Bogato, słodko i więcej, niż da się zjeść. O tym, jak podpatrzone w sieci kaloryczne desery podbijają Warszawę

Bubble waffle, czyli bąbelkowy gofr. Na zdjęciu z lodami wiśniowymi, borówkami amerykańskimi, ręcznie robionymi makaronikami i polewą czekoladową. fot. Maciej Stanik
Bubble waffle i Freakshaki. Rywalizacja o tytuł deseru, który wygeneruje w tym sezonie najdłuższe kolejki i najwięcej polubień na portalach społecznościowych, będzie wyrównana. Łączy je nie tylko klikalność w sieci, ale i barokowa przesada realizująca się zarówno w formie, od której trudno oderwać wzrok, jak i w zawrotnym indeksie glikemicznym. Dlaczego świat oszalał na punkcie perwersyjnych deserów?

Nie musisz być smakoszem, żeby podążać za trendami kulinarnymi przypływającymi do Polski pod banderą #foodporn. Któż z nas nie ślinił się kiedyś do potrawy przedstawionej na ekranie i to niezależnie od tego, ile czasu minęło od obiadu. Jedno dobrze skadrowane i oświetlone zdjęcie wystarcza, by wzbudzić pożądanie w stosunku do zupy w jadalnym kubku, onigiri z burakiem czy pralin w nienaturalnych kolorach, wyglądających jak dzieło drukarki 3D. Właśnie za sprawą kolektywnego pożądania, któremu ulgę przynosi tylko kompulsywne dotykanie serduszek pod zdjęciami, do Europy przywędrowały z Australii freak koktajle.



Mimo że są dostępne w Warszawie już od zeszłego roku, popularność zyskują stopniowo, jak gdyby wieść o nich roznosiła się nie online, a tradycyjną pocztą pantoflową. Klasyczny freakshake to ponad półlitrowy koktajl na bazie mleka, lodów (a czasem także ciastek) podawany w wysokiej szklance. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że deser zostaje dodatkowo przykryty warstwą dodatków, najczęściej donatami, bitą śmietaną, ciasteczkami, posypkami i polewami. Jak szacował portal Guardian, który zainteresował się freak koktajlami w zeszłym roku, kiedy szał na deser ogarnął Londyn, jedna porcja to około 1500 kalorii.

W Warszawie freak koktajle serwują kawiarnie takie jak Saska Cafe czy zachwycający wystrojem Warszawski Lukier. W tej pierwszej za koktajl zapłacimy 19 zł. Biorąc pod uwagę, że jest przyrządzany na bazie lodów robionych na miejscu, a jedną porcją spokojnie mogą podzielić się dwie osoby, cena nie wydaje się wygórowana. W stałym menu jest klasyczny koktajl truskawkowy, o smaku Oreo i shake snickersowy (baton zostaje zmiksowany z lodami i mlekiem!).
Monstrualne połączenie deseru z napojem to prawdziwa orgia dla wszystkich, którzy uwielbiają słodycze, ale to nie wydaje się wystarczającym wyjaśnieniem popularności freakshake'ów online. Być może w czasach perfekcyjnie odmierzanych i odważanych diet desery tego typu wydają się zakazanym owocem, pożądanym o tyle mocniej, o ile restrykcyjniej podchodzimy do przestrzegania planu treningów. Freakshaki przypominają o nabożnym stosunku do słodyczy, który mieliśmy w dzieciństwie. Niezależnie od czasów, w których dorastaliśmy, stanowiły dobro luksusowe i reglamentowane (przez rodziców lub system). Baton przysługiwał kilka razy w tygodniu, a cena dużej paczki M&M-sów wydawała się majątkiem.

Freakshake ma w sobie odrobinę z mokrego snu 11-latka marzącego, że pewnego dnia zostanie zamknięty na noc w ulubionej cukierni czy chociaż alejce ze słodyczami w hipermarkecie. Dla osób, które zaliczają energetyczno kopa i poprawę nastroju po kawie z cukrem, koktajl przybrany pączkami stanowi rodzaj obietnicy dobrego nastroju, jak w internetowym porzekadle „Czekolada nie pyta, czekolada rozumie” podsumowującego cukroholików.
Drugim deserem, po który będą ustawiały się tej wiosny kolejki, są Bubble waffles, czyli bąbelkowe gofry. Ciasto wypiekane w specjalnych formach zyskuje kształt przypominający odrobinę folię bąbelkową (z pustymi w środku regularnymi pęcherzykami). Bubble waffle nieco bardziej niż klasyczne gofry przypominają biszkopt, zazwyczaj robi się je z dodatkiem tapioki, która sprawia, że są giętkie i można zwijać je w rożki. W ich wnętrzu lądują najczęściej lody i owoce, i podobnie jak w przypadku freakshake'ów - posypki i polewy.

