Druga skóra Warszawy. O hostelach, które żyją własnym rytmem z dala od oczu mieszkańców

Szyld hostelu w centrum Krakowa Agencja Gazeta fot. Michał Lepecki
Współczesny hostel to miasto w mieście, ulotna, ale silnie zintegrowana komuna, gdzie spotykają się ludzie w różnym wieku i z różnych kultur. W tym konglomeracie niedostępnym zwykłym mieszkańcom miasta życie toczy się trochę jak w dobrze zmontowanym serialu HBO. Statyczne sceny z postaciami wyjętymi z różnych bajek przeplatają się z szybkimi przeskokami fabularnymi i nieoczekiwanymi zwrotami akcji.

Pod ścianą siedzą dwie wystrojone w czarne sukienki z koronkowymi wstawkami dziewczyny i taksują obecnych mężczyzn, wymieniając uwagi znad uekonomicznionej wersji i tak już ekonomicznego drinka – szarlotki na wódce barmańskiej. Wybór dziewczyny mają ograniczony.


Podtatusiały prawnik przepaca w lepkim cieple źle wentylowanego podpiwniczenia tiszert ze Spider Manem, jak gdyby biorąc za punkt honoru pozostanie w marynarce. Wiem, że jest prawnikiem, bo każdemu, kto nieopatrznie wejdzie w jego orbitę opowiada o sukcesie kancelarii w Lublinie, co odrobinę nie licuje z nocowaniem na piętrowej pryczy w 12-osobowej sypialni.

Poza prawnikiem, nazwijmy go Marek, w pomieszczeniu jest jeszcze grupka holenderskich licealistów, człowiek przypominający grubego mnicha z filmu „Imię róży”, samotny Hindus w wycieranych szerokich jeansach i dwóch Włochów zagadujących barmana. Impreza, mimo atrybutów w postaci migających światełek i playlisty chamskich radiowych hitów, jest średnia.

W Warszawie działa obecnie kilkadziesiąt hosteli, to spory przyrost, w 2007 roku było ich w stolicy zaledwie kilkanaście. Najwięcej jest ich w centrum, ale łóżko w wieloosobowym pokoju można znaleźć nawet na Wawrze czy Włochach, ceny zaczynają się już od 30 złotych. Choć z badań wynika, że 70% osób korzystających z hosteli to millenialsi, spędzając trochę czasu w miejscach tego typu, można odnieść wrażenie, że nie ma reguły.

W przeciwieństwie do alienujących w imię dyskrecji i komfortu hoteli, hostel zmusza do bratania się z otoczeniem. To, co kiedyś kojarzono z niewygodami Domu Pielgrzyma i ustępstwami podyktowanymi szczupłym budżetem, współczesne hostele zamieniły w element swojej filozofii. W większości znajdziemy nie tylko wspólne sypialnie i łazienki, ale też zachęcające do integracji jadalnie, wspólne pokoje pełne kanap i gier planszowych czy bary dla gości.

W jednym z takich barów, w hostelu w centrum miasta atmosfera rozluźnia się wraz z miarowymi piknięciami terminala na barze. Zagaduję przyjaciółki w koronkach. Studiują iberystykę na UW i przychodzą tu czasem. Nie przepadają za klubami, ale wiadomo, jest piątek, wypada gdzieś wyjść, a tutaj można przynajmniej pogadać po hiszpańsku albo chociaż po angielsku. Wiele osób nie zdaje sobie sprawy, że do niektórych hosteli można tak po prostu wejść. Dziewczyny dowiedziały się o tym przypadkiem. Wyższa z nich, Ola, przyszła tu w maju ze znajomą z Erasmusa po znajomych, którzy zatrzymali się w hostelu. Mieli iść razem na miasto, ale że zabawa była świetna, w końcu zostali na miejscu.

Słaniający się na nogach Włosi
, którzy wcześniej tłumaczyli coś barmanowi, postanawiają poprosić do tańca milczącego Hindusa. Jeden z nich ze śmiertelną powagą uczy nowego znajomego kroku polegającego na stukaniu się naprzemiennie kolanami w rytm muzyki. Kiedy wszystko wskazuje na to, że figura została opanowana, drugi z Włochów, wpatrujący się wcześniej bezrefleksyjnie w czubki swoich butów odbija partnera koledze. Łapie Hindusa w pasie i na przekór zawodzącej w głośnikach Beyonce prowadzi w tańcu mającym imitować tango. Holenderscy licealiści duszą się ze śmiechu w kącie i robią ukradkiem zdjęcia.

