"Po 2 tygodniach na zmywaku kupiłem samochód". Wyrzucono go z Polski w 1968 roku, zrobił karierę w Szwecji. Nie on jeden

Tadeusz Gruber jest jednym z trzech tysięcy polskich Żydów, którzy po 1968 roku trafili do Szwecji.
Tadeusz Gruber jest jednym z trzech tysięcy polskich Żydów, którzy po 1968 roku trafili do Szwecji. Fot. Joanna Helander
Tadeusz Gruber urodził się w Warszawie, ale nie czuje się do końca Polakiem. Jest Żydem, ale dowiedział się o tym dopiero, gdy był pełnoletni, a religii nie praktykuje. Od wielu lat mieszka w Szwecji. Tam osiągnął wielki sukces – choć on sam nazywa to "śladem w społeczeństwie". Jego firma zajmująca się m.in. modemami miała klientów na całym świecie i współpracowała z największymi gigantami branży. Uciekinierów z Polski w Szwecji jest więcej, a większość z nich łączy sukces, którego nie pozwolono im osiągnąć nad Wisłą. W rozmowie z naTemat.pl Tadeusz Gruber opowiada, co dała mu Szwecja, dlaczego boi się robić interesy z Polakami, ale także jak dzisiaj patrzy się tam na muzułmańską imigrację.

Niechciani w Polsce za swoje korzenie w związku z wydarzeniami 1968 roku trafiali w różne miejsca. Do Izraela, do Danii czy wreszcie do Szwecji. W 1968 roku kilkanaście tysięcy polskich Żydów z powodu antysemickiej nagonki było zmuszone do opuszczenia kraju.

Emigracja do Szwecji osiągnęła szczególny sukces – są wśród niej uznani przedsiębiorcy, milionerzy, wzięci lekarze, doskonali architekci czy wzięci dziennikarze. To pokolenie, które mogło budować Polskę, ale zamiast tego zostało spisane na straty.

Jednym z tych wygnańców jest Tadeusz Gruber. Jego – i dziewięciu innych osób – historia została opisana w nowej książce Krystyny Naszkowskiej "Wygnani do raju. Szwedzki azyl". Liczba mnoga nie jest przypadkowa. Bo pokolenie, które musiało uciekać z Polski, rzeczywiście wniosło istotną wartość w szwedzkie społeczeństwo. Karol Żyto tak samo uciekał w 1968 roku, a w Szwecji został lekarzem rodziny królewskiej i Zlatana Ibrahimovicia. Maciej Zaremba Bielawski został uznanym dziennikarzem w obcym języku. I to nie byle jakim – jest wielokrotnie nagradzanym reporterem dziennika "Dagens Nyheter". Jerzy Sarnecki to najsłynniejszy szwedzki kryminolog.

Wreszcie Aleksander Wołodarski. Architekt, który stworzył w Sztokholmie całe dzielnice. To, jak wygląda dzisiaj stolica Szwecji, to w bardzo dużej mierze jego zasługa. Wreszcie Gruber na przestrzeni lat konstruował modemy (jeszcze te analogowe, zanim internet stał się codziennością), pracował dla największych graczy w tej branży, w jakimś procencie to jemu także zawdzięczamy sieć, którą dzisiaj znamy.

Wszystkich łączy wspólny mianownik – wyjechali z Polski w tym samym czasie, do tego samego kraju.

Ilu was wyjechało w 1968?

Większość z 30 tysięcy ludzi pochodzenia żydowskiego, jakieś 18 tysięcy. 15 proc. z tego trafiło do Izraela, a reszta rozjechała się po świecie. Sam miałem jechać przez Włochy do Kanady, ale trafiłem do Szwecji.

Razem z panem ilu was tam było?

Tych co do Szwecji? Około trzech tysięcy.

I z tego grona wyrośli znani lekarze, architekci, dziennikarze, "zwykli" milionerzy. To najbardziej utalentowana fala imigrantów, jaka kiedykolwiek trafiła do Szwecji?

Nie wykluczam, że się wyróżniamy. Choć Irańczycy, jak też emigranci z dawnej Jugosławii, też się bardzo dobrze zintegrowali.

Dlaczego?

