Gdyby minister Radziwiłł wydał te 3 mln zł z reklamy, urodziłoby się kilkaset dzieci. A tak – jest tylko śmiesznie

Gdyby minister Radziwiłł wydał te pieniądze z sensem, urodziłoby się kilkaset dzieci. A tak – jest tylko śmiesznie
Gdyby minister Radziwiłł wydał te pieniądze z sensem, urodziłoby się kilkaset dzieci. A tak – jest tylko śmiesznie Fot. Dawid Zuchowicz / Agencja Gazeta
Czy musi pan mnie rozśmieszać od rana? – zapytał ginekolog dr Grzegorz Południewski, gdy poprosiłem go o opinię w sprawie szykowanej przez resort zdrowia kampanii na temat płodności. Jej koszt szacowany jest na blisko 3 mln zł, a jednym z jej najistotniejszych elementów ma być strona internetowa, na której znajdzie się e-kalendarzyk małżeński.

Te pieniądze dałoby się spożytkować dużo lepiej – co do tego ginekolodzy nie mają wątpliwości. Jak pisaliśmy, kampania ma ruszyć przed wakacjami, a na planowanej stronie będzie można sprawdzić, kiedy wypadają dni płodne. Ministerstwo tłumaczy, że celem jest zwiększenie świadomości osób w wieku prokreacyjnym na temat niepłodności: przyczyn, sposobów diagnozowania oraz leczenia. Można wątpić, czy wśród metod leczenia niepłodności w kampanii mowa będzie o in vitro – nie jest bowiem tajemnicą, że Konstanty Radziwiłł nie jest jej zwolennikiem.



W to, że kampania dotycząca płodności jest w Polsce potrzebna, nie wątpi dr Grzegorz Południewski. Jednak, jego zdaniem, nie tędy droga. – Nie widzę sensu w tym, aby wydawać pieniądze na promowanie metody, która jest znana od lat 30. ubiegłego wieku. Po pierwsze, ona powinna być znana każdemu z lekcji biologii, a po drugie, takich portali z e-kalendarzykiem są już teraz tysiące – mówi ginekolog w rozmowie z naTemat. I rzeczywiście – jeśli się wpisze w wyszukiwarkę hasło "e-kalendarzyk małżeński" pojawia się bardzo długa lista stron, gdzie można dokładnie wyliczyć dni płodne.
Po co więc tworzyć kolejną taką stronę, ministerialną? Na portal dotyczący prokreacji resort zamierza wydać 750 tys. zł. Dokładając do tego koszt m.in. spotów radiowych i telewizyjnych – jak podał portal politykazdrowotna.com – wychodzi ponad 2 mln 700 tys. zł.

Dr Południewski jest przekonany, że większy pożytek z tych pieniędzy byłby, gdyby ministerstwo zdrowia je przeznaczyło na realne leczenie niepłodności. Na stronach internetowych prywatnych klinik, które oferują leczenie metodą zapłodnienia pozaustrojowego, można znaleźć informacje, że cały koszt in vitro to od 8 tys. zł do 12 tys. zł. Przyjmując tę górną granicę, można policzyć, że za 2 mln 700 tys. zł mogłoby się urodzić 225 dzieci. Jednak zdaniem Grzegorza Południewskiego ta stawka jest zawyżona.
dr Grzegorz Południewski
ginekolog

Przy tych szacunkach należałoby przyjąć sumę 7 tys. zł, bo taka kwota wychodziła przy realizowanym wcześniej programie in vitro. Wówczas okazałoby się, że urodziłoby się niemal 2 razy więcej dzieci.

Rzeczywiście – przy takich szacunkach okazałoby się, że na świat przyszłoby niemal 400 dzieci.
Rządowy program refundacji in vitro wprowadzony przez koalicję PO-PSL funkcjonował od 2013 r. przez 3 lata. Program wygasł w czerwcu 2016 r., rząd PiS go nie kontynuował. Choć nawet ministerstwu kierowanemu przez Konstantego Radziwiłła nie wypadało nie przyznać, iż był to program skuteczny.

Dotychczas dzięki programowi urodziło się 5 tys. 285 dzieci - poinformowało Polską Agencję Prasową Ministerstwo Zdrowia. W sumie wykonano 37,6 tys. transferów zarodka, w wyniku czego klinicznie potwierdzono 11,8 tys. ciąż. Czytaj więcej

rynekzdrowia.pl
Prawie 3 mln zł resort zdrowia mógłby też przeznaczyć na choćby na sfinansowanie znieczuleń zewnątrzoponowych przy co najmniej 6 tysiącach porodów (ich koszt to 400-450 zł). Wiadomo przecież nie od dziś, że teoretycznie powinny być one dostępne, ale jest z tym bardzo różnie.

Innych potrzeb jest też wiele. Niedawno okazało się, że w wycenie świadczeń w ginekologii i położnictwie szykują się ostre cięcia wydatków. Oszczędności mają sięgać nawet 70 proc. Jak pisał portal rynekzdrowia.pl, np. w sytuacji ciężkiej patologii płodu wycena diagnostyki i leczenia miała być obniżona z 3 tys. 300 zł do zaledwie 1 tys. zł! Wobec takich informacji, plan przeznaczenia blisko 3 mln na kampanię z e-kalendarzykiem to dramatyczne kpiny z kobiet.

Napisz do autora: tomasz.lawnicki@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...