Mikołaj, właściciel kawiarni Melody przy Jana Pawła, podobnie jak właściciele Saska Cafe zaczynał od wyrobu naturalnych lodów. Bubble Waffles zobaczył ponad rok temu w Hong Kongu, zasmakowały mu, a ponieważ był już związany z branżą, od razu pomyślał o wprowadzeniu ich w Warszawie. W Melody ręcznie robione są nie tylko lody, ale i polewy, więc mimo stosunkowo dużej kaloryczności bubble waffle pozostają blisko filozofii popularyzowanej w mediach społecznościowych pod tagiem #eatclean, która zakłada, że bardziej niż kalorie powinien nas interesować stopień przetworzenia żywności i jej pochodzenie. Niebawem inny lokal z bąbelkowymi goframi otworzy swoje podwoje na Chmielnej, kilkadziesiąt metrów od Nowego Światu. Podobne kawiarnie są też w Poznaniu i we Wrocławiu. Melody otwiera w ten weekend swój punkt z lodami i goframi na Francuskiej 48, a po inauguracji sezonu gofry będzie można dostać także w Food Porcie nad Wisłą.
Zarówno freak koktajle, jak i bąbelkowe gofry to desery-rekwizyty, pierwszy gryz należy do migawki aparatu. Na Saską zawitaliśmy po obiedzie oraz bąbelkowych gofrach i niestety byliśmy w stanie tylko spróbować shake'ów, ale skrzętnie obfotografowaliśmy każdy z nich, żeby wysłać zdjęcia znajomym.

– Myślę, że do tych deserów przyciąga obfitość, kolorowe dodatki, powiew nowości. Dziś każdy fotografuje jedzenie, a takie wariacje na temat klasycznych gofrów czy milkshake'ów to prawdziwy food porn. Modne teraz w Stanach koktajle owocowe z tak dużą ilością dodatków, że wylewają się ze szklanki to ten sam przypadek – komentuje Magda Grzebyk z Krytyki Kulinarnej.

Nie uświadamiamy sobie do końca, jak bardzo ewoluowała kultura jedzenia za sprawą mediów społecznościowych i mimo całej swojej miłości do budyniu z torebki poszukujemy nowych wrażeń już nie tyle kulinarnych, co estetycznych.

Barokowe w formie desery to food porn par excellence, ich zdjęcia budzą mnóstwo emocji i chęć jak najszybszego spróbowania podziwianego z ekranu deseru. O podnieceniu towarzyszącym „bizantyjskiemu nadmiarowi, mnogości, obfitości i wielkiemu triumfowi ilości (jedzenia)" pisała Dorota Masłowska w jednym ze swoich felietonów parakulinarnych dla magazynu „Zwierciadło” wydanych potem w tomie „Więcej niż możesz zjeść”.

Pisarka i kulturoznawczyni analizowała gorączkowy festiwal chciwości i marnotrawstwa odbywający się na wakacjach all inclusive, gdzie hotelowi goście w gorączkowej chęci spróbowania wszystkiego zastawiają stoły kąskami, których nie są potem w stanie w siebie wmusić, jakby dla samej rozkoszy obcowania z nadmiarem.

– Tak już jakoś mamy, że lubimy mieć na talerzu dużo, nawet jeśli mielibyśmy zostawić. Wtedy czujemy, że wiemy, za co płacimy. Niezbyt to refleksyjne, bo marnowanie jedzenia to poważna sprawa, na całym świecie każdego roku wyrzuca się 1/3 wyprodukowanej żywności, czyli 1,5 miliarda ton, z czego ponad 200 milionów ton w samej Europie. To jest niewyobrażalna skala, o której nie myślimy, odsuwając od siebie talerz, na którym od początku było więcej, niż może zjeść dorosła osoba – mówi Magda Grzebyk.

Podobnie perwersyjny stosunek do jedzenia mieli starożytni Rzymianie, a nie szukając daleko także Sarmaci, którzy gdy nie mogli już zjeść nic więcej, udawali się w ustronne miejsce i wymiotowali, aby móc dalej uczestniczyć w uczcie.
Być może deser, którego zjedzenie przekracza nasze fizyczne możliwości ma za zadanie zaspokoić niezmieniający się od wieków chciwy wymiar łakomstwa. To całkowite przeciwieństwo innego mocno trzymającego się trendu, opartego jednak nie na chciwości, a na zmysłach – tzw. fine diningu. Do pewnego stopnia to też kultura „potrójnego double whoppera” i coli XXXL, amerykańskiego wielkiego żarcia, które w Polsce może budzić skojarzenia z dobrobytem, zwłaszcza u osób pamiętających skromne PRL-owskie jadłospisy.

Jeszcze pół wieku temu kultura roiła się od niepisanych zakazów związanych z seksualnością. To, co dozwolone, było precyzyjnie oddzielone od tego, co niewybaczalne. Rewolucja seksualna odrobinę poprzestawiała klocki układające się w napis „moralność”. Patrząc na wykwity wszelkich mód dietetycznych, szał na konkretne produkty (topinambur!) czy piętnowanie niektórych przyzwyczajeń żywieniowych (morderczy gluten), można powiedzieć, że żywienie zajęło w pewnym sensie miejsce seksualności. Jesteśmy bardziej skłonni wyznać komuś liczbę partnerów seksualnych, niż to, ile ciastek zjedliśmy na noc.

Księga kolejnych zasad i porad żywieniowych puchnie wszerz, podczas gdy ta grupująca niepożądane zachowania około seksualne zaczyna przypominać biuletyn powiatowej szkoły językowej. Piękne jak z obrazka, kuszące desery to perwersja, na którą miło czasem sobie pozwolić, wyrywając się z okowów jarmużu i komosy ryżowej. Nie trzeba zjadać wszystkiego. Współczesny deser w takim samym stopniu jak do zjedzenia, służy do obfotografowania i zaspokojeniu chciwego łakomstwa.


Napisz do autorki: helena.lygas@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...