Orzeł prawie wylądował. Amatorscy skoczkowie narciarscy mają mnóstwo zapału, choć tracą zęby i narty

Fot. Facebook Skoczkowie z Łodzi
Ich zapał do skoków rósł wraz z sukcesami Adama Małysza. Choć amatorscy skoczkowie często mają pod górkę – brakuje im sprzętu i odpowiednich warunków do trenowania – to powtarzają, że skoki są dla nich odskocznią od rzeczywistości. Liczne upadki, strata kilku zębów, połamanie nart – są gotowi na wszystko.

Być jak Małysz
Imponuje im upór słynnego Brytyjczyka Eddi'ego "Orła" Edwardsa, kciuki trzymają za naszych: Stocha i Żyłę. Ale najpierw był Adam Małysz, później Kamil Stoch. Inspirowali młodych, których głowy zaprzątały marzenia o tym, by ich sukces powtórzyć. Ci więc budowali skocznie i trenowali na nich całymi dniami. – Amatorscy skoczkowie, którzy działają w ramach sekcji "TKKF Dzikusy Łódź", to nie są ludzie z przypadku – zapewnia Bartłomiej Marczak, amatorski skoczek.



Ale to osoby, które od przedszkola interesują się skokami, znają wszystkich zawodników, wyniki, skocznie na całym świecie. – Sami zresztą od dzieciństwa budowali skocznie z papieru. To pasjonaci z krwi i kości – ocenia Marczak. On także zalicza się do tej grupy: amatorsko skacze od 8 lat. Jego największym idolem był oczywiście Adam Małysz. – Postanowiłem, że pójdę w jego ślady, zacznę trenować i trochę go naśladować – mówi Marczak. W internecie założył nawet stronę: "Skoczek Bartek ze Zgierza".
W ten sposób poznał przyjaciela, tak samo zapalonego do skakania. – Znalazł mnie, napisał, porozmawialiśmy. I umówiliśmy się na starej zaniedbanej skoczni, która nie była używana od wielu lat. Postanowiliśmy, że ją odnowimy, że tam zaczniemy stawiać swoje pierwsze kroki. Dołączyło do nas kilka osób – opowiada Marczak. Ale być skoczkiem z centralnej Polski nie jest wcale tak łatwo. Dopiero po 18-tce kupił sobie narty, zaczął wyjeżdżać i trenować w górach. W nieco lepszej sytuacji lokalizacyjnej znalazł się Łukasz z Okocimia, wsi w województwie małopolskim. Trenować zaczął także na fali "małyszomanii". – Byliśmy grupą 8-10 osób i zainspirowaliśmy się sukcesami Adama Małysza. Zbieraliśmy się co weekend albo po szkole i skakaliśmy razem – wspomina Łukasz.

Straty liczone w zębach
O straconych podczas treningu zębach Bartłomieja Marczaka krążą w tym środowisku legendy. – Po lądowaniu przewróciłem się, krew poleciała mi z wargi, poszedłem na dokładniejsze prześwietlenie i okazało się, że korzenie w zębie są pęknięte i niestety trzeba było je usunąć – opowiada sam Marczak. Na YouTube aż roi się od filmów amatorskich skoczków. A na nich najczęściej: prowizoryczna skocznia, narty i młodzi ludzie, którzy z zapałem szybują, a potem najczęściej spektakularnie lądują. Zdarza się, że upadają.

Jeden z nich np. rozbił sobie głowę, inni lądują na plecach, skręcają stawy skokowe, kolanowe. – Zdarzało się uderzyć głową w zeskok. Czasem złamać narty. Nie zniechęciłem się, choć były chwile zwątpienia i większej ostrożności – przyznaje Łukasz. Wtóruje mu także Bartłomiej: – Na początku była taka myśl, co ja robię, może sobie odpuszczę. Ale nie zrobię tego. Teraz mamy większą rozwagę – mówi Marczak.
Upadki i stracone zęby samych skoczków nie zrażają. Tylko organizatorzy zawodów dla amatorów mogą być pełni obaw. – Chłopaki mieli sprzęt nie do skoków, tylko narty zjazdówki – opowiada Damian Szczerba, organizator amatorskich zawodów w Niecwi, koło Nowego Sącza. Zadbał o całe zaplecze, w razie gdyby komuś coś się stało. Ale, jak przyznaje na tysiąc skoków, zdarzają się dwa poważne upadki.

Amatorscy skoczkowie mogą także startować w innych zawodach, zapisując się do kategorii open. – To wymaga dobrego treningu, przygotowania technicznego, dlatego niektórzy się o nas boją. Ale jeśli jest możliwość, to staramy się brać udział w zawodach. I wyjeżdżamy na nie średnio raz w miesiącu. W Polsce, ale i za granicę: Niemcy, Czechy – opowiada Marczak.

Amatorskie skoki w Skawicy

Prawdziwą mekką amatorskich skoczków narciarskich jest m.in. Skawica. To tu w lutym po raz ósmy przy stadionie "LKS Huragan" odbyły się Mistrzostwa Amatorów w Skokach Narciarskich Południowej Polski. Te zawody ocierają się o profesjonalizm: – Mamy budkę sędziowską, komputery, nagłośnienia, pomoc medyczną, zespół który gra nam w przerwie – chwali się Kazimierz Pająk ze Skawicy.
Nagroda też była kusząca – bo to puchar Kamila Stocha, odebrany z rąk jego ojca – Bronisława. Na szczęście w tym roku organizatorzy skoków mogli odetchnąć z ulgą, bo brak śniegu nie pokrzyżował im planów, jak to się stało dwa lata temu. – Nie mamy armatek, dlatego nie było skoków – mówi Kazimierz Pająk. Brak śniegu zabił też amatorskie zawody w Niecwi. – Przez ostatnie trzy lata niestety nie było śniegu. Poza tym chłopcy, którzy skakali nabrali wagi i znaleźli sobie inne zajęcia – opowiada Damian Szczerba, organizator skoków.

Pytam Kazimierza Pająka, czy bez zupełnego przygotowania, mogłabym przyjechać i skoczyć na zawodach w Skawicy. – Tak, mogłaby pani. Tylko lepiej byłoby wcześniej potrenować – ostrzega Pająk. W tym roku w Skawicy skoczyło 35 osób. Sporo wystraszyło się wysokości i zrezygnowało w trakcie. – Dużo osób wychodzi na próg, a później wraca. Bo dołu nie widać. U nas można skakać do 30 metrów – rozwija Pająk.

– Niektórzy skoczkowie przyjeżdżają co roku, mają nawet oryginalne sprzęty, narty skokowe, kombinezony, są świetnie wyposażeni – mówi Bronisław Stoch. I ubolewa, że w Skawicy nie pojawili się żadni trenerzy. Co ocenia się podczas amatorskich skoków? – Miernik osiągnięć skoczka amatorskiego to odległość. Ważne, by ten skok był ustany, bez żadnych podpórek. Sylwetka nie jest taka ważna – mówi Łukasz. – Nie zdecydowaliśmy się na ocenę zawodników pod względem stylu, bo w locie są 2-3 sekundy. Ciężko coś zobaczyć. Braliśmy pod uwagę tylko odległość, a za upadek odejmowaliśmy np. 5 punktów – odpowiada Szczerba.

Być jak Eddie
Eddie "Orzeł" Edwards – to skoczek narciarski, olimpijczyk. Ale jego skoki były jednym z powodów, by Międzynarodowa Federacja Narciarska wprowadziła kwalifikacje do zawodów. W ubiegłym roku do kin wszedł film "Eddie zwany Orłem". To historia chłopaka, który za wszelką cenę chciał być olimpijczykiem.
Bartłomiej Marczak
amatorski skoczek narciarski

Eddie to zakręcony facet. Przede wszystkim stawiał na to, by wygrać igrzyska olimpijskie. Chciał być narciarzem, ale nie miał na tyle talentu i przebicia. Więc postanowił, że spróbuje w innej dyscyplinie, że zostanie skoczkiem. Mimo wielu upadków, niepowodzeń i braku dostępu do skoczni, sprzętu, trenował. Miał pod górkę, tak jak my. Ale swój cel osiągnął. Nastawił się na występ, udział w zawodach, mimo że był ostatni, to nie zniechęcał się, nadal to robił. Pokochał ten sport, robił to z pasji. Nie przejmował się krytyką.

I amatorscy skoczkowie chcą być jak Eddie. – Mimo tego że nie mamy dostępu do skoczni i wszystko jest pod górkę. Coś jednak można osiągnąć – dodaje Marczak. – Eddie to ewenement. Najgorszy skoczek, a kibicowano mu. Jeśli chodzi o profesjonalne skoki, to trzymam kciuki za naszych: Kamila Stocha, Piotra Żyłę – mówi Łukasz.
Bartłomiej Marczak na początku chciał pójść drogą Małysza, ale szybko przekonał się, że to niemożliwe. – Wiadomo, że nie chodziło o starty w Pucharze Świata, ale o niższe kadry zawodowe. Ale to nie jest możliwe mieszkając w centrum Polski i nie mając warunków do trenowania. Ciężko myśleć o jakiejś zawodowej karierze. Teraz skoki to odskocznia od rzeczywistości. Jedni grają w piłkę nożną, a my skaczemy. Lubimy ten sport, jest niepowtarzalny – przyznaje Marczak. I zaznacza, że w tym roku do sekcji "TKKF Dzikusy Łódź" ze względu na sukcesy polskiej kadry, zgłosiło się sporo osób: pytali o sprzęt i chcieli się zapisać. – Popularność amatorskich skoków rośnie z roku na rok – podkreśla Marczak.

Napisz do autorki: daria.rozanska@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...