To wynika z filtra, który nałożyli sobie Szwedzi. W którymś momencie w 1968 czy 1969 roku otworzyła się możliwość wyjazdu bezpośrednio do Danii lub Szwecji. Trzeba było tylko złożyć podanie do ambasady duńskiej lub szwedzkiej. I Duńczycy przyjmowali wszystkich po kolei. Szewców, krawców z małych miasteczek i tak dalej. A Szwedzi brali inteligencką młodzież, ze studiów. Owszem, rodziny tej młodzieży również, ale selekcja była.

I co zadecydowało o sukcesie w Szwecji?

Możliwości. To, co mi zmieniło życie, to te pierwsze tygodnie w obozie, kiedy przyjechaliśmy po pół roku we Włoszech. Uczono nas języka, jak działa społeczeństwo, wreszcie po kilku dniach poprosiłem szefa obozu o pracę. Dostałem zmywanie naczyń od szóstej wieczorem do dziesiątej w jedynej restauracji hotelowej w tym mieście. Dwa tygodnie później kupiłem samochód. Zrozumiałem, że tu wszystko możliwe.

To teraz muszę zapytać: co chodzi z tym "zostawieniem śladu w społeczeństwie"?

Sukces może być po prostu finansowy, a zostawienie śladu to jakaś doza rozpoznawalności w społeczeństwie. Jak pan powie Sarnecki w Szwecji, to wszyscy wiedzą, kto to jest. To jest zostawienie śladu.

Ciężko zostawić swój ślad w społeczeństwie na zmywaku.

Ale po dwóch tygodniach byłem w stanie kupić sobie samochód. Opel Rekord z 1953 roku. To było porządne, zadbane auto. Silnik 1300 czy 1500 centymetrów. Okazało się, że tam wszystko jest możliwe. Jak po dwóch tygodniach zmywania mogę kupić auto to znaczy, że mogę wszystko. Później wynająłem w akademiku pokój jednoosobowy z łazienką, z dostępem do dużej kuchni. Było mnie na to stać przy studenckiej pożyczce. Mogłem robić, co chciałem, nie było ograniczeń. Nie mógłbym żyć takim życiem, jakbym został w Polsce. W Szwecji dostałem szansę.
I ile osób z niej skorzystało?

Mógłbym listę zrobić relatywnie długą. Mamy wybitnych profesorów. Matematyka, optyka, fizyka. Jest olbrzymia ilość fantastycznych lekarzy. Gdyby filtr był na ludzi, którym się udało w Szwecji, łącznie z tymi którzy, pozarabiali miliony, to jest nas naprawdę wielu. Ale żeby nie było nieporozumienia, byli i tacy, którzy zwariowali, popełnili samobójstwo. To nie jest tak, że świetnie poradziły sobie całe trzy tysiące.

Dzisiaj też jest tak różowo?

Nie do końca, bo wielu zawodów już nie ma. Dzisiaj możliwości są mniejsze, nie ma już tego łatwego wejścia na rynek pracy. Kiedyś każdy lekarz miał sekretarkę, teraz muszą sobie radzić sami. I tak dalej. Ale i dzisiaj można kupić samochód do pojeżdżenia przez rok czy dwa za 5 tysięcy koron. Przeciętna szwedzka miesięczna pensja to 20-22 tysiące koron. Poza tym podkreślam – nigdy nie było niczego za darmo.

Osiągnął pan sukces, ale nigdy nie wrócił do Polski, nawet nie próbował.

Jak rozpoczął się proces demokratyzacji, to szwedzcy przyjaciele pytali mnie: to co, wracasz? A ja że nie. Biurokracja w Polsce jest niszcząca. Nie ma szacunku do człowieka.

To znaczy?

W Polsce są urzędnicy, w Szwecji w dosłownym tłumaczeniu osoby wykonujące tę pracę to "tjänsteman" czyli służący. To podstawowa różnica, samo podejście do człowieka. W Szwecji przez 30 lat miałem wiele przedsiębiorstw i tylko jedną kontrolę. A przez pięć lat prowadziłem również restaurację, na które władze podatkowe trzymają oko.

Ale w Polsce, jak się miało gotówkę z zachodu, bo przecież pan miał prosperujące biznesy, w latach 90. można było zrobić prawdziwy majątek.

