6 zachowań, po których rozpoznasz wytrawnego oszusta. Dowiedz się, czy codziennie widujesz go w lustrze...

6 zachowań, po których rozpoznasz oszusta. Czy widujesz go w lustrze? Prawo autorskie: alphaspirit / 123RF Zdjęcie Seryjne
"Istnieje sposób, żeby się przekonać, czy człowiek jest uczciwy – wystarczy go zapytać, a jeśli powie tak, to z pewnością jest oszustem" – od tego cytatu Groucho Marxa, amerykańskiego aktora komediowego, rozpoczyna się książka będąca zbiorem badań na temat kłamstwa. "Szczera prawda o nieuczciwości" w przekonujący sposób wyjaśnia, że oszustem jest każdy z nas i to przez "kłamstewka" o wiele bardziej niebezpieczne niż fałszerze czy złodzieje z pierwszych stron gazet.

Dlaczego? Bo drobne kłamstwa i oszustwa o niskiej szkodliwości społecznej nakręcają spiralę, która kończy się masowym, bezkarnym oszukiwaniem w każdej dziedzinie życia – jak wyjaśnia autor książki Dan Ariely, oszustwo jest zaraźliwe i zaczyna się tam, gdzie nasze zmęczenie, frustracje oraz kompleksy. Oto 6 zachowań, po których rozpoznasz wytrawnego oszusta.

Parkowanie w niedozwolonym miejscu
Tak, tak... Wyobrażam sobie to głośne "bez przesady!" Przepisy drogowe są po to, by je łamać, bywają nieuzasadnione, policja czepia się o wszystko, a ulice i parkingi zostały stworzone dla użytkowników ruchu drogowego, więc ograniczanie dostępu do nich jest nie fair. Spróbuj jednak ocenić to zachowanie "na zimno". Wyobraź sobie, że jedziesz na bardzo ważne spotkanie służbowe. Jesteś na czas, ale jeśli w tej chwili nie znajdziesz wolnego miejsca na parkingu, spóźnisz się. Narazisz swoją reputację i pomyślność transakcji. Z drugiej strony możesz dostać mandat, a co gorsze, twoje auto zostanie odholowane. Szybko kalkulujesz zyski i straty, dochodzisz do wniosku, że warto zaryzykować i... wjeżdżasz na miejsce dla niepełnosprawnych lub stajesz w czyjejś bramie. Nie masz czasu na etykę i rozważania o tym, czy przypadkiem w ten sposób nie zablokujesz wyjazdu komuś, kto będzie tego potrzebował bardziej niż ty potrzebujesz spotkać się z klientem. Po prostu – podejmujesz decyzję kierowany własną korzyścią, na podstawie porównania strat i zysków bez oglądania się na innych.

Ten model rozumowania nazywa się SMORC (Simple Model of Rational Crime). Zgodnie z nim wszyscy myślimy i działamy niczym pospolici bandyci – bez różnicy czy obrabowujemy banki czy parkujemy auto. Liczy się to, że ignorujemy zasady oraz etykę dla własnej korzyści, a diabelska machina zimnej kalkulacji została bezpowrotnie uruchomiona...

"Tylko" garść ołówków z Ikei
Szczęśliwie mechanizm oszukiwania nie jest taki prosty. Ten kto nagminnie dostaje mandaty, niekoniecznie skończy jako porywacz czy złodziej. W wielu sytuacjach, w których musimy podjąć decyzję, kierują nami emocje i sumienie. Jednak nie oznacza to, że dobre uczynki to inicjatywa z myślą o kimś. Niestety, szlachetne gesty są również dla nas, dla pozytywnego obrazu samego siebie, który podnosi nam samopoczucie. Gdyby SMORC był jedynym mechanizmem, który reguluje nasz wskaźnik bycia oszustwem, szybko stałoby się jasne, że im większa korzyść, a mniejsze konsekwencje, tym większe prawdopodobieństwo, że zdecydujemy się kłamać, kraść, oszukiwać lub fałszować. Tym samym oddawanie do sklepu sukienki jako nienoszonej, którą z rozmysłem kupiłyśmy tylko na jedną imprezę, stałoby się etyczną normą, a jednak, mimo że nic nam za takie postępowanie nie grozi, mamy skrupuły. Dlaczego?

