"Dorośliśmy do momentu, w którym chcemy oglądać polskie historie". Scenarzystka "Belfra" o tym, dlaczego im wyszło

Serial "Belfer" okazał się wielkim hitem.
Serial "Belfer" okazał się wielkim hitem. Fot. Robert Pałka, Belfer ©CANAL+
"Belfer" produkcji Canal+ był absolutnym hitem jesieni. Tysiące widzów dałoby sobie uciąć rękę, żeby poznać mordercę. Nawet sam Robert Lewandowski pytał, kim jest zabójca. "Winnymi" całego zamieszania był duet Jakub Żulczyk i Monika Powalisz. W rozmowie z nami scenarzystka opowiada o fenomenie "Belfra", kulisach jego powstawania i o tym, dlaczego polskie seriale są zazwyczaj kiepskie. Uwaga, w poniższej rozmowie znajdują się spoilery!

"Kto zabił Asię Walewską?" - cała Polska zadawała sobie to pytanie od 1. odcinka "Belfra". Czy to jest miara jego sukcesu?

Szczerze mówiąc, nie zastanawiałam się akurat nad tym. Na pewno zaletą serialu jest konstrukcja scenariusza - to klasyczna konstrukcja kryminalna, gdzie każdy odcinek kończy się cliffhangerem. A my, scenarzyści, staramy się poddać widzowi nowy trop, czy skierować jego uwagę na nowego podejrzanego. Natomiast to, co może różnić "Belfra" od klasycznych seriali kryminalnych to rozłożenie winy i zła. W sensie technicznym można powiedzieć, że Ewelina nie zabiła Asi osobiście, z drugiej strony pojawia się pytanie o osąd moralny jej działań - postanowiliśmy zostawić ocenę jej postawy widzom.

Pojawiały się też inne pytania, które zadawali fani serialu, i którzy tworzyli różne teorie dotyczące fabuły. Pani i Jakub Żulczyk, z tego co czytałam, pracowaliście nad nią przez rok. To prawda?

Nie, bo prace rozpoczęliśmy jeszcze w 2012 r. Wtedy zaczęły się nasze zupełnie prywatne spotkania - nie mieliśmy podpisanej umowy z producentem, ani tym bardziej z emitentem. Przez rok, tydzień w tydzień, powstawały tzw. biblia postaci, zarys fabuły. I po tym roku pracy napisaliśmy 1 odcinek, z którym poszliśmy do TVN, do Wojtka Bockenheima - jako producent wykonawczy zapalił się do tej idei. Tak więc sam proces był dosyć długi, z przerwami trwało to w sumie trzy lata, natomiast samo pisanie scenariusza wszystkich odcinków - dwa.

Tworzenie drugiej serii macie już chyba za sobą?

Na drugi sezon tego czasu było troszkę mniej (śmiech). Charakter tworzenia scenariusza również się zmienił, ponieważ do naszego teamu dołączyli scenarzysta Bartek Ignaciuk i Wojtek Bockenheim, który spełnił tu role producenta wykonawczego i redaktora jednocześnie. Prace były o tyle komfortowe, że kończąc 1. sezon wiedzieliśmy, że jeżeli powstanie drugi, mamy już głównego bohatera - więc, uff, połowa roboty z głowy (śmiech).

Ostatnia scena była zaplanowana od początku?

Pracując nad pierwszą serią, postanowiliśmy zostawić tzw. zakończenie otwarte, a więc furtkę dla kontynuacji.

Wie pani, że nie wszystkim podobało się rozwiązanie zagadki? Zastanawiam się, czy pani zdaniem, było ono dobre i wiarygodne.

Trudno mi to oceniać z punktu widzenia scenarzysty. To bardziej pytanie do Pauliny [Szostak - serialowa Ewelina, red.], która miała zagrać zakończenie. Były takie głosy, że wielu widzów ono rozczarowało. Mnie osobiście nie, ale mogę zdradzić, że cała praca była podporządkowana utrzymaniu tej tajemnicy. Aktorzy, z wyjątkiem Macieja Stuhra, nie mieli dostępu do scenariusza ostatniego odcinka. I naprawdę było tak, że ostatnią scenę kręcono ostatniego dnia na planie.
Ukrywanie rozwiązania pomogło?

Myślę, że to jest bardzo ważne z punktu utrzymania napięcia wśród młodych aktorów. Podkreślali bardzo często, już na samym planie, że zakładali się między sobą, kto jest mordercą i czy to nie ktoś z nich. Psychoza nie przeniosła się więc tylko na widzów. Wydaje mi się, że to bardzo dobrze wpłynęło na grę, ale też na odbiór. A gdyby nie było tej tajemnicy, tego napięcia też by nie było, bo nie da się go do końca wygenerować, zagrać.

Co było najtrudniejsze w pracy nad "Belfrem"?

Sam proces tworzenia może nie jest najtrudniejszy, ale bardzo pracochłonny i długotrwały. Wydaje mi się, że tego procesu nie można przyspieszyć. Jeżeli ktoś mówi, że dobry serial da się napisać w pół roku, a odcinek w dwa tygodnie, a w ogóle to wszystko się da, to ja odpowiem, że niestety to tak nie działa. Bohaterowie muszą się osadzić też w moim życiu. Najbardziej komfortowy moment w mojej pracy scenarzysty jest wtedy, gdy wiem, co zrobi główny bohater, kiedy go ja już poznaję i traktuję tak jakby był moim kolegą. Przychodzi chwila, kiedy zaczyna żyć własnym życiem i ja wiem, że on nie zje pomidorowej, ale zawsze będzie jadł krupnik. To taki rodzaj wiedzy wynikający z kreowania postaci.

Dochodzenie do tego musi potrwać?

Nie czarujmy się, wszystko polega na odwiecznym poprawianiu scenariusza. Kolejne wersje, szlifowania, prace nad scenami, wyrzucanie scen, skracanie scen itd. Zaczyna się zwykle od 1. draftu, czyli podstawy, zarysu danego odcinka, a do do produkcji kierowany jest piąty czy szósty. To jest ewolucja. Nie jest tak, że się coś napisze i to jest doskonałe. Trzeba sobie potem dać tydzień albo dwa tygodnie oddechu, żeby zobaczyć, że dana scena jest beznadziejna, że nie działają w niej dialogi, że jest za długa czy niepotrzebna. Niestety, myślę, że jeżeli ktoś nie lubi tak pracować, dłubać, może się czasami zwyczajnie zniechęcić.

A trzeba być perfekcjonistą?

Nie, ale niestety trzeba myśleć o bardzo wielu rzeczach naraz. Mieć na uwadze następstwo scen, wiedzieć, że jeżeli jedna scena jest we wnętrzu, to dobrze, żeby kolejna była w plenerze, a jeśli myślimy o plenerze, to też musimy rozpisać ją tak, by nie angażować całego świata. Musimy myśleć też, jak będzie ona potem wyglądać w produkcji, czy nie jest zbyt epizodyczna i za bardzo kosztowna albo niedopasowana charakterem do całości historii. Myśląc nad sceną jako taką, należy zadawać bardzo dużo pytań - gdzie ona się dzieje, o jakiej porze dnia, dlaczego rozgrywa się w danym momencie itd. Trzeba na to wszystko zwracać uwagę.

Ale chyba się to państwu udało.

Udało (śmiech). Co ważne, scenarzysta jest taka osobą, która musi się ciągle dokształcać. W pracy nad pierwszym sezonem trochę wykorzystaliśmy nasze osobiste doświadczenia - mama Jakuba jest nauczycielką, więc jeśli były jakieś pytania, był telefon do mamy, z kolei moi rodzice są leśnikami - wątek leśny i z rodziną Porębów ocierał się z kolei o moje doświadczenia osobiste. Poza tym zarówno ja, jak i Jakub, lata licealne spędziliśmy na prowincji, w małych miasteczkach, które stały się potem Dobrowicami.
Z czego jest pani najbardziej dumna?