Dla mnie pieniądze nigdy nie były na pierwszym miejscu, a ta biurokracja wyniszcza człowieka. Mam przyjaciela, który założył w Polsce własne przedsiębiorstwo. Zatrudniał 100 czy 150 osób. Musiał zatrudnić jeszcze jedną – do obsługiwania wszystkich kontroli, które ciągle miał. Ja, ponieważ miałem jedną przez 30 lat, mogłem się sfokusować na działalności, a nie na obronie przed władzami.

Nie przekonuje mnie to, na pewno wyszedłby pan na swoje.

Zapomniał pan o mojej żonie w Szwecji, która powiedziała, że zostaje. Chociaż mi wyjazdu nie zabroniła. No ale ja ją kocham. Jest wiele różnych okoliczności, które się zgrywają.

I tak mógł pan mieszkać w Szwecji, a biznes robić w Polsce, na odległość.

Ale ja naprawdę nie chciałem. Jestem dość naiwny, kiedy spotykam się biznesowo, myślę jak Szwed. Szukam rozwiązania spraw, osiągnięcia porozumień. A Polak często chce oszukać. To nie jest przypadek, że trzymam się biznesowo daleko od Polski.

Dzisiaj imigracja do Szwecji jest już zupełnie inna.

Bo przyjmuje się więcej ludzi. Kiedyś przyjęcia były limitowane. Kraj przyjmował ludzi do pracy i trochę uchodźców politycznych, to był rząd 20-30 tys. rocznie. Kiedy my przyjechaliśmy, państwo się nami zajmowało. Uczono nas języka, prowadzono do najbliższego miasteczka, żebyśmy zobaczyli jak działa sklep spożywczy czy monopolowy, system kolejek, jak się zachowywać. Przygotowywano nas do wejścia w społeczeństwo. Jak byliśmy gotowi, to pytali gdzie chcemy mieszkać, pomagali znaleźć pracę. Nie wiem ile jeszcze krajów miało taki system, ale to działało tak długo, jak było te 20-30 tys. rocznie. Ale w końcu to padło. Przyjeżdża za dużo imigrantów, nie ma narzędzi. O tym się dyskutuje w Szwecji.

Co się mówi?

Że nie było planu. W zeszłym roku przyjęto 160 tys. osób, a w Szwecji od dawna brakuje 700 tys. mieszkań. Nie ma miejsc w szkołach, nie ma nauczycieli. Jest trudno tym uchodźcom dać szansę w nowym kraju.

W Polsce imigracja do Szwecji jest odbierana negatywnie. Przyjeżdżają muzułmanie, którzy za nic mają zachodnią cywilizację.

Szwedzi zawsze byli otwarci, ale system zaczął się sypać jakieś dwadzieścia lat temu, kiedy zaczęli przyjeżdżać imigranci z dalekich krajów. Np. Somalijczycy to najgorzej zintegrowana grupa w Szwecji. Często przyjeżdżają analfabeci, którzy żyją w zamkniętych środowiskach. Są kobiety, które po 20 latach w kraju nie wychodzą z domów i nadal nie mówią po szwedzku. Zdaje się Kaczyński mówił o 57 strefach, gdzie obowiązuje szariat. To nie jest prawda, ale są dzielnice, gdzie bywa niesympatycznie. Jak idzie reporter z kamerą, to otaczają go, przepytują, wyrywają kamerą i rozdeptują. Zdarza się. Malmö to dzisiaj miasto muzułmańskie.

Czy w takim razie Szwedzi nie chcą już imigrantów?

Nie, nie ma aż tak negatywnego nastawienia. Bardziej dyskutuje się właśnie o problemach z mieszkaniami, brakiem miejsc w szkołach.

A pomijając kwestię analfabetów – ktoś, kto ma głowę na karku, poradzi sobie lepiej?

Jeśli ktoś ma język, np. angielski, jakąś formę edukacji, to dzisiaj też może relatywnie szybko wejść w środowisko. Mamy w parlamencie wiele osób o nieszwedzkim wyglądzie i nazwiskach. To imigranci z ostatnich dziesięciu, dwudziestu lat.