Hamuje nas potrzeba myślenia o sobie jak o uczciwym i prawym człowieku. To dlatego nie wynosimy z IKEI wszystkich ołówków, lecz "jedynie" ich garść. Dlatego przynosimy do domu z pracy jedną ryzę papieru do drukarki, a nie dziesięć plus paczka długopisów na zapas. Sami sobie wmawiamy, że jedna ryza w tę, czy w tę nie zrobi naszemu pracodawcy różnicy, a prawda jest taka, że zapewne zniknięcie i dziewięciu kolejnych przeszłoby niezauważenie... Przewrotnie można rzec, że kradniemy tyle, na ile pozwala nam sumienie. "Wszyscy nieustannie próbujemy wyznaczyć linię pozwalającą nam czerpać korzyści z nieuczciwości i nie rujnować przy tym pozytywnego obrazu własnej osoby. Jak napisał Oscar Wilde: Moralność, podobnie jak sztuka, oznacza rysowanie linii w jakimś miejscu. Pytanie brzmi: gdzie przebiega ta linia?" - pisze autor książki "Szczera prawda o nieuczciwości", Dan Ariley, a rysowanie tej linii na nowo nazywa "współczynnikiem elastyczności".

Ustawianie się w kolejce do kasy ekspresowej, choć nie jesteśmy uprawnieni
To SMORC niskiego ryzyka. Za taki występek właściwie nic nam nie grozi. Delikatnie ryzykujemy jedynie reputacją, jeśli ktoś z kolejki policzy, ile mamy produktów w koszyku, może nas z niej wyprosić. To gra wyłącznie z własnym sumieniem, można powiedzieć – zabawa ze współczynnikiem elastyczności moralnej. Ustawiamy się do kasy ekspresowej, bo nie chce nam się czekać, zapominając, że ta kasa została stworzona dla osób, które czekać nie mogą. Dlatego przekonujemy samych siebie, że i nam należy się specjalne traktowanie. W końcu nikt nie wygrał nóg na loterii, a czas jest na wagę złota. Obiad się sam nie ugotuje, dzieci biedne w domu czekają, a kiedyś i odpocząć trzeba. Cień wyrzutów sumienia znika, czujemy się uprawnieni do korzystania z nieswoich praw. Takie to proste!

Podjadanie z firmowej lodówki
Ten przypadek co prawda trudno jest zaobserwować u kogoś, bo "podjadacze" dbają o dyskrecję. Jednak jeśli samemu podrzucicie coś do firmowej lodówki, łatwiej wam będzie sprawdzić, kto już zaczął na nowo kreślić swoją linię moralności i majstrować przy współczynniku elastyczności.

Wyobraź sobie, że w firmowej lodówce pojawiła się cała paleta puszek coca-coli. Jest niepodpisana i ofoliowana – jeszcze nikt się nie poczęstował. To zapewne sprawia, że choć masz przeogromną ochotę na colę, nie odważysz się po nią sięgnąć. Tymczasem zauważasz coś jeszcze dziwniejszego. Na automacie z colą w holu pojawiło się pudełko z dwuzłotówkami. Tak jakby ktoś udostępnił dokładnie ten nominał, który potrzebny jest do zakupienia jednej puszki. Dziwne, ale właściwie bez zawahania (mimo rosnącej ochoty na colę) mijasz automat. Po godzinie wracasz do kuchni i stwierdzasz, że paletę coca-coli odpieczętowano i zniknęła już jedna puszka. Skusisz się? Jeśli nie teraz, to z pewnością, gdy zaczną znikać kolejne, choć nadal nie będziesz miał pewności, czyja to własność.

Ten proces myślowy uzasadniania teoria oszustwa zaraźliwego. Ariely pisze, że każdy, komu przyjdzie do głowy niewinny, mały szwindel, jeśli zauważy taką praktykę u innych, prędzej czy później sam się skusi. Przed kłamstwem czy przestępstwem hamuje nas strach przed konsekwencjami i wyrzuty sumienia. Jeśli ten pierwszy nie występuje, bo przestępstwo nie jest w istocie karalne (jak kradzież puszki coli z firmowej lodówki), to wyrzuty sumienia wyciszy fakt, że inni postępują tak samo. Skoro dla naszego otoczenia jakieś zachowanie jest normą, czemu ta zasada miałaby nas nie dotyczyć?

