40 lat temu zagrodzili sobie teren warty dziś miliony. Bajka o biednych działkowcach i złym deweloperze

Tego deweloper nie pokaże - tarasy apartamentów wychodzić będą na ogródki działkowe.
Tego deweloper nie pokaże - tarasy apartamentów wychodzić będą na ogródki działkowe. materiały dom Development / naTemat.pl
Z widokiem na park i Górkę Szczęśliwicką w Warszawie, do Biedronki można w kapciach pójść, niedaleko jest kawiarnia i sklep z winami. To idealne siedlisko dla nowobogackich. Trudno się dziwić, że kiedy deweloperowi trafiła się atrakcyjna działka, puścił tam apartamenty po 10 tys. zł za metr kwadratowy.

Rosną mury apartamentowca Włodarzewska 30, a na sąsiednich działkach też będzie rosło: tