W latach 90. niedzielne popołudnia należały do "Dr Quinn". TVP odgrzewa kultowy serial i liczy na sentyment widzów

Jak dotąd powstało 6 sezonów (łącznie 150 odcinków) serialu "Dr Quinn".
Jak dotąd powstało 6 sezonów (łącznie 150 odcinków) serialu "Dr Quinn". Fot. Kadr z serialu "Dr Quinn"
Przygotujcie strzelby i kowbojskie kapelusze, obwiążcie twarze chustami i wskoczcie na wiernego rumaka, bo oto telewizja publiczna wpadła na pomysł, by zabrać widzów w sentymentalną podróż wprost do Dzikiego Zachodu. I nie będzie to bynajmniej "Westworld” czy nawet "Deadwood”, ale telewizyjny przebój lat 90. - nieśmiertelna "Dr Quinn”.

Tę historię kojarzy każdy, kto w latach 90. był na tyle duży, by wysiedzieć 45 minut przed telewizorem. Mieszkająca w Bostonie Mike Quinn od zawsze pragnęła być lekarką. W drugiej połowie XIX wieku kobiety nie mogły studiować medycyny, jej jednak, przy wsparciu ojca-naukowca udało się ukończyć szkołę medyczną dla kobiet na Harvardzie. Mike spędziła kilka szczęśliwych lat pracując z ojcem, kiedy jednak ten zmarł, kobieta musiała poszukać nowego sposobu na realizację swojego marzenia o niesieniu pomocy ludziom. Pewnego dnia znalazła w gazecie ogłoszenie o posadzie lekarza w Kolorado. Niewiele myśląc, wysłała zgłoszenie, po czym spakowała walizki i ruszyła w sam środek Dzikiego Zachodu.

Przy okazji opowieści o trudnym w tym czasie zawodzie lekarza, w serialu na pierwszy plan wysuwa się iście feministyczny wątek. Wielu mieszkańcom miasteczka Kolorado Springs, w którym zaczęła pracować Quinn, nie podobało się, że lekarzem jest kobieta. Wierni widzowie śledzili walkę lekarki z wszelkimi przejawami seksizmu i jej próby zdobycia zaufania otoczenia.

Pikanterii tej historii dodawało, że Quinn spotkała na swojej drodze samotnego trapera, niejakiego Byrona Sully’ego, prawdziwego mąciciela kobiecych serc w latach 90, który, podobnie jak ona, okazał się być wzorem wszelkich cnót. Takim, który i dom postawi własnymi rękami, i przemierzy dziki kraj, by uratować córkę z opresji, i na dodatek ma wspaniałego kompana, psa rasy Alaskan Malamute o imieniu Wilk. Czy można było być bardziej "cool”?
Jednak nie romans między Michaelą i Sullym ani nawet krajobrazy wciąż wówczas bardzo odległych Stanów Zjednoczonych, były tym, co przyciągało tysiące widzów przed telewizory w sobotnie i niedzielne popołudnia. Strzałem w dziesiątkę okazała się być różnorodność wątków, o jaką postarali się twórcy, odchodząc od prostej formuły opery mydlanej i z serialu obyczajowego tworząc przegląd wszelkich możliwych problemów społecznych, które u nas dopiero zaczynały być nazywane po imieniu.

Alkoholizm, narkomania, dyskryminacja z uwagi na płeć i rasę, granice tolerancji i uprzedzenia pokutujące w malutkich, wiejskich społecznościach. Tło kulturowe było inne, ale charaktery ludzkie jakby wszędzie takie same. Z postaciami łatwo było się utożsamiać i sympatyzować. W agresywnych latach 90., kiedy nie każdemu udało się rozepchać łokciami na rynku pracy odnieść gospodarczy sukces, naprawdę miło było popatrzeć na prawdziwie szlachetne i bezinteresowne postaci.

Love seeing Sully and Dr. Quinn again. Thanks, Jane Seymour, for sharing this pic. Next time, if you need someone to...

Posted by Tamera Alexander on Tuesday, July 21, 2015
Nie tylko historia Quinn i Sully’ego zaprzątała wówczas głowy licznych telewidzów, równie emocjonująca była ta, która rozegrała się na planie serialu, pomiędzy dwójką głównych bohaterów. — Zawsze podziwiałem Jane Seymour jako aktorkę, ale kiedy spotkałem ją na planie w 1992 roku, szaleńczo się w niej zakochałem — przyznał Joe Lando w wywiadzie dla "Hello Magazine" w 1996 roku. Kiedy wyszło na jaw, że starsza od niego o dekadę Seymour nie jest zainteresowana związkiem i właśnie zaczęła spotykać się z Jamesen Keachem, jej przyszłym mężem, amerykańskie tabloidy zaczęły prześcigać w tworzeniu nagłówków typu "biedny Joe” i "odrzucony przez dr Quinn”.

Joe rzeczywiście musiał czuć się odrzucony, jednak nigdy nie dał tego odczuć Jane. Nawet, kiedy promieniała w swoim małżeństwie z Keachem i urodziła bliźnięta, Joe pozostawał wpierający i przyjacielski. Zresztą praca na planie była trudna dla ich obojga. Kilka lat temu Seymour zdradziła w programie "Where are they now”, że po tym, jak skończyła się jej krótka przygoda z Lando, musiała udawać zakochaną na planie przez 7 kolejnych lat, kiedy realizowany był serial, a to nie było łatwe. — Teraz jest moim najbliższym przyjacielem na świecie — wyznała aktorka.
Seymour dzięki roli dr Quinn zrobiła karierę w Hollywood - grała między innymi u boku Rogera Moore’a w ósmej części opowieści o Jamesie Bondzie, "Żyj i pozwól umrzeć”, niezliczonych produkcjach telewizyjnych. Aktorka, która otrzymała Order Imperium Brytyjskiego i ma na swoim koncie Złoty Glob, wciąż angażuje się w projekty filmowe. Kilka lat temu zagrała między innymi w "Grach małżeńskich” i "W krainie Jane Austen”, a w ubiegłym roku w wyjątkowo źle przyjętej komedii "Pięćdziesiąt twarzy Blacka”.

Joe Lando też próbował swoich sił w licznych projektach filmowych i serialowych, ale już nigdy nie zdobył tak dużej popularności, jak za czasów "Dr Quinn”. Amerykański aktor, który ma włoskich, rosyjskich i polskich przodków i nie bez powodu znalazł się na liście 50. najpiękniejszych ludzi świata magazynu "People” w 1993 roku, po zakończeniu zdjęć do serialu ściął włosy i zaczął rozglądać się za nowymi propozycjami. Wystąpił w serialach "Szkoła przetrwania” i "Poszukiwani”. Grywał też w filmach, ale przede wszystkich będących produkcjami telewizyjnymi, jak "Perfekcyjna Prudence”, gdzie po latach, w 2011 roku, ponownie spotkał się na planie z Jane Seymour.

Choć serial już dawno obrósł kurzem, wielu polskich widzów wciąż ma do niego duży sentyment. Pewnie nie przyciągnie przed ekrany telewizorów takich tłumów, jak mogłyby to uczynić nowsze produkcje, gdyby zdecydowano się na wykupienie do takich praw. Niemniej "Dr Quinn” w wielu z nas przywołuje miłe wspomnienia, kojarzy się z młodością czy nawet dzieciństwem, nawiązuje do tęsknoty za prostym życiem i jakiegoś poczucia utraconych wartości, dzielonego dziś przez dużą cześć polskiego społeczeństwa. I dlatego wciąż budzi tyle emocji.

Napisz do autora: lidia.pustelnik@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...