A pan miał problemy z rasizmem? Traci pan na tym, jak wygląda współczesna imigracja?

Osobiście nigdy się z nim nie zetknąłem. Owszem, w pierwszych latach, jak byłem w jakimś klubie nocnym i podrywałem panienki, to można było usłyszeć "cholerny obcokrajowiec". Ale wtedy wszystkie sposoby były dobre, żeby wygrać.

Nie żałuje pan wyjazdu z Polski?

To nie jest tak, że ja wyjechałem. Myśmy zostali zmuszeni do wyjazdu. W Szwecji tęskniliśmy, przynajmniej niektórzy. Śpiewaliśmy polskie czy rosyjskie piosenki, piliśmy alkohol i płakaliśmy. Po takim wyrwaniu ze środowiska i umieszczeniu w zupełnie obcym, gdzie nie znamy kodu socjalnego, nie wiemy jak się zachować, człowiek czuje się kolosalnie samotny. A wielu z nas nawet nie chciano wpuścić do Polski na pogrzeby bliskich. Mnie się udało w 1974 czy 1975 roku. Miałem kolegę, który nie był Żydem, został zaproszony do Polski na sympozjum, ja z nim pojechałem. Później jeździłem do Polski motocyklem – bo ja całe życie jeździłem na motocyklu. Mieszają się dwa elementy – emocjonalny i racjonalny. Ten pierwszy powodował, że tęskniłem za Polską, gdzie rodziców wyrzucono z pracy, pozbawiono nas możliwości, ale tęskniłem. Ale znam ludzi, którzy całkowicie się odcięli.
Czy w takim razie czuje się pan Szwedem?

Ja na pewno zeszwedziałem. To już relatywnie wcześnie. Jak przyjechałem z Włoch, to było kilkaset osób w jednym "rzucie", byłem chyba pierwszy, który podjął decyzję, że to moja nowa ojczyzna. Nauczę się języka, zapuszczę korzenie. Zacząłem mówić po szwedzku, zakolegowałem się ze Szwedami. I zarzucali mi koledzy z Polski, że zeszwedziałem.

Czyli do końca Szwedem pan nie jest. To Żydem czy Polakiem?

W Polsce do osiemnastego roku życia nie wiedziałem, że jestem Żydem. Czułem się Polakiem. Ojciec był polskim patriotą, polskim komunistą, wierzył w ten nowy ustrój, a matka była z dobrej polskiej katolickiej rodziny, jej matka i brat co niedzielę do kościoła chodzili. W końcu okazało, że ojciec jest Żydem. Okej, to nie miało znaczenia. Ale przyszedł rok 1967, a potem 1968 i musieliśmy wyjechać. Więc postanowiłem być Żydem, skoro zabrali mi możliwość bycia Polakiem. Ale któregoś dnia we Włoszech spotkany kierowca zapytał mnie, kim jestem.

Żydem?

Kiedy wyznałem, że matka jest Polką, odpowiedział "aaa to ty nie jesteś Żyd". I właściwie miał rację, bo matka musi być. No więc właściwie to nie jestem. I wtedy zapytał czemu wyjechałem z Polski, skoro nim nie jestem. Zamknął mi logiczne koło. Nie dali mi być Polakiem, nie mogę być Żydem, to będę Szwedem. Dupa blada. Nie mogę być, bo mam na imię Tadeusz, czego nikt w Szwecji nie potrafi wypowiedzieć. Co więcej, są słowa, których nikt z nas nie potrafi wypowiedzieć poprawnie, jest melodia języka. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu Szwed bez tej melodii nie rozumiał rozmówcy. Teraz 17 proc. mieszkańców jest napływowe. Przyzwyczaili się do inności.

Wciąż nie rozumiem.

Mam dobrze popier****ne. Jestem w Szwecji i żyję jak Szwedzi, jestem nierozpoznawalny, dopóki nie trzeba powiedzieć siedem po szwedzku. Jest niewymawialne. Jak przyjeżdżam do Polski, czuję się jak u siebie. Lubię jedzenie, znam Warszawę, przypomina mi się młodość. Po czym za kilka dni wsiadam w samolot i lecę do domu, do Szwecji.

Napisz do autora: piotr.rodzik@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...