Czym się różni polski mężczyzna od włoskiego? Karolina Porcari, polsko-włoska aktorka odczarowuje mit Matki-Polki

Karolina Porcari opowiada o swoich doświadczeniach związanych z macierzyństwem,
Karolina Porcari opowiada o swoich doświadczeniach związanych z macierzyństwem, Fot. materiały prasowe
Czym się różni mężczyzna włoski od polskiego? Co najwyżej "dizajnem". Karolina Porcari to aktorka o polsko-włoskich korzeniach. Wychowała się na południu Włoch, dziś zawodowo związana jest z Polską. W rozmowie z naTemat rozprawia się z mitem "matki-siłaczki" i innymi stereotypami dotyczącymi macierzyństwa. – Kiedy facet samotnie wychowuje dziecko, jest supermanem, kobieta z dzieckiem jest co najwyżej "dzielna" – mówi.

Spektakl „Zła matka” jest przede wszystkim zapisem Twoich doświadczeń związanych z macierzyństwem. Nie tylko pozytywnych.

Dla każdej matki dziecko jest absolutną rewolucją. Kiedy urodził się mój syn, z jednej strony była ogromna radość i oszołomienie związane z tą radością, zwłaszcza, że to była upragniona ciąża. Jednak z drugiej, mniej więcej po roku, kiedy się otrząsnęłam z tego totalnego zakochania, zaczęłam postrzegać nową rzeczywistość bardziej trzeźwo.

I do jakich doszłaś wniosków?

Zaczęłam się zastanawiać, kim jestem. Oczywiście było też ogromne zmęczenie, szybko wróciłam do pracy, bardzo regularnej. Kiedy weszłam w pierwsze próby, pierwszy spektakl, wydawało mi się, że umrę ze zmęczenia. Potrafiłam zasnąć na próbach...

Obalasz mit silnych matek, które natura wyposażyła w jakieś dodatkowe pokłady energii?

Z jednej strony myślę sobie, że jednak jest w tym trochę prawdy. Pierwsze miesiące życia dziecka to ekstremalne przeżycie. Po prostu wtedy niemal się w ogóle nie śpi. Musiałam więc mieć te pokłady, w przeciwnym wypadku bym nie przetrwała. Ale w pewnym momencie zmęczenie bierze górę. Tego się nie przeskoczy. Myślę, że większość depresji poporodowych bierze się z ekstremalnego zmęczenia. Ja od początku byłam bardzo ambitna. Chciałam karmić piersią, pracować, gotować itd. To mnie zgubiło. Po tych doświadczeniach mam taki apel to partnerów, ojców, mężów: „Pomagajcie!”.
Jednak mężczyźni w okresie, który opisujesz są w naturalny sposób odsuwani.

To staje się pułapką dla wszystkich w tym rodzinnym układzie. Tytuł naszego spektaklu „Zła matka” jest więc przekorny. Jest rzucony społeczeństwu, który reklamuje propagandę macierzyństwa, jako najlepszej rzeczy, która może się w życiu kobiety wydarzyć.

Mówisz o polskim społeczeństwie?

Jestem pół-Polką, pół-Włoszką i muszę powiedzieć, że to dotyczy obu krajów. We Włoszech mit wielodzietnej kobiety zaczyna trochę się sypać. Rodziny mają coraz częściej tylko jedno dziecko, kobiety przeważnie rodzą przed czterdziestką.

Dlaczego tak się dzieje?

Wynika to trochę z ekonomicznej sytuacji, w której znalazły się dzisiaj Włochy. Poza tym kobiety coraz bardziej zdają sobie sprawę, że chcą jeszcze czegoś w życiu, poza spełnianiem się w macierzyństwie.

Dopiero teraz to zrozumiały? Przecież proces emancypacji, równouprawnienia rozpoczął się dużo wcześniej.

Mimo że we Włoszech były dość silne ruchy feministyczne, to utrwalanie ich w społeczeństwie nie jest aż tak oczywistą sprawą. Czym innym są mikrospołeczności świadomych kobiet, a czym innym przywiązanie Włochów do tradycji. Do niedawna zupełnie niewyobrażalna była sytuacja, w której np. kobieta w ogóle nie chciałaby mieć dzieci. Społeczeństwo włoskie naprawdę niechętnie patrzyło na takie przypadki. W bardzo dużej rodzinie mojego taty była ciotka, która jako jedyna nie miała dzieci. Ona miała nawet pseudonim „Zitella”, czyli „Stara panna”.
W spektaklu opisujesz także wyrzuty sumienia matki, która musi podjąć decyzję powrotu do pracy.

W Włoszech jest takie przysłowie, które bardzo lubię: „Z każdym dzieckiem rodzi się matka, z każdą matką rodzi się wyrzut sumienia”. Wyrzuty sumienia towarzyszą mi non stop. Abym mogła doprowadzić spektakl do końca, musiałam wysłać moje dziecko do dziadków. Jednocześnie jestem absolutnie przekonana, że spełniając się, daje synowi cenny przykład, uczę go tego, jak ważna jest samorealizacja. Wierzę, że to czasem jest ważniejsze niż sama obecność.

W zawodzie aktorskim nieustannie pojawiają się tego typu rozterki.

Mój syn napatrzył się już na niejedną garderobę i niejeden plan filmowy. Rok temu kręciłam film „Music, War and Love” w Krakowie i kiedy wróciłam, pokazał mi ulotkę przedstawiającą śpiące dziecko. Usłyszałam wtedy od niego: „Zobacz, to dziecko jet smutne, bo jego mama robi film”. Zrobiło to na mnie wrażenie i następnym razem zabrałam go ze sobą. Niestety czasami rzeczywistość na planie filmowym wyglądała tak, że mój syn np. przez trzy godziny musiał się z opiekunką bawić w przyczepie plasteliną , zanim mogłam do niego wrócić.

Dziś jesteś matką-aktywistką?

Uaktywniło się to wraz ze spektaklem. Kiedy wspólnie zaczęliśmy się zastanawiać nad tym, co to znaczy być kobietą, co to znaczy być matką, w dodatku biorąc pod uwagę obecną sytuację w Polsce, to nas automatycznie nakierowało na pewne tory. Ja nigdy nie byłam wojującą feministką, ale „Zła matka” wyzwoliła we mnie aktywistkę, potrzebę wzięcia udziału w tym dyskursie, który się toczy w Polsce.
https://youtu.be/JFcL02c4QUE
W spektaklu dziecko jest postrzegane jako pewien rodzaj „ciężaru”, z którym musi się zmagać matka.

Stworzyliśmy postać rzepa – czegoś, co się do nas przylepia. Rzepem najpierw jest dziecko, a potem matka. W spektaklu przez pewien czas tym rzepem staje się Małgosia Bogdańska, która się do mnie przykleja w dosłowny sposób. Mam wtedy wrażenie, że jest to kontynuacja mojej domowej rzeczywistości. Dziecko czasem jest na moich rękach, a czasem przyczepione do mojej nogi, zwłaszcza kiedy akurat muszę wyjść.

Naukowcy uważają, że przez pierwsze miesiące dziecko nie do końca odróżnia siebie od matki. Uważa, że jest to jeden organizm.

Ale matka ma tak samo. Przez pierwsze miesiące kładłam dziecko na moim brzuchu, nie mogłam się oswoić z tym, że mój brzuch stał się pusty. Więc kładłam go na siebie lub tuż obok. Byliśmy zawsze w stałym kontakcie. Jest tak trochę do dzisiaj.

Jak się odnajduje w tym układzie Twój partner?

Sama wychowuje dziecko, więc jest inaczej. Na początku, kiedy jeszcze żyliśmy wspólnie, wydaje mi się, że mój parter czuł to, o czym wcześniej rozmawialiśmy. Ta relacja dwójkowa matka-dziecko w naturalny sposób odsuwa faceta, nie pozwala na równe prawa. Pamiętam taką sytuację, kiedy jeszcze karmiłam: mój syn był przez rok przy piersi i w pewnym momencie, mój były partner absolutnie żartując i nie mając na myśli niczego złego, zbliżył się do jego twarzy i powiedział: „Oddaj mi te piersi!”. Dziecko miało 2-3 miesiące, przestało nagle ssać, popatrzyło na niego i wpadło w totalny ryk, jakby chciało powiedzieć: „Nie zgadzam się!”. Ja z kolei w tej sytuacji czułam się trochę przedmiotowo: właśnie dwóch samców zaczęło walczyć o moje piersi! A jednak zawsze chcę mieć prawo do decydowania o własnym ciele.

Jak symboliczna Matka-Polka postrzegana jest we Włoszech?

Wychowywałam się na południu Włoch, które jet wybitnie patriarchalne. Pod względem wychowania, czerpałam bardziej stamtąd niż z Polski. Bywałam w Polsce, ale nie zdążyłam nasiąknąć tą atmosferą. Mogę za to powiedzieć o różnicach między włoskimi a polskimi mężczyznami: poza wyglądem, który jest dla Włochów bardzo ważny, to w gruncie rzeczy dusze mają bardzo podobne. Jednych i drugich wybierasz na „dobre i na złe”. I w ostateczności wychodzi, że jednak „na złe” (śmiech).

Dlaczego?

Jak mówiłam, jedno i drugie społeczeństwo jest mocno patriarchalne. We Włoszech dodatkowo wciąż pokutują legendarne relacje między mamą a synem. To powoduje, że facetom jest później niezwykle trudno się odnaleźć w związku. Kobietom też jest trudno poradzić sobie z takim „cycusiem mamusi”, któremu trzeba uprasować koszulę, wszystko ugotować i utulić do snu.

Ale przynajmniej długo hodują w sobie chłopca.

Bo ja wiem, czy to taka zaleta... Marzę, żeby tak wychować swojego syna, aby miał swoją męską siłę. Będzie jej musiał się nauczyć bardziej od taty. Jestem kobietą, więc mogę mu dać wyłącznie swoje wyobrażenie o tej męskości. Będzie musiał kiedyś odnaleźć swoje korzenie. Ja mogę mu jedynie pomóc stać się facetem, który potrafi być także partnerem. Nie szowinistą, tylko kimś, kto nie będzie przedmiotowo traktował kobiet.

Jesteś przygotowana na samotne wychowywanie syna?

We fragmencie mojego spektaklu pada zdanie o „Superkobiecie”. Kim jest ta „Superkobieta”? Na próbach dramaturg Krzysiek Szekalski poprosił nas, żebyśmy spisały dekalog współczesnej kobiety, która musi wszystko: być spełnioną matką, spełnioną w pracy i w domu. Musi być dobrą kochanką i żoną. Najlepiej jeszcze, żeby potrafiła gotować. W spektaklu pada taki tekst:

„Jeżeli kobieta nie ma partnera, męża lub kochanka, powinna sobie go szybko znaleźć. W przeciwnym przypadku będzie postrzegana jako osoba samotna. Wtedy musi sobie zrobić dziecko, nieważne z kim. Zyska status samotnej matki. A to ma czasem swoje plusy”.(śmiech)

To jest żart na temat, że czasami patrzy się na kobietę z dzieckiem jak na nieudacznicę, bo „przecież z jakiegoś powodu ona tego chłopa nie ma”. Nawet w moim przypadku, po rozstaniu, bliscy znajomi często pytali mnie z pożałowaniem w głosie: "No i co? Jak sobie radzisz? Daje ci alimenty?".

Z drugiej strony takie kobiety są też postrzegane jako bohaterki.

Tak. Ale dużo rzadziej niż mężczyźni. Kiedy ojciec wychowuje samotnie dziecko, to jest Supermanem, Batmanem i X-menem w jednym. Jeśli jest to kobieta: to najwyżej jest „dzielna”.

Wasz spektakl zobaczą tylko Warszawiacy?

Będziemy z nim jeździć nie tylko po Polsce, mamy zaplanowane spektakle także we Włoszech. Mam nadzieję, że jest na tyle uniwersalny, że będzie czytelny w każdym społeczeństwie.

Napisz do autora: oskar.maya@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...