Czy w tej maszynie jest duch? "Ghost in the Shell" ze Scarlett Johansson to najgorętsza premiera weekendu

Wbrew obawom fanów Motoko, Scarlett Johansson nieźle radzi sobie w roli Major na tropie niebezpiecznego cyberprzestępcy.
Wbrew obawom fanów Motoko, Scarlett Johansson nieźle radzi sobie w roli Major na tropie niebezpiecznego cyberprzestępcy. Fot. Kadr z filmu "Ghost in the Shell"
Czy w tej maszynie jest duch? Zjawiskowa Scarlett Johansson w swoim chyba najpiękniejszym kostiumie filmowym w życiu, bo do złudzenia przypominającym jej własną skórę, jako Major nie ma takich rozterek. Kiedy bez wahania pakuje w kolejną grupę agentów z Sekcji 6 śmiertelną dawkę ołowiu, jej myśli zaprząta przede wszystkim obraz pewnej związanej z jej przeszłością świątyni.

W pamiętnym filmie z 1995 roku pod tym samym tytułem, agentka Motoko Kusanagi poświęciła wszystko, by złapać najgroźniejszego przestępcę ówczesnego świata, zwanego Władcą Marionetek. W niedalekiej przyszłości, kiedy większość z ludzi poddawało swoje ciało rozmaitym cybernetycznym ulepszeniom, Władcy Marionetek udało się znaleźć sposób na włamywanie się za pomocą sieci do tzw. duchów ludzi i przejmowanie nad nimi kontroli. Film w reżyserii Momoru Oshii opowiadał o tym, jak posiadająca cybernetyczne ciało i organiczny mózg Motoko nie tylko zaczyna kwestionować swoje człowieczeństwo, ale i odkrywa, że świadomość niekoniecznie jest zarezerwowana dla istot ludzkich, lecz może zostać wytworzona przez uczący się, inteligentny program komputerowy.
Filmowa ekranizacja "Ghost in the Shell” w reżyserii Ruperta Sandersa i ze Scarlett Johansson w roli głównej opowiada o czymś zupełnie innym. Mimo że zaczyna się bardzo podobnie. Twórcy co prawda zrezygnowali z ujęć charakterystycznych, przepływających ciągów zielonych cyfr na czarnym tle - te za bardzo kojarzą się już z "Matrixem” - mamy z to sterylne baseny z cieczami, w których zanurzane jest przygotowywane do wszczepienia mózgu ciało Major. Bezgłośne, precyzyjne maszyny sprawnie przeprowadzają operacje i na koniec zanurzają nowo narodzoną agentkę w białym płynie.

To nie Westworld, tylko firma Hanka, monopolizująca rynek implantów prowadzających rozmaite ulepszenia do ludzkiego ciała. W końcu udaje jej się zrealizować swój najbardziej ambitny plan i zbudować cyborga z ludzkim mózgiem, doskonałą maszynę do zabijania. Kiedy na horyzoncie pojawia się cyberprzestępca Kuze, bez większego problemu hakujący "duchy” androidów i ulepszonych dzięki Hance ludzi, Major dostaje zadanie, by go zlikwidować.

Wielbiciele historii Motoko z przyjemnością będą śledzić, jak wiele scen z kultowej animacji zostało włączonych do produkcji Sandersa. Nie tylko takie drobiazgi jak identyczny pies, którego zauważa partner Major, przepływający po niebie ze wszystkich stron poprzecinanym bryłami wieżowców samolot czy walizka zamieniająca się w broń maszynową, zostają odwzorowane niemal kropka w kropkę. Scena na jeziorze, rozmowa w śmieciarce, nawet nieludzki wysiłek Major walczącej z czołgiem-pająkiem - to wszystko i wiele więcej gdzieś już widzieliśmy.
Jednocześnie reżyser postanowił uprościć fabułę do absolutnego minimum i zmodyfikować dialogi między Major, jej partnerem i ściganym przez nich cyberprzestępca tak, by sprowadzały się do pytania głównej bohaterki - kim byłam w przeszłości i w związku z tym, kim jestem teraz? Nowa Motoko, czy też Mira, nie chce już, jak jej poprzedniczka z anime i mangi, wyzwolić się z więzów narzucanych przez tę czy inną sieć, cybernetyczną czy nie, ale stworzoną przez ludzi. Ta Major bardzo chce do którego z takich światów należeć.

Zmiany w fabule jako takie nie są zarzutem, trudno jednak pozbyć się wrażenia, że rezygnując z pierwotnej historii reżyser nie ma do zaoferowania innej, przynajmniej równie ciekawej. Zamiast tego, nie bardzo wiadomo po co, błąkamy się po wspomnieniach Major, wysłuchując przy każdej możliwej okazji, kiedy do sceny udało się wcisnąć parę linijek dialogu, wykładu na temat poszukiwania tożsamości i determinującej ją przeszłości. Słowem - posiadająca ogromny potencjał historia o cyborgach jest tu okazją dla kolejnej hollywoodzkiej historii w stylu Jasone’a Bourne’a.

Jednocześnie trudno oderwać od ekranu wzrok. Specom od grafiki udało się bowiem stworzyć bez wątpienia jeden z najbardziej zachwycających wizualnie filmów ostatnich lat. Doskonałe wymieszanie brudnej estetyki, nawiązującej do cyberpunkowego klimatu animacji, z bombardującym zmysły obrazem rozświetlonego miasta sprawia, że efekty specjalne przestają być w tej adaptacji tłem, ale wysuwają się na pierwszy plan, skutecznie wypełniając luki fabularne.

Swoje trzy grosze dorzuca też doświadczona bądź co bądź w odgrywaniu sztucznej inteligencji Scarlett Johansson, której ciężki chód i beznamiętny wyraz twarzy sprawiają, że naprawdę zaczynamy wierzyć, że pod tą skórą kryją się kable i żelazne zawiasy. U jej boku zobaczymy między innymi Juliette Binoche w roli targanej moralnymi rozterkami konstruktorki agentki, a także gwiazdę "Marzycieli" Michaela Pitta i zawsze fantastycznego Takeshi Kitano.

Ostatecznie na filmie nie będziemy się nudzić - sprawdzi się jako solidne kino akcji, któremu uroku dodają sceny sztuk walki przepalane niekończącym się salwom z broni automatycznej, kamuflaż termooptyczny czy walka ze spider-tankiem. Słowem, maszyna Sandersa działa sprawnie i jest dobrze naoliwiona. Nawet, jeśli nie ma w niej ducha.

Napisz do autora: lidia.pustelnik@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...