Tak Wojciech Czuchnowski przyblokował mknącą przez Warszawę kolumnę rządową. Mamy nagranie z tego zdarzenia!

Tak wyglądały wydarzenia w okolicach Placu Unii Lubelskiej w Warszawie, gdzie dziennikarz "Gazety Wyborczej" Wojciech Czuchnowski nie ustąpił mknącej na sygnałach kolumnie rządowej.
Tak wyglądały wydarzenia w okolicach Placu Unii Lubelskiej w Warszawie, gdzie dziennikarz "Gazety Wyborczej" Wojciech Czuchnowski nie ustąpił mknącej na sygnałach kolumnie rządowej. Fot. YouTube.com/Bartek Jablonski
Jednym z tematów dnia w piątek było zajście w okolicach warszawskiego Placu Unii Lubelskiej, którego głównymi bohaterami byli oficjele podróżujący rządową kolumną i dziennikarz "Gazety Wyborczej" Wojciech Czuchnowski, powstrzymujący w swym aucie limuzyny mknące na sygnałach przez Warszawę. W sieci właśnie pojawiło się nagranie, na którym widać, jak przebiegało to zdarzenie.

Jak tłumaczył w rozmowie z naTemat Wojciech Czuchnowski, jego motoryzacyjny opór wobec władzy miał dwie podstawy. Po pierwsze, nie chciał on ryzykować życia i zdrowia własnego oraz innych uczestników ruchu. Kolumna zabezpieczana przez Żandarmerię Wojskową próbowała go bowiem zmusić do ustąpienia jej miejsca poprzez wjazd na ruchliwe skrzyżowanie przy czerwonym świetle.



Po drugie, była to świetna okazja, by choć na chwilę powstrzymać to, co rządzący ostatnio wyprawiają na drogach. – Gdyby na ich miejscu było pogotowie lub policja, to stanąłbym na głowie i nawet zaryzykował ten wjazd na skrzyżowanie przy czerwonym świetle. Jednak w tej sytuacji nie mogłem. Przecież sam opisuję te ekscesy dokonywane samochodami BOR i MON ze słynnym panem Kazimierzem za kierownicą. Uznałem więc, że to jest kolejne takie przegięcie i nie będę ryzykował – wyjaśniał dziennikarz.

Dotąd całą tę sytuację znaliśmy jednak tylko z opisu Wojciecha Czuchnowskiego i innych świadków. Teraz w sieci pojawiło się nagranie, na którym można zobaczyć, co stało się na skrzyżowaniu przy Placu Unii Lubelskiej w Warszawie:
W rozmowie z naTemat Wojciech Czuchnowski zwracał uwagę, iż kolumna aut MON spieszyła się tak bardzo, że z jednego z pojazdów wyszedł żandarm, który próbował go zmusić do zrobienia miejsca dla przewożonego oficjela. – Powiedział, że mam im zjechać z drogi, ale ja odmówiłem. No i wtedy muszę przyznać, że zachowałem się tak trochę nerwowo... Odpowiedziałem mu, że "Pan Macierewicz niestety musi poczekać". Na co ten żandarm odparł, że w limuzynie nie ma Antoniego Macierewicza. Wyraźnie było jednak widać, że jest mu w tej sytuacji głupio – wspominał.

Napisz do autora: jakub.noch@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...