Radość scenarzysty pojawia się, kiedy, bądź co bądź, papierowe postaci zaczynają żyć swoim życiem. Z rozmów z aktorami wynikało, że oni cieszyli się, że mają co zagrać – nawet jeśli były to postaci drugoplanowe. To jest chyba największa satysfakcja. Aczkolwiek nie spodziewałam się, że będą dzwonić do mnie koleżanki i pytać: Jak mogłaś zabić Adriana Kusia?! [grał go Sebastian Fabijański - red.] (śmiech). Nie spodziewaliśmy się aż takich reakcji emocjonalnych po widzach. Ale zakładaliśmy, że ta historia chwyci, bo nie sililiśmy się na pokazywanie niewiarygodnej, wymyślonej rzeczywistości. Staraliśmy się być blisko życia. Polska pokazana w tym serialu nie udawała jakiegoś innego kraju. Myślę, że to jest też zaleta "Belfra".

Skoro przy serialach jesteśmy, ciągle trudno mówić, że polskie seriale to seriale wybitne. Jak pani myśli, dlaczego?

Problemem jest to, że nie inwestuje się w dobre scenariusze. Proszę zwrócić uwagę, że ostatnie lata, nawet jeżeli powstawały jakieś seriale, to z reguły były adaptacjami i to zawsze się czuje. Myślę, że w końcu dorośliśmy do momentu,kiedy zaczniemy stawiać na polskie historie - bo ludzie chcą to oglądać. Może dzięki właśnie sukcesowi "Belfra" będzie już tylko lepiej?

Według pani widownia się wyrobiła?

Widownia się też się zmieniła. Mamy naprawdę do czynienia z bardzo wyrobionym, inteligentnym widzem i myślę, że z tego powodu sukces "Belfra" jest dla nas tym bardziej ważny. Ale oglądając box office polskich produkcji, i nie jest to tylko moja opinia, ale i osób zajmujących badaniem oglądalności filmów i seriali, widać bardzo dobre wyniki – Polacy chodzą na rodzime produkcje i chcą oglądać oryginalne, polskie seriale.

No dobrze, zapytam więc, jaki serial jest pani ulubionym?

Chyba powinnam powiedzieć, że "Czterdziestolatek", bo właśnie jestem w tym wieku (śmiech). Odpowiadając serio, paradoksalnie powiedziałabym, że jednym z lepszych seriali dotyczących młodzieży, który wspominam ze szczególnym sentymentem jest "Wojna domowa". I nie mówię tego ironicznie, broń Boże. Bo patrząc na pewne rozwiązania techniczne, uważam, że to był to naprawdę nowatorski serial jak na tamte czasy – zyskał status kultowego i przetrwał w pamięci widzów przez tyle lat. A to wielki sukces!
"Belfer" – serial kryminalny produkcji Canal+ nagrodzony Specjalną Telekamerą 2017, Wydarzenie Roku 2016 w plebiscycie Bestsellery Empiku i nominowany do Orłów 2017. W obsadzie znaleźli się Maciej Stuhr, Magdalena Cielecka, Łukasz Simlat, Paweł Królikowski, Piotr Głowacki, Krzysztof Pieczyński, Grzegorz Damięcki, Paulina Szostak, Mateusz Więcławek, Sebastian Fabijański czy Katarzyna Dąbrowska. Zdjęcia do kolejnego sezonu powstaną we Wrocławiu.

Monika Powalisz - rocznik 1973. Dramatopisarka, reżyserka, scenarzystka. Jest absolwentką Wydziału Polonistyki Uniwersytetu Łódzkiego oraz Wydziału Reżyserii Akademii Teatralnej w Warszawie.

Napisz do autorki: karolina.blaszkiewicz@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...