Co ciekawe, wiadomo na pewno, że puszki będą znikać, a dwuzłotówki z automatu z colą nie. Badania wykazują, że niepieniężne oszustwa przychodzą nam o wiele łatwiej, choć często bywają kosztowniejsze. "Poczęstowanie" się puszką coli można wytłumaczyć pragnieniem, a przywłaszczenie sobie równowartości tej puszki w nominale już raczej nie. To znów rodzaj iluzji, odrzucamy racjonalny argument, który nasuwa się sam – że wszystko ma jakąś wartość, choć kradzież to kradzież bez względu na to, co konkretnie jest jej przedmiotem.

Skok w bok na wyjeździe integracyjnym, czyli testowanie mięśnia moralnego
Ten jednoznacznie moralnie czyn w postaci skoku w bok nie jest trudno wrzucić do odpowiedniej szufladki. Myślimy: "a to dupek!", doklejamy mu łatkę zdrajcy i przestajemy ufać za grosz. A bardzo możliwe, że za skokiem w bok kolegi z pracy stoi ten sam mechanizm co za... nocnym podjadaniem! Po ciężkim dniu pełnym telefonów, spotkań i wyzwań jesteś potwornie głodny i mijasz knajpy: restaurację wege, pizzerię i chińczyka. Jakie jest prawdopodobieństwo, że wstąpisz do restauracji wegańskiej na lekką sałatkę, która będzie zgodna z twoją nową dietą i postanowieniem o ograniczaniu kalorii? Prawie żadna. Taki dzień może wynagrodzić ci tylko tłusta pizza lub smażony makaron z krewetkami i nie widzisz w tym nic zdrożnego. Jednak pomyśl, że twoja kaloryczna kolacja była skokiem w bok twojego kolegi, a twój ciężki dzień jego wyczerpaniem psychicznym na innym polu.

Dan Ariley, aby zobrazować dokładnie, na czym polega testowanie mięśnia moralnego, używa przykładu Samanthy Jones z "Seksu w wielkim mieście". Kiedy ta przyjmuje oświadczyny swojego chłopaka i musi dochować wierności, a po sąsiedzku zamieszkuje mężczyzna, którego Samatha z pewnością próbowałaby uwieść, gdyby była wolna, zaczyna się objadać. Swoim przyjaciółkom tłumaczy, że je, by nie zdradzać. Okazuje się, że kiedy Samatha musi zdobyć się na duży wysiłek w jednej dziedzinie życia, nie wystarcza jej siły woli, by trwać przy swoich zasadach w innej dziedzinie.

Siła woli według Dana Ariely'ego jest limitowana, a jej zapasy codziennie wytracane są po każdym wysiłku umysłowym. Jeśli nie potrafimy się zregenerować z powodu frustracji, jaką przynosi nam na przykład praca, odpuszczamy sobie na innych polach. I to z jednej strony przynosi nam chwilową ulgę, ale z drugiej frustruje jeszcze bardziej. Choć wniosek nie jest spektakularnym odkryciem (trzeba odpoczywać – eureka!) to warto pamiętać, że siła woli i wierność swoim zasadom ma duży wpływ na to, czy jesteśmy uczciwi. Permanentnie zmęczeni po prostu nie mamy szans na uniknięcie oszustwa. Jak pisze autor książki, "wyczerpanie ogranicza naszą zdolność rozumowania, a wraz z nią – naszą moralność". Przykładów na potwierdzenie tej tezy jest mnóstwo: to dlatego długie zakupy w centrum handlowym kończą się nieracjonalnym zakupem – musisz odmawiać sobie na każdym kroku, w każdym sklepie, aż w końcu limit siły woli zostaje wyczerpany. Wniosek jest jeden: chcesz być uczciwy? Ulegaj pokusie i nie doprowadzaj się na skraj wyczerpania.

Noszenie podróbek, czyli oszust w przebraniu
Na początek mocna teza: nosisz podróbki? Jesteś jak ladacznica w habicie! Potwierdzenie?
"Szczera prawda o nieuczciwości"
fragment książki

Zatrzymajmy się na chwilę, aby przyjrzeć się historii ludzkiej garderoby, skupiając się na zjawisku, które przedstawiciele nauk społecznych nazywają "sygnalizowaniem na zewnątrz". Chodzi tu o sposoby, w jakie pokazujemy innym, kim jesteśmy, poprzez to, co mamy na sobie. Już starożytne prawo rzymskie zawierało przepisy nazywane leges sumptuariae (prawami przeciwko zbytkom), które w ciągu stuleci przeniknęły do ustawodawstwa niemal wszystkich krajów europejskich. Przepisy te między innymi dyktowały, kto co może nosić – w zależności od zajmowanej pozycji i klasy społecznej. (...) Niektóre grupy musiały nosić dodatkowe elementy stroju, aby nikt nie pomylił ich z "przyzwoitymi" ludźmi. Na przykład prostytutki nosiły pasiaste kaptury, mające sygnalizować ich "nieczystość". (...) W pewnym sensie prostytutka chodząca po ulicach bez obowiązkowego pasiastego kaptura była w przebraniu, niczym człowiek noszący parę fałszywych okularów przeciwsłonecznych Gucciego. Jednolity, pozbawiony pasów kaptur stanowiłby fałszywy sygnał dotyczący źródeł jej utrzymania i statusu ekonomicznego. Ludzie noszący się ponad stan milcząco okłamywali wszystkich dookoła. Chociaż ubieranie się ponad stan nie było przestępstwem karanym śmiercią, na tych, którzy łamali to prawo, często nakładano grzywny lub inne dotkliwe kary. Coś, co może się wydawać absurdalnym poziomem obsesyjnej kontroli sprawowanej przez wyższe sfery, tak naprawdę było próbą zadbania o to, by ludzie byli tym, za kogo się podawali. (...) Jakkolwiek nasz dzisiejszy odzieżowy system klasowy nie jest tak sztywny jak w przeszłości, pragnienie sygnalizowania swojego sukcesu i indywidualności pozostało równie silne jak dawniej.

Po prostu – zamiast gronostajów nosimy Armaniego. Marki wyznaczają i informują o naszym statusie, więc noszenie podróbek to próba przekonania społeczeństwa, że nas stać. Z kolei kupowanie za ostatni grosz oryginalnej rzeczy z widocznym logo to próba legalnego wślizgnięcia się w kręgi, do których z przyczyn ekonomicznych nie należymy i nigdy należeć nie będziemy. Czyli właściwie również próba oszustwa. Wbrew ogólnej opinii, autor książki twierdzi, że ludzie, którzy kupują podróbki, nie szkodzą producentom markowej odzieży, jeśli rozumiemy podróbkę jak kradzież pomysłu, wzoru i logo, ponieważ większość z nich i tak nie kupiłaby tej rzeczy w oryginale. Nosząc podróbki, osłabiają wartość autentyczności oryginalnych produktów (bo skoro można ten sam efekt osiągnąć za niższą cenę, to po co przepłacać?), i to najbardziej boli producentów markowej odzieży. Jednak wnioski z badań nad zmianami w zachowaniu osób, które noszą podróbki, są o wiele smutniejsze niż skutki kupowania podróbek dla marek.

Otóż świadomość noszenia rzeczy podrobionej wpływa na to, jak myślimy o sobie. A informacja jest jasna – udało ci się oszukać, bezkarnie! Jesteś sprytnym oszustem, który wie jak! Smakuje nam to, więc podążamy za smakiem i apetyt rośnie w miarę jedzenia. Ten, kto nosi podróbki, jest o krok od podjęcia kolejnej niemoralnej decyzji, bo we własnym przekonaniu jest oszustem i to mu się opłaca. Następuje efekt zwany przez autora książki "A co mi tam!", czyli sytuacja, w której skoro raz złamaliśmy zasady i wyszło nam to na dobre, to dlaczego nie mielibyśmy zrobić tego drugi raz? Idziemy na całość, obiecując sobie, że to był wyjątek. Jednak jeśli kiedyś usłyszałaś od swojej przyjaciółki: "zdradził raz, to zdradzi i drugi", to wierz, że prawdopodobnie miała rację.

Artykuł powstał na podstawie książki "Szczera prawda o nieuczciwości", wyd. Smak Słowa

Napisz do autorki: ewa.bukowiecka-janik@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...