Cała Platforma cieszy się z tego sondażu. Jest jedna nauczka sprzed kilku lat, o której nie powinni zapomnieć

Radość jest wielka, ale czy uzasadniona?
Radość jest wielka, ale czy uzasadniona? Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta
Tylko dwa punkty procentowe różnicy. Najnowszy sondaż IBRIS dla "Rzeczpospolitej" z pewnością wprawił w wyśmienity nastrój Grzegorza Schetynę. Ale tak naprawdę nie ma się z czego cieszyć. Do wyborów jeszcze bardzo, bardzo daleko. Platforma zresztą ma z czego wyciągać wnioski. 2,5 roku przed poprzednimi wyborami po lekturze badań opinii społecznej nikt nie uwierzyłby, że Prawo i Sprawiedliwość obejmie samodzielne rządy.

Ten niewątpliwie znakomity sondaż dla Platformy Obywatelskiej to pierwsze badanie, które wykonano już po dotkliwej porażce ekipy rządzącej w Radzie Europejskiej –choć Jarosław Kaczyński uparcie przekonuje, że to było zwycięstwo. Przypomnijmy, że Donald Tusk został ponownie szefem Rady Europejskiej, a przeciwko niemu głosowała tylko Beata Szydło.


Radość polityków Platformy Obywatelskiej bardzo dobrze widać na Twitterze. Triumfalne wpisy sypią się od wczorajszego wieczora:
Ta radość może być jednak przedwczesna, a uczy tego oczywiście historia.

Wydawało się, że są niezatapialni
Sondaż IBRIS został wykonany mniej więcej dwa i pół roku roku przed kolejnymi wyborami parlamentarnymi. A jak wyglądała sytuacja w analogicznym czasie przed ostatnimi wyborami? Dobrze dla Platformy Obywatelskiej. To były czas, kiedy premierem był jeszcze Donald Tusk. Ewa Kopacz zastąpiła go dopiero kilka miesięcy później, kiedy Tusk rozpoczynał swoją pierwszą (z dwóch) kadencję szefa Rady Europejskiej. Platforma Obywatelska rządziła z kolei już drugą kadencję, a jej notowań w większym stopniu nie zmieniały żadne potknięcia.

Cofnijmy się więc w czasie do wiosny 2014. W maju tamtego roku pracownia IBRiS Homo Homini, czyli ta sama, która teraz wykonała pomyślne dla PO badanie, przygotowała sondaż  oparty na bardzo dużej grupie respondentów. Jak pisaliśmy w naTemat, było ich 17 tys., co tylko uwiarygodniło to badanie. Wyniki były bardzo zbliżone do obecnych. PO i PiS praktycznie szły łeb w łeb. Partia Donalda Tuska miała 31-procentowe poparcie, a Jarosława Kaczyńskiego 30-procentowe.

I podobnie było w wyborach do Parlamentu Europejskiego, które odbyły się 26 maja. Wygrała je Platforma Obywatelska, na którą zagłosowało nieco ponad 32 proc. wyborców. Drugie było Prawo i Sprawiedliwość, które zanotowało niecałe 32 proc. Obie partie dzieliło w skali całej Polski zaledwie 25 tysięcy głosów. Tamten sukces dał Platformie chwilowy wzrost w sondażach.

Jednak jak wszyscy wiemy, dwa i pół roku później górą było Prawo i Sprawiedliwość. W dłuższym okresie czasu partii pomógł splot wydarzeń – pół miesiąca po wyborach, w czerwcu wybuchła słynna afera podsłuchowa. Warto nadmienić, że dzień (!) przed jej wybuchem Platforma także prowadziła w sondażach. Wtedy partia Tuska miała 8-procentową przewagę nad PiS, dokładnie 32 proc. do 24 proc.

Po wybuchu samej afery żadnego tąpnięcia nie było. Ku zdziwieniu prawicowych mediów i polityków sprawa nie zatrzęsła polską sceną polityczną, jej skutki – i być może także zmęczenia tą samą władzą od wielu lat – jednak narastały długofalowo. Partia Kaczyńskiego wkrótce zaczęła zyskiwać.

Z sondażu na sondaż było gorzej
Pod koniec lipca tamtego roku, także w sondażu IBRIS Homo Homini dla "Rzeczpospolitej", notowania PiS były już znacznie wyższe niż PO. Na partię Kaczyńskiego zadeklarowało oddanie głosu 36 proc. respondentów, a na rządzącą Platformę 25 proc. badanych.

Ten trend powtarzał się we wszystkich badaniach. Pod koniec sierpnia CBOS stworzyło inny sondaż, a w nim Prawo i Sprawiedliwość w koalicji z Polską Razem Gowina i Solidarną Polską Ziobry cieszyło się poparciem 32 proc. badanych. PO miała względy u wyborców niższe o 8 punktów procentowych.

Ta dysproporcja już nigdy nie uległa zmianie, a wręcz pogłębiała się wraz z kryzysem Platformy, do którego doszło, kiedy Tusk wystąpił z partii i udał się do Brukseli, a jego miejsce zajęła Kopacz. Jak zakończyły się wybory parlamentarne, doskonale pamiętamy.

To przestroga nie tylko dla Platformy
Jasne jest więc, że sondaż stworzony na dwa i pół roku przed wyborami nie może być gwarantem sukcesu. Tym bardziej, że wyniki badania IBRIS są dość zaskakujące. Dopiero w najbliższych miesiącach okaże się, czy wpisują się w jakikolwiek trend. Już teraz natomiast wiadomo, że wszystko może się zmienić dosłownie w ciągu jednego miesiąca.

To jednak lekcja nie tylko dla PO, ale i dla PiS. Bo przecież wtedy partia Jarosława Kaczyńskiego była dokładnie w tej samej sytuacji – doganiała Platformę. I niedługo później ją przegoniła. Teraz to samo może stać się w drugą stronę. Platforma goni i może wcale się nie potknie.

To istotne tym bardziej, że politycy PiS i prawicowe media mają skłonność do bagatelizowania niepomyślnych sondaży. Nawet teraz Jacek Karnowski na portalu wPolityce.pl szybko uznał ten najnowszy za "wewnętrznie sprzeczny".

Politycy PiS nie są gorsi w tej kwestii. Pod koniec 2012 Joachim Brudziński, według wielu następca w PiS Jarosława Kaczyńskiego, wieszczył nadchodzący sukces – chociaż partia obrywała z każdej strony. – Z sondażu na sondaż, różnych sondażowni, w różnych badaniach różnych pracowni, jest coraz lepiej. Widać wyraźnie wzrost i progres – mówił w "Kropce nad i". Do dzisiaj nie wiadomo, na czym opierał swoje przewidywania. Pewnie zaklinał rzeczywistość.

Za swoją niechęć do niekorzystnych sondaży w przeszłości musiał zagryźć zęby i przyznać się do błędu były rzecznik partii Adam Hofman. Kiedy w 2012 roku z badania TNS Polska wyszło, że Zbigniew Ziobro jest uważany za lepszego kandydata prawicy w wyborach prezydenckich od Jarosława Kaczyńskiego, zawrzało. A Hofmanowi puściły wręcz nerwy.

– Jacek Kurski puszcza podfałszowane badania, myśląc, że ktoś się na to nabierze – mówił wtedy Hofman. Kurski był wtedy oczywiście nie prezesem TVP, a członkiem Solidarnej Polski razem ze Zbigniewem Ziobrą. Za te słowa o sfałszowanym sondażu Hofman musiał przeprosić.

W 2011 roku, kiedy Prawo i Sprawiedliwość przegrywało z Platformą na wszystkich frontach, ta alternatywna rzeczywistość była nawet zabawna. Jarosław Kaczyński w rozmowie z agencją Reutera przekonywał wtedy, że jego partia ma… swoje sondaże. W których z Platformą oczywiście wygrywała. Sondaże nie były chyba zbyt profesjonalnie przygotowane, skoro na ich spełnienie się lider PiS czekał cztery lata. Czy coś się zmieniło w tym czasie w jego percepcji rzeczywistości? Raczej niewiele, skoro przekonuje, że obecnie jego partię popiera prawie połowa Polaków.

Napisz do autora: piotr.rodzik@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...