Nieoczekiwana zmiana miejsc. Kibice dobrej zmiany domagają się prawdy o... podkomisji Macierewicza

Podkomisja smoleńska zamiast wyjaśniać, sama stała się obiektem dziennikarskich dochodzeń. Za co tak naprawdę płacimy ludziom Macierewicza?
Podkomisja smoleńska zamiast wyjaśniać, sama stała się obiektem dziennikarskich dochodzeń. Za co tak naprawdę płacimy ludziom Macierewicza? fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta
Tajne przez poufne to status praktycznie każdej informacji na temat podkomisji smoleńskiej Macierewicza, którą dziennikarze próbują wydobyć z MON. Minister, który rzekomo chce wyjaśnić katastrofę smoleńską, zaciemnia obraz funkcjonowania ciała. A to wszystko za pieniądze podatników, czyli społeczeństwa. Dotychczas denerwowało to tylko nie-pisowską stronę mocy. Teraz okazuje się, że cierpliwość tracą nawet ci, którzy uchodzą za żołnierzy dobrej zmiany.

Do tego, że podkomisję Macierewicza krytykują ci, którzy nie wagarowali na lekcjach fizyki, można było już się przyzwyczaić. W sumie niepotrzebna jest nawet szkolna wiedza, która pozwala przewidzieć, co stanie się z samolotem, który właśnie stracił 1/3 skrzydła. Wystarczy zdrowy rozsądek: lądowanie w lesie w gęstej mgle grozi śmiercią niezależnie od tego, czy jest się szarym obywatelem, czy prezydentem. Naprawdę nie trzeba tu żadnego zamachu.



Niekończące się dochodzenie do prawdy
Dociekliwi mogą przyjrzeć się szlakowi ściętych samolotem drzew, albo wgłębić się w szczegóły na stronie internetowej odtworzonej przez ekspertów po tym, jak skasował ją rząd PiS. Jednak propagatorzy spiskowych teorii zamachu dążą do prawdy niczym asymptota (będą się zbliżać w nieskończoność), a sprytniejsi z nich zrobili sobie z tego intratny sposób na życie. Witamy w podkomisji Macierewicza, która właśnie znalazła się na celowniku prawicowych mediów.
Podkomisja istnieje już ponad rok i przez ten czas regularnie obiecywała nowe fakty, porażające dowody i wstrząsające informacje. Zamiast tego drenuje pieniądze z budżetu państwa na opowieści dziwnej treści. W 2016 roku podkomisja Macierewicza wydała na siebie 1,4 mln zł. Kwota ta obejmuje wszystkie aspekty funkcjonowania ludzi ministra – od pensji, po ewentualne ekspertyzy i eksperymenty. Jakie? "Istotne" - odpowiada rezolutnie Macierewicz. Tego typu dezinformacją - bo informacją nie można tego nazwać – MON karmi dziennikarzy, a więc opinię publiczną, od miesięcy. Właśnie zaczęło to przeszkadzać również mediom, które sympatyzują z PiS, jak np. pismu "Do rzeczy".
Nawet wyszarpanie z podkomisji czegoś tak podstawowego jak harmonogram jej spotkań, to droga przez mękę. Członkowie, nazywani złośliwie "podekspertami" każą czekać na te informacje aż 60 dni, a biorąc pod uwagę ich wcześniejsze kontakty z mediami, wcale nie jest pewne, że w ogóle udzielą jakiejkolwiek odpowiedzi. A jeśli już to zrobią, to czy będzie dotyczyła tematu. Redakcja naTemat od 8 marca 2016 r. (!) czeka na odpowiedź na pytanie, jakie katastrofy lotnicze badali wcześniej ludzie Macierewicza. O tym, że z fachowością członków jest krucho można wnioskować z faktu, że zamiast stworzyć komisję, musieli zrzeszyć się w podkomisji. Komisja wymaga jednak określonych kwalifikacji merytorycznych, których ludzie Macierewicza najwidoczniej nie mają.

2 miliony powodów
W roku 2017 budżet, którym dysponują członkowie podkomisji to aż 2 mln złotych. Tymczasem działalność ciała pozostaje zagadką – ostatni wpis na jej stronie internetowej, podczepionej pod oficjalną witrynę ministerstwa, jest datowany na 14 listopada 2016 r. To oznacza, że dział "aktualności" podkomisji ostatni raz był aktualny 4 miesiące temu.
Oczywiście oburzenie prawicowych mediów może bawić w sytuacji, gdy taki rozwój wypadków był jasny jak słońce. Podkomisja, której członkowie nawet nie pofatygowali się do Smoleńska, nie ma nawet czego badać. Katastrofa smoleńska jest już dawno wyjaśniona – to był kontrolowany lot ku ziemi, czyli piloci do ostatnich sekund mieli władzę nad maszyną. Ludzie Macierewicza nie mają kompetencji, by zajmować się tym, czym udają, że się zajmują. Zamiast pracować, pozorują pracę, by raz na jakiś czas rzucić coś tej części opinii publicznej, którą omamili bzdurami o zamachu, wybuchach, mgle, magnesach i helu. Dochodzenie do prawdy, zamiast dojścia do prawdy, po prostu się opłaca. Z perspektywy członków podkomisji dziennikarze to natrętne muchy, od których muszą się opędzać, zamiast w spokoju "wyjaśniać katastrofę" za grube pieniądze.
Prawicowe media dużo zainwestowały wizerunkowo w snucie narracji zamachowej, więc ich pretensje do podkomisji Macierewicza mogą mieć inne źródło niż zastrzeżenia innych mediów. Czytelnicy domagają się krwi, potu i łez odpowiedzialnych za śmierć "poległych" w zamachu, a członkowie podkomisji nabierający wody w usta utrudniają zaspokojenie ich potrzeb. Wbrew oczekiwaniom, medialny show z przymusowymi ekshumacjami smoleńskimi nie angażuje opinii publicznej na tyle, by odpuściła podkomisji. Jej członkowie mają trudny orzech do zgryzienia - są teraz między młotem a kowadłem.

Napisz do autorki: anna.dryjanska@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...