamo, to startuj, a ja po prostu odnalazłam swoją starą maturę i wysłałam ją wraz z podaniem do szkoły – opowiada z uśmiechem pani Irena.

Pani Irena szybko stała się ulubienicą grupy i wykładowców. Kolegom i koleżankom często przynosiła ciasto domowej roboty, które zjadali wspólnie podczas seminariów, z kolei wykładowcy uwielbiali panią Irenę za perfekcyjne przygotowanie do zajęć i znakomitą znajomość literatury światowej. Jej córka nigdy, ani przez chwilę, nie wstydziła się, że jej mama, choć skończyła 60 lat, rozpoczęła studia. Wręcz przeciwnie. Była dumna, że jej mama jest nowoczesną i wyzwoloną kobietą. Pani Irenie szło jak po maśle. Bez mrugnięcia okiem i najmniejszej potyczki w wieku 67 lat została magistrem polonistyki.

- Co mi to dało? Spełniłam swoje marzenie, udowodniłam, że życie kończy się tam, gdzie widzimy jego koniec. Ja nie chciałam odpuścić i zakończyć swojego życia na czekaniu w domu, aż któraś z moich córek mnie odwiedzi z wnukami. Choć kocham je bardzo, i swoje wnuki też, myślałam – to za mało. Wspominałam swoje życie i czułam, że to niesprawiedliwe, że nie chcę, by tak to się skończyło. Że nie przeżyłam swojego życia tak, jak chciałam, że los wstawił mnie w role, którym podołałam, ale to nie tylko los ma tu coś do powiedzenia. Studia sprawiły, że w końcu poczułam się na sto procent sobą. Siedząc w ławce i skupiając się na gramatyce opisowej, dojeżdżając autem na zajęcia, czułam, że w końcu jestem taka, jaka zawsze chciałam być.

Napisz do autorki: ewa.bukowiecka-janik@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...