Idę na papierosa do wewnętrznej palarni. Chłopak w butach za tysiaka i z blond lokami ułożonymi w stylu rockabilly pisze na ścianie „JA-raj TY-raj”. Jego koleżanka gada po angielsku ze śniadym facetem o krajach, w których za narkotyki grozi kara śmierci, więc blondyn zaczepia mnie, pytając, czy rozumiem ukryty sens napisu. Mówię, że na szczęście pamiętał o myślnikach, więc ciężko nie zauważyć polisemii. Ma nie więcej niż 20 lat, w pierwszym zdaniu informuje mnie, że studiuje rzeźbę na ASP i że do pracy inspirują go imprezy w Berghein, po czym zaczyna monologować po niemiecku i wymachiwać mi przed nosem markerem.

Zaczyna mnie irytować ta znajomość, mówię, że znam sporo dzieciaków, którym czarne ciuchy i playlista techno na Spotify pozwalały wyobrażać sobie, że Śródmieście to Kreuzberg i żeby się nie martwił, jeszcze kiedyś zamieszka w Berlinie. Blondyn chyba bierze to za komplement i tłumaczy mi, że nikt nie rozumie Berlina tak, jak on, i że nienawidzi ludzi, którzy jeżdżą tam na weekendy z Warszawy i się podniecają. Kiwam głową, dopalam i wychodzę, stwierdzając, że wrażeń z hostelu, jak na niecałą godzinę mam już aż nadto. Zatrzymuję się jeszcze w recepcji i biorę kontakt do kilku osób z obsługi.

Wracam następnego dnia wieczorem. Tym razem nie ma imprezy na dole. Siedzę chwilę we wspólnym salonie, czekając aż Kasia, jedna z pracujących tu dziewczyn, znajdzie dla mnie chwilę. W pewnym momencie pojawia się facet w średnim wieku z gigantycznym chartem borzoj. Lub po prostu z chartem borzoj. Nigdy wcześniej nie widziałam tej rasy na żywo, więc jego rozmiar robi na mnie piorunujące wrażenie. Właściciel, podśmiewając się pod nosem z mojej miny, każe chartowi usiąść na kanapie obok mnie, pies ma głowę wyżej niż ja.

Kasia ma 22 lata, jest na urlopie dziekańskim. Do pracy w hostelu trafiła zaraz po maturze. – To raczej dorywcze zajęcie, ale bardzo angażujące. Jeśli szukasz tylko kasy, raczej nie odnajdziesz się w tej robocie, odsiew jest już na początku, bo spędzasz prawie miesiąca, ucząc się od kuchni, jak działa hostel. Zostają ci, którzy czują specyfikę takich miejsc, przeważnie najbardziej towarzyscy, trochę tacy poszukiwacze przygód. Wiele osób, które poznałam, pracując w hostelach, to ludzie, którzy sami mnóstwo podróżują, często na stopa i śpiąc w takich miejscach. Ta atmosfera tranzytu, zwłaszcza w hostelach backpackerskich jest bardzo specyficzna. To nie jest, jak wiele osób sobie to wyobraża, „one night only”, czyli, że poza domem, to umarł w butach, piekła nie ma, impreza do rana, wóda w gardło, gorące romanse i wielkie miłości. Nie mówię, że takie rzeczy się nie zdarzają.

– Bardziej chodzi o to, że żeby dobrze czuć się w hostelu i to zarówno jako ktoś, kto się tu zatrzymuje, jak i jako pracownik, musisz umieć cieszyć się bezcelowym przebywaniem z drugim człowiekiem. Na zasadzie, że masz świadomość, że znasz daną osobę tylko te dwa dni czy dwa tygodnie, ale możesz z nią ciekawie porozmawiać, spędzić miło czas, nie musisz mieć nic z tej relacji poza chwilową bliskością, która też jest fajna, ale nie jesteśmy do niej przyzwyczajeni w naszej kulturze. Jak się spotykasz z chłopakiem, to robisz to przeważnie, żeby MIEĆ chłopaka, a nie dla samego spotykania się. Z dalszymi znajomymi wymieniasz ploteczki.

– Tutaj trzeba chcieć i umieć naprawdę zbliżyć się do drugiego człowieka… No bo serio, ile razy można komuś opowiadać, co się studiowało i jakiej muzyki się słucha? Nawet historie, które wydają się fascynujące, po pół roku podróży po Europie/pracy w hostelu nudzą. Australijczyk opowiadający ci o swoim gap year jest fajny trzy w porywach do pięciu razy, nie więcej – opowiada Kasia, żeby zaraz pobiec do biura sprawdzić niezgadzające się rezerwacje.
Idę do sali z wielkim telewizorem i kolorowymi kanapami, gdzie grupa ludzi dyskutuje żywiołowo, czy lepiej oglądać film, czy słuchać muzyki. Przypomina mi się pierwsza historia z hostelem w tle, którą słyszałam. Jedna z moich niegdyś bliskich znajomych, Maja, kilka lat nie mogła zdecydować się, co chce robić w życiu. Zmieniała szkoły, potem studia. Kiedy rzuciła kolejny, trzeci już kierunek, postanowiła zatrudnić się w jednym z warszawskich hosteli.

Kierowały nią praktyczne pobudki. Bardzo dobrze znała francuski, ale jej angielski kulał, miała opory przed mówieniem. Pomyślała, że pół roku w hostelu poświęci na naukę języka i zastanowienie się, co dalej. Codziennie poznawała kilkanaście nowych osób. Jedną z nich był kilka lat starszy Amerykanin, świeżo upieczony absolwent fizyki. Podobnie jak Maja nie był pewien, co chce robić w życiu, między innymi dlatego przyleciał na swój Euro Trip. Był kilka dni w Warszawie i w Krakowie, potem pojechał dalej. Dodali się na Facebooku.

Po kilku miesiącach podróży George doszedł do wniosku, że chciałbym zostać na Starym Kontynencie trochę dłużej. Oszczędności topniały, postanowił więc, że zacznie dorabiać, ucząc angielskiego. Znalezienie prywatnych uczniów nie należało do najprostszych, kolega doradził mu zrobić uprawnienia i zatrudnić się w szkole językowej. We Francji, w której chciał zostać, kursy tego typu okazały się bardzo kosztowne. Postawił na Warszawę, z jego perspektywy miasto było bardzo tanie, a poza tym miał do niego dziwny sentyment.

Po przyjeździe odezwał się do Majki. Zaczęli się umawiać, zupełnie niezobowiązująco, trochę podróżowali po Europie Centralnej i Wschodniej. W tym czasie mój kontakt z Mają trochę się urwał, a kiedy odezwałam się do niej po jakimś czasie, okazało się, że mieszka z mężem w chatce w jednym z parków narodowych w Kalifornii, spodziewa się dziecka i jest najszczęśliwsza na świecie.

Kasia wraca z kawą, opowiadam jej pokrótce historię, którą sobie przypomniałam, śmieje się i mówi, że wcale jej to nie dziwi, też zna kilka osób, które w hostelu znalazły miłość. Nie szukając daleko jedną z nich jest jej młodsza siostra. Kilka miesięcy temu w hostelu poznała się też 60-letnia Australijka z Brytyjczykiem na emeryturze. Oboje przyjechali do Warszawy turystycznie, mieli bogaty plan zwiedzania, a wieczory spędzali z resztą gości we wspólnym salonie. W naturalny sposób zaczęli rozmawiać, byli wtedy jedynymi seniorami, a po dwóch tygodniach pojechali w dalszą podróż razem, już jako para.

Hostele to nie tylko historyjki o miłości i braterstwie, ale też przedziwne znaleziska. W magazynie leży kompletny strój kurczaka, ale i kostium gumowego penisa z realistycznym owłosieniem. Dwa lata temu jeden z pracowników znalazł o 5 rano przed wejściem dziwne słuchawki. Wyglądały na bardzo drogie, miały bardzo profesjonalne opakowanie, żaden z gości się do nich nie przyznawał. Po jakimś tygodniu ktoś na nocnej zmianie znalazł w jednej z kieszonek futerału gwarancję – słuchawki były warte kilka tysięcy euro i należały do faceta o dziwnym nazwisku. Dało się go wyszukać przez Facebooka.

Okazało się, że był pilotem jednej z linii lotniczych, jednak do dziś nie wiadomo, jak słuchawki wylądowały pod wejściem do hostelu. A pilot wraca do hostelu za każdym razem, kiedy jest akurat w mieście. Takimi „przyjaciółmi domu” może się poszczycić większość hosteli. Są ludzie, którzy przyjechali na weekend, a zostali na miesiąc, żeby wracać potem co roku ze znajomymi, nie brakuje osób, dla których pobyt w hostelu był impulsem do przeprowadzki.

– W większości hosteli, nie tylko w Polsce, jest możliwość „pracy za łóżko”, chodzi o budowanie atmosfery sprzyjającej podróżującym, ciężko zaplanować precyzyjnie budżet na pół roku w drodze, zwłaszcza jeśli nie ma się w tym doświadczenia albo po drodze spotykają cię niespodziewane wydatki. W tym momencie to już chyba trochę kwestia budowania dobrego PR-u hostelu – mówi mi Maria, zapalona podróżniczka i absolwentka amerykanistyki i afrykanistyki, która dwa lata pracowała w jednym z hosteli w Warszawie.

– Hostele to odrębny mikrokosmos, w którym spotykasz ludzi z podobnym podejściem do życia, niezależnie od miejsca. Pracowałam w hostelu we Włoszech, w lato będę pracowała na Islandii, a na dniach lecę do Brazylii, do dziewczyny poznanej w podróży, która sama prowadzi tam hostel. Może to już zakrawa o jakąś manię, ale chciałabym, żeby do emerytury było mnie stać na założenie hostelu, najlepiej w Portugalii, gdzieś przy plaży. Hodowałabym kury, uprawiała pomidory, grzała się nad Oceanem i przebywała z ludźmi w tej najczystszej, radosnej postaci – opowiada Maria.

Ostatniego Sylwestra spędziła w Budapeszcie w jednym z tzw. party hosteli. To miejsca, gdzie obsługa może, a nawet powinna być na wiecznej imprezie. Na stronach takich miejsc jest jasno zaznaczone, że coś takiego jak cisza nocna nie obowiązuje. Jedna ze znajomych, z którymi Maria była w Budapeszcie, ocknęła się pierwszego stycznia w 12-osobowym pokoju, gdzie w każdym łóżku były minimum dwie osoby, po chwili zrozumiała, że tym, co ją obudziło były głośne jęki dziewczyny po lewej. W Polsce nie ma wielu party hosteli, w Warszawie właściwie żadnego, uprawianie seksu w pokojach jest zabronione.

– Kierujemy się przede wszystkim komfortem gości, jeśli ktoś przychodzi do recepcji w środku nocy i mówi, że „jest głośno”, to recepcjonista ma średnio fajny obowiązek wejść do takiej parki z głośnym „ekhmm”. Przy meldowaniu kierujemy się jedną zasadą, oceniamy, czy sami chcielibyśmy spać w jednym pokoju z osobą, która pojawia się na recepcji. Jeśli o czwartej w nocy przyjdzie dziwnie pachnący koleś z foliową reklamówką, to raczej nie dostanie łóżka w większości warszawskich hosteli. Czasem to bardzo trudne sytuacje, na przykład, kiedy na dworze jest minus 15 i przychodzi bezdomny z odliczoną kwotą – mówi Kasia.

W 1992 Marc Augé, napisał książkę, która na kilka lat przed emeryturą wywindowała go niespodziewanie z pozycji lokalnego akademika do roli gwiazdy postmodernistycznej antropologii. Przedstawił w niej teorię nie-miejsc, czyli przestrzeni, które choć znajdują się pod różnymi szerokościami geograficznymi są w zasadzie takie same, różnią się nieistotnymi detalami, które zapominamy właściwie tak szybko, jak zdołamy je zarejestrować.

To miejsca, które są funkcjonalne, ale nie pełnią żadnej funkcji religijnej czy społecznej. Autostrady, parkingi, hipermarkety, lotniska, dworce, centra handlowe, strefy tranzytu. Nie mamy z nimi związku emocjonalnego ani wspomnień innych niż „nieistotne tło wydarzeń”. Takich wypranych z tożsamości miejsc, identycznych na całym świecie, będzie coraz więcej. Ich pierwszymi jaskółkami są choćby coraz bardziej ujednolicone, choć bynajmniej nie sieciowe, kawiarnie.

Czy hostele, miejsca chwilowego przystanku, gdzie rządzi ikea standard, a spotkanie przemierzających kontynent z zachodu na wschód absolwentek college'u nie jest niczym niezwykłym też są nie-miejscami? Koncepcja francuskiego antropologa ma jeszcze jedną ważną składową – anonimowość i alienację. Ludzie w nie-miejscach są cholernie samotni. Współczesne hostele to przed samotnością opętańcza ucieczka.



Napisz do autorki: helena.lygas@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...