Zakompleksieni hipokryci przebrani za szlachtę. Po co Polacy chwalą się herbem, choć nie doceniają najbliższej rodziny

Prawo autorskie: ysbrandcosijn / 123RF Zdjęcie Seryjne
"Było cholernie zimno, w termosie skończyła się kawa, a jedyną myślą, jaką potrafił skonstruować Myszyński, było besztanie się za idiotyczny pomysł, żeby założyć firmę zajmującą się poszukiwaniami genealogicznymi (...) Spojrzał na rozłożoną przed sobą księgę i na zdanie ładnie wykaligrafowane przez księdza z parafii w Dwikozach w kwietniu 1834 roku: „Stawający i świadkowie czytać nie umieją”. To by właściwie było na tyle, jeśli chodzi o szlacheckie pochodzenie Włodzimierza Niewolina. A gdyby ktoś jeszcze miał wątpliwości, że być może przynoszący do chrztu rodzic prapradziadka Niewolina miał po pępkowym gorszy dzień, to rozwiewał je jego zawód – włościanin. Myszyński był pewien, że jak już doszpera się do aktu ślubu, okaże się, że wzmiankowana w akcie urodzenia Marjanna Niewolinowa – piętnaście lat młodsza od małżonka – była dziewką służebną. A może jeszcze mieszkała przy rodzicach."

Tak zaczyna się kultowa już powieść kryminalna "Ziarno prawdy" autorstwa Zygmunta Miłoszewskiego. Tym razem wciąga bez reszty nie za sprawą uwielbianego prokuratora Teodora Szackiego. Pierwsza scena przenosi nas do czytelni Archiwum Państwowego w Sandomierzu, gdzie Roman Myszyński, poszukiwacz przodków, siedzi o czwartej nad ranem, usiłując znaleźć dowód na szlacheckie pochodzenie swojego klienta. Bohater książki był właścicielem firmy Złoty Korzeń, którą wymyślił pod wpływem napotkanych osób "z szaleństwem w oczach, nieporadnie szukających informacji o przodkach i próbujących wyrysować swoje drzewo genealogiczne" i szalejących z rozpaczy, kiedy okazywało się, że praprababka była bękartem, bo do chrztu w 1813 roku trzymała ją akuszerka lub co gorsza, że w ich żyłach płynie żydowska krew.



O ile przedstawione wyżej realia to fikcja literacka, o tyle fikcja Miłoszewskiego ma rzesze fanów właśnie dlatego, że fikcyjna jest tylko częściowo. Realia, w jakie przenosi nas pisarz, często bywają polskimi realiami i tak jest i w tym wypadku. Poszukiwacze przodków istnieją naprawdę i naprawdę mają mnóstwo pracy z powodu liczby zleceń. Niekoniecznie siedzą w archiwach do czwartej nad ranem, jak u Miłoszewskiego, ale tak jak w książce, wciąż "otaczają ich zmarli" i często osaczają prośby, by odtworzona historia rodziny danego klienta nie okazała się zbyt banalna.

Narrator "Ziarna prawdy" w kategoryzowaniu ludzi, którzy z uporem szukają swoich przodków, jest bezlitosny.
"ziarno prawdy"
fragment książki Zygmunta Miłoszewskiego

Typ pierwszy to zakompleksieni okularnicy w pulowerkach, o wyrazie twarzy „no ale co ja ci zrobiłem?”, którym w życiu nie wyszło tak bardzo, że mieli nadzieję znaleźć jego sens i wartość w dawno rozłożonych przodkach. Z pokorą i ulgą, jakby spodziewali się tego ciosu, przyjmowali informację, że są potomkami nikogo znikąd.

Typ drugi – typ Niewolina – od początku dawał do zrozumienia, że nie płaci za informację, iż wywodzi się z rodu pijanych furmanów i przechodzonych dziwek, tylko za doszukanie się herbowej szlachty i miejsca, gdzie można zawieźć dzieci i pokazać, że tutaj stał dwór, w którym pradziadek Polikarp leczył rany odniesione w powstaniu. Jakimkolwiek powstaniu.

Czy i w tym wypadku fikcja pokrywa się z prawdą?

Po co ci ten przodek?

Czołowy polski poszukiwacz przodków, Łukasz Przelaskowski, który w przeciwieństwie do bohatera "Ziarna prawdy", zajmuje się tym, czym się zajmuje, ponieważ taka jest w jego rodzinie tradycja od niemal stu lat, nie mówi o swoich klientach w krytycznych i złośliwych słowach, choć nie kryje, że zdarza mu się realizować poszukiwania ze wskazaniem na ród szlachecki. - Tych, którzy chcą usłyszeć, że w ich żyłach płynie błękitna krew lub potwierdzić, że rodzinna legenda o tym, jakich to bohaterskich czynów dokonał pradziadek w powstaniu, jest wielu. Kiedyś jeden pan obraził się na mnie i zamilkł na kilka tygodni, gdy okazało się, że herb jego rodziny należy też do dziesiątek innych rodzin. Ale później nawiązał kontakt i przeprosił za swoją reakcję - opowiada Łukasz Przelaskowski.

- Jednak zdecydowanie najczęściej przychodzą do mnie ludzie, którzy pochodzą z rozbitych rodzin i chcą się dowiedzieć, czy np. mają rodzeństwo, albo czy w ogóle mają jakiegokolwiek żyjącego krewnego – dodaje. Zdaje się więc, że nie jest z nami tak źle jak w świecie Zygmunta Miłoszewskiego. W końcu bohater "Ziarna prawdy" uznał, że nie jest instytutem badawczym, tylko prywatną firmą i przestał być do bólu szczery – zaczął rekonstruować historię tak, by była właśnie taka, jaką sobie klient wymyślił.

Z kolei Łukasz Przelaskowski, choć tak jak Myszyński prowadzi prywatną firmę, jest również prezesem Fundacji Rodu Przelaskowskich Herbu Srzeniawa, i prawdę o swojej historii, a także historii swoich klientów traktuje z ogromnym szacunkiem. - Jeśli wychowywaliśmy się w rodzinie, w której przeszłość naszych przodków jest choć częściowo nam znana, nie mamy możliwości wyobrazić sobie, jaką pustkę czują ludzie tego pozbawieni – mówi Łukasz Przelaskowski.

Słowem, jeśli w pamięci mamy historie o tym, jak to wujek Czesiek debiutował jako wędkarz pod okiem doświadczonego szwagra w '53 roku i "subtelnym" rzutem kotwicy w jezioro spłoszył ryby nęcone od tygodni przez wspomnianego szwagra; jeśli mieliśmy okazję usłyszeć historię babci, która z łapanki trafiła do Niemiec w '39 roku; jeśli widzieliśmy kiedyś dom, w którym mieszkali nasi pradziadkowie, mamy podparcie historyczne, które zostanie w naszej rodzinie na zawsze. Nawet jeśli wydaje nam się, że ta wiedza niczego w naszym życiu nie zmienia, działa na nas fakt, że w ogóle istnieje. Ludzie, którzy dorastają bez tych drobnych i niby nic nie wnoszących historii, według Łukasza Przelaskowskiego mają prawo odczuwać silną potrzebę poznania dziejów swych przodków, by móc poznać siebie i uzupełnić tę bolesną lukę niewiedzy.

- Poszukujemy wiedzy o swoich korzeniach, bo chcemy czuć się zakotwiczeni w społeczności. To dostarcza poczucia bezpieczeństwa i ciągłości genetycznej. Chcemy wiedzieć, po kim odziedziczyliśmy swój charakter, szukać podobieństw, a także różnic – komentuje dr Hanna Hamer, psycholożka społeczna, wykładowczyni m.in. Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie, autorka 23 książek.

- Kim jesteśmy i dokąd zmierzamy, to pytania, które na jakimś etapie życia zadajemy sobie wszyscy. Poszukiwanie przodków bywa elementem próby odpowiedzi. - dodaje Łukasz Przelaskowski. U Miłoszewskiego motywacje te zawiera ironicznie oceniony "typ pierwszy". A co z typem Niewolina, czyli żądnym herbu dumnym Polakiem?

Znajdź mi herb, proszę

dr Hanna Hamer

Bohaterskie czyny albo szlacheckie czy wręcz arystokratyczne pochodzenie karmi nasze smutne i niedowartościowane ego – im bardziej czujemy się przeciętni, tym bardziej nam zależy na podniesieniu samooceny, choćby w tak dziwaczny i irracjonalny sposób. Nasza przeszłość może nas też zasmucić, gdy ksenofobiczno-rasistowskie otoczenie odkryje w nas na przykład krew żydowską lub romską. Wówczas trzeba naprawdę dobrze ugruntowanego poczucia własnej wartości, aby to negatywne nastawienie pokonać i dokonać z dumą genetycznego coming outu

Według dr Hanny Hamer, w każdym narodzie są ludzie, którym imponuje herb – choć to tylko symbol i to taki, w którego tworzeniu, sławie (lub niesławie) nie mieliśmy żadnego udziału. - To odmiana myślenia magicznego, do którego ludzie bywają serdecznie przywiązani. W Polsce jest wielu ludzi, którzy czerpią satysfakcję z dokopywania się do przeszłości/historii innych ludzi, zwłaszcza gdy uważają, że mogą im w ten sposób zaszkodzić. Mam szczerą nadzieję, że jest też wielu, którzy kierują się wyłącznie względami poznawczo-historycznymi, pozbawionymi ideologicznych podtekstów – dodaje.

Poza tym, jak się okazuje, herb herbowi nierówny. - W czasach Napoleona sztucznie wymyślano nowe herby. Z kolei za carycy Katarzyny można było się "zapisać" do szlacheckiej rodziny za pieniądze. Dawało to rodzinie w tamtych czasach przeróżne socjalne gratyfikacje. W ten sposób zamożniejsi chłopi stawali się szlachcicami, tyle że "w papierach". Co więcej, herby są różne i różne są też losy w doszukiwaniu się szlachectwa po nazwisku. Często bywa tak, że wszystko wskazuje na szlacheckie pochodzenie danej rodziny, po czym okazuje się, że herb, który do nich należy, jest zbiorowy, lub że nie o tych Kowalskich chodziło – wyjaśnia Łukasz Przelaskowski.

Według dr Hanny Hamer, nie ma się czym przejmować. - Dziś to, skąd pochodzimy, nie ma żadnego znaczenia, sami jesteśmy odpowiedzialni za to, kim się staniemy, jednak dla niektórych ludzi ta świadomość jest zbyt trudna, zamiast otworzyć się na wiele możliwości i popracować nad rozwojem, zamykają się w ciasnym kanale pochodzenia. Ponadto dr Hanna Hamer zwraca uwagę na zmiany, jakie dokonały się w naszym postrzeganiu czyjegoś pochodzenia. - Dziś pochodzenie ze wsi oznacza najczęściej lepsze zdrowie i możliwość spędzania wolnego czasu wśród natury, a to przedmiot zazdrości wielu mieszczuchów. Co więcej, nie obowiązuje już dziś szacunek wobec osób z arystokratycznym nazwiskiem. - Na nazwisko "Radziwiłł" wiele osób reaguje wściekłością, co oznacza, że oceniamy innych ludzi na podstawie tego, co reprezentują sobą obecnie, niż tego, kto ich spłodził – dodaje. Podobne wnioski można wyciągnąć, analizując postawę mediów wobec Anny Czartoryskiej-Niemczyckiej, która w mediach traktowana jest dokładnie tak samo, jak reszta celebrytów.

- Jeśli ktoś już ma wiarygodne dowody na swoje szlachectwo powinien zmobilizować się dwukrotnie do swoich szlacheckich, czyli szlachetnych działań, ponieważ jest to zobowiązanie nie tylko wobec siebie i rodziny, ale również narodu - który de facto też nie powinien nadużywać takiego poświęcenia się osób na różne możliwe dobre sposoby - dodaje Łukasz Przelaskowski.

"Oczyszczająca" moc historii

- Często zdarza się, że śledztwo w sprawie stanu zdrowia nawet dalekich krewnych doprowadza do rozwiązania zagadki natury medycznej – opowiada Łukasz Przelaskowski. Znam wiele przypadków, w których zdiagnozowana dekady wcześniej genetyczna choroba pozwalała dojść lekarzom do słusznych wniosków odnośnie leczenia pacjenta tu i teraz – dodaje. Jednak historia naszych przodków w kwestii ciała to jedno, a drugie w kwestii ducha.

Kilka lat temu w psychologii pojawił się nowy, dość kontrowersyjny wątek. Mianowicie w dziejach losów naszych przodków doszukiwano się wyjaśnienia naszych dzisiejszych decyzji i postaw. I nie chodziło o model wychowania powielany w każdym kolejnym pokoleniu, lecz o teorię podświadomego przekazywania potomnym ciężaru niezałatwionych spraw, popełnionych grzechów i niewyjaśnionych konfliktów. Przykładowo: poronienie prababki oraz jej trauma po tym zdarzeniu rzekomo mogłoby mieć wpływ na to, czy dziś same chcemy i możemy mieć dzieci.
dr Hanna Hamer

Teorię o obciążeniu grzechami przodków – pradziadka, babki itd. uważam za bałamutną. To wygodne usprawiedliwianie naszych błędów i nieumiejętności rozwiązywania konfliktów. Skupianie się na przeszłości rodowej, kiedy zmagamy się z jakimś osobistym problemem tu i teraz to strata czasu – przeszkadza wręcz w radzeniu sobie z pokonywaniem trudności w życiu prywatnym i zawodowym. Sama jestem także psychoterapeutką (poznawczo-behawioralną) i uznaję za nieetyczne wytracanie czasu pacjenta (za jego pieniądze) na zajmowanie się życiorysem przodków, choć rozumiem, że w wolnym czasie, między sadzeniem begonii a robieniem prania, o ile nic sensowniejszego nie mamy już do roboty, można temu zagadnieniu poświęcić godzinę

Wygląda zatem na to, że doszukiwanie się w historii swojej rodziny czegoś więcej niż ciekawych informacji, które mogą nas ugruntowywać w poczuciu bliskości z krewnymi, nie ma większego sensu. Jednak ta jedyna korzyść jest wyjątkowo ważna. Dlaczego? Bo skoro lubimy pochwalić się dziadkiem walczącym w powstaniu lub rodowym herbem, a jednocześnie jesteśmy przekonani, że z rodziną dobrze wychodzi się tylko na zdjęciu i że z obcą osobą może nas łączyć więcej niż z własną siostrą czy matką, przedkładając w ten sposób więzi duchowe przed więzy krwi, wychodzimy na zakompleksionych hipokrytów, którymi na pewno nikt z nas nie chce być.

Łukasz Przelaskowski - z wykształcenia mgr historii, właściciel firmy genealogicznej Poszukiwacze Przodków, prezes Fundacji Rodu Przelaskowskich Herbu Srzeniawa, redaktor naczelny magazynu historyczno-naukowego Młody Szreniawa wydawanego przez Fundację. Prywatnie piąty w kolejności archiwista rodzinny rodprzelaskowskich.com.

Napisz do autorki: ewa.bukowiecka-janik@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...