Ona grała na fortepianie, on majsterkował: jak dyrektor zoo i jego żona w czasie wojny ocalili setki ludzi

Fot. materiały prasowe
To byli zwykli ludzie. Najzwyklejsi - takimi słowami nieczęsto opisuje się osoby, które uratowały 300 ludzkich istnień, ryzykując jednocześnie życiem swoim, swoich dzieci i wielu innych osób, zaangażowanych w pomoc Żydom podczas II wojny światowej. A jednak to właśnie w ten sposób reżyserka filmu "Azyl" o Antoninie i Janie Żabińskich postrzega swoich bohaterów, choć okoliczności, w których działali do zwykłych już z pewnością nie należały.

“Azyl” w reżyserii Niki Caro właśnie wchodzi na ekrany polskich kin. I gdyby nie twarde dowody na to, że opowiedziana w nim historia jest prawdziwa - głosów powątpiewania pojawiłoby się sporo. A jednak: w czasie wojny warszawskie zoo było miejscem schronienia Żydów z warszawskiego getta, magazynem amunicji żołnierzy Armii Krajowej, warsztatem, w którym konstruowano powstańcze bomby, oraz… ulubionym miejscem schadzek niemieckich oficerów. Fakt, że karkołomna operacja, oparta jedynie na wątpliwym założeniu: pod latarnią najciemniej odniosła sukces, jest zasługą dwojga zwykłych ludzi - Antoniny i Jana.
Ona: Antonina Żabińska
Ponoć miała niezwykły dar - potrafiła jednym dotknięciem obłaskawić najbardziej niesforne zwierzęta i kilkoma słowami uspokoić najbardziej roztrzęsione dziecko. Pełna empatii i ciepła, Antonina natychmiast wzbudzała zaufanie i jak twierdzi autorka jej biografii, Diane Ackerman, “była wzorem heroizmu”.

Kiedy w 1939 roku na Warszawę spadły pierwsze bomby, nikt nie spodziewał się, że ogród zoologiczny nie tylko przetrwa, ale że przez cały czas okupacji będzie tętnił życiem. Antonina wraz z mężem doszli do wniosku, że zamiast porzucić swoje dotychczasowe zajęcie, mogą wykorzystać swoją pozycję w dobrej sprawie.

Znajdująca się na terenie zoo willa będąca domem Żabińskich stała się “azylem” w pełnym tego słowa znaczeniu. Przyjaciele rodziny, uciekinierzy z getta - Żabińscy rzadko odmawiali pomocy, więc z biegiem czasu w każdym zakamarku ich domu - piwnicy, pokojach, nawet szafach, ukrywali się ludzie. Kiedy pomiędzy czterema ścianami zabrakło miejsca, schronienie zaczęły dawać także opuszczone klatki bażantów czy wybiegi dla lisów. A że znajdowały się względnie na widoku? Zależy kto i jak dokładnie się przyglądał.

Z filmowej adaptacji wynika, że wyznaczony przez Niemców dyrektor mógł w pewnych sytuacjach przymykać oczy. Lutz Heck, którego w “Azylu” gra Daniel Brühl, rzekomo miał do Antoniny słabość. I choć to tylko subtelna aluzja, może wystarczyć, aby wyobraźnia widzów zaczęła pracować.

Trudno sobie wyobrazić, jak niewyobrażalnie stresujące musiało być codzienne życie “lokatorów” zoo. Antonina starała się jednak zapewnić chociaż pozory normalności. W domu grała na pianinie i gotowała, choć w tych niecodziennych okolicznościach każda czynność miała też swoje drugie dno. Muzyka była kodem - dźwięki “Pięknej Heleny” Offenbacha stanowiły sygnał ostrzegawczy, że natychmiast należy wracać do kryjówek. Z kolei przygotowywanie posiłków dla wygłodzonych uciekinierów z getta w czasach reglamentowania żywności do zadań łatwych nie należało. Dzienne zapotrzebowanie kaloryczne dla Żydów Niemcy ustalili na poziomie 187 kalorii, Antonina za punkt honoru stawiała sobie ich odpowiednie wyżywienie. W praktyce oznaczało to, że na stole u Żabińskich lądowały na przykład ustrzelone na terenie ogrodu gawrony.

On: Jan Żabiński
Do wybuchu wojny Jan był dyrektorem warszawskiego zoo. Kiedy Niemcy zajęli Warszawę, oficjalnie przekwalifikował się na hodowcę świń. Oczywiście, organizacja na terenie zoo farmy była tylko zmyślnym sposobem, aby uniknąć wykwaterowania i jednocześnie stanowiła dobry pretekst, aby w ramach “obowiązków służbowych” jeździć do getta. Żabiński obiecał, że będzie wywoził stamtąd pomyje, które miały stanowić pożywkę dla tucznika. Okazjonalnie w beczkach przemycał też uciekinierów, którzy zasiedlali kolejne zakamarki ogrodu.

Koordynowanie “hodowli” było tylko jednym z jego zadań. Jan działał w podziemiu, więc w klatkach po lwach oprócz Żydów ukrywał amunicję dla Armii Krajowej. Na kilka tygodni przed wybuchem Powstania Warszawskiego zaczął natomiast namiętnie majsterkować - tak przynajmniej myślały jego dzieci. Córka Teresa w jednym z wywiadów wspominała, jak jej brat dostał okrutną burę za zabranie z warsztatu kilku śrubek. Jak się później okazało były to elementy konstrukcyjne bomb.

W trakcie walk Jan został "śmiertelnie" ranny - teoretycznie, bo kula przeszła mu na wylot przez szyję. Lekarze nie mogli uwierzyć w tak szczęśliwy zbieg okoliczności - pocisk ominął bowiem wszystkie ważne organy, a porucznik AK, bo takiego stopnia dosłużył się Jan Żabiński, po kilku dniach opuścił szpital polowy. Wydarzenie można chyba skwitować jedynie słowem: “karma”.

Po wojnie heroiczne czyny Żabińskich jeszcze długo miały nie wyjść na jaw. Dziś jednak pamięć o nich samych oraz setkach osób, które ocalili trzeba podtrzymywać - obejrzenie “Azylu” to dobry początek.

Artykuł powstał we współpracy z UIP.

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...