"Nikt nie zjawi się tu w magiczny sposób, by cię uratować". Film, który zmienił sposób, w jaki postrzegam kino familijne

Obok Viggo Mortensena w filmie wystąpili m.in. Shree Crooks (na zdjęciu),  Charlie Shotwell, Nicholas Hamilton, Annalise Basso, Samantha Isler i George MacKay.
Obok Viggo Mortensena w filmie wystąpili m.in. Shree Crooks (na zdjęciu), Charlie Shotwell, Nicholas Hamilton, Annalise Basso, Samantha Isler i George MacKay. Fot. Kadr z filmu "Captain Fantastic"
Kino familijne ma to do siebie, że podoba się tylko 8-latkom i ich rodzicom (może nie mają wyboru). Historia szóstki rodzeństwa mieszkającego z ojcem gdzieś na bezdrożach Ameryki nie brzmi zbyt porywająco. A jednak "Captain Fantastic”, który wreszcie trafił do naszych kin, to jeden z najlepszych filmów minionego roku. Dowód? Kiedy główny bohater Ben mówi do wiszącego nad przepaścią syna – Nikt nie zjawi się tu w magiczny sposób, by na koniec cię uratować – gorączkowo weryfikujemy sposób, w jaki my sami zostaliśmy wychowani. I czy przypadkiem też czasami nie czekamy na cudowne ocalenie, zamiast zakasać rękawy i piąć się po pionowej ścianie w górę.

Opowieść o tej rodzinie zaczyna się osobliwie i możemy być pewni, że dalej będzie tylko lepiej. Nastolatek, niczym w jakimś pierwotnym rytualne inicjacji, własnymi rękoma zabija jelenia i bez wahania wgryza się w jeszcze ciepłe mięso. Triumfuje ubabrany błotem i krwią ofiary, a dokoła niego pojawiają się roześmiane twarze braci, sióstr i dumnego ojca. A więc to nie będzie opowieść o obozie hippisów przypalających trawkę i rozmawiających z Wielkim Manitu. Na ekranie zobaczymy przemoc, strach i pragnienie czegoś prawdziwego. Nic tylko zacierać ręce w oczekiwaniu.

Ekstrentryczny Ben i jego nieobecna na obrazku żona to lewicowi radykałowie, którzy postanowili opuścić cywilizację i stworzyć dla swoich dzieci lepszy, bardziej autentyczny świat. Żyją w namiocie położonym głęboko w lesie, żywią się tym, co upolowali, a każdego dnia całą grupę obowiązuje żelazna dyscyplina – musztra, ćwiczenia fizyczne, doskonalenie się w strzelaniu i posługiwaniu bronią. A jednak to nie dzikusy, dzieci od najmłodszych lat uczą się matematyki (łącznie z rachunkiem różniczkowym), zaawansowanej astronomii, historii, filozofii, poznają klasykę światowej literatury. Ich wszechstronne wykształcenie pokazane jest w taki sposób, że nasze własne lekcje angielskiego i rysunku w podstawówce, na które posyłali nas rodzice, wypadają przy nim blado.
– Tato, czy oni są chorzy? Dlaczego ci ludzie są tacy otyli? – pyta naiwnie jedno z dzieci, kiedy rodzina zasiada do posiłku w amerykańskiej knajpce. Sprężyste ciała całej siódemki wyróżniają się na tle zmagających się z tuszą Amerykanów. Trudno o bardziej dosadną krytykę zachodniej cywilizacji.

Ten posthipisowski, antykapitalistyczny i antysystemowy świat pokazany jest w doskonale ambiwalentny sposób. Jak każda utopia, także i ta wzbudza tęsknotę za bardziej autentycznym i harmonijnym życiem w zgodzie z naturą (własną i tą, która nas otacza). Z drugiej strony budzi niepokój indoktrynacji i w gruncie rzeczy ograniczenia wolności. Sen Marksa, zrealizowany w tej malutkiej komunie, wydaje nam się pociągający, ale dziwaczny i niebezpieczny zarazem. Jedna religia zastąpiona jest tu przez inną – zamiast Gwiazdki członkowie rodziny świętują Dzień Noama Chomsky’ego, wybitnego filozofa i pacyfisty. Dzieci zostają wychowane na otwarte, racjonalnie myślące jednostki, ale gdzieś z tyłu głowy kołacze pytanie - jak poradzą sobie w przyszłości w świecie ludzi, o którym mają czysto teoretyczną i niekompletną wiedzę? Czy są skazane na to, by do końca życia wieść żywot banitów?

Sen pryska, kiedy gdzieś daleko od domu umiera żona Bena i rozpaczające dzieci chcą ją pożegnać. Podróż na pogrzeb przeradza się w budzącą lęk wyprawę, w czasie której wszystko, co rodzeństwo wie o świecie, zostanie poddane próbie. Grający Bena Viggo Mortensen zmienia oblicze i z zatroskanego, ale jednak despoty, pokazuje twarz rodzica, który - tak jak wielu z nas - próbuje pogodzić własny pomysł na jak najlepsze wychowanie dzieci z tym, który stara się mu narzucić otoczenie. Trudno mu nie kibicować, tym bardziej, że zewnętrzny świat nie oferuje znów tak wiele - emocjonalną płyciznę rekompensowaną przez kompulsywne kupowanie niepotrzebnych rzeczy i intelektualne lenistwo.

“There’s no cavalry. No one will magically appear and save you in the end.” Captain Fantastic (2016) dir. Matt Ross

Posted by Cinematographico on Saturday, February 18, 2017
I tak oto raczkującemu w dziedzinie reżyserii aktorowi Mattowi Rossowi udaje się sprawić, że prosta i w gruncie rzeczy nie raz widziana na dużym ekranie opowieść o rodzinie z problemami zamienia się w kino moralnego niepokoju i emocjonalny rollercoaster zarazem.

Kiedy Bo nieśmiało próbuje swoich sił w uwodzeniu koleżanki, śledzimy jego zmagania z bijącym sercem. Gdy Rellian buntuje się przeciwko rodzinie, naprawdę mamy ochotę złoić mu skórę. Kiedy sześcioletnia Zaja daje pstryczka w nos dwukrotnie starszym, niedouczonym kuzynom, nie możemy być bardziej dumni. Nie jestem wielbicielką kina rodzinnego, ale na ten film warto było czekać. Szkoda, że Mortensen nie dostał za swoją rolę Oscara, do którego był w tym roku nominowany – wymachiwanie mieczem we "Władcy Pierścieni” to nic w porównaniu z przewrotnym, trochę demonicznym rodzicielstwem, jakie udało mu się zagrać tutaj.

Napisz do autora: lidia.pustelnik@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

  • ZOBACZ TAKŻE:
  • Kino
Trwa ładowanie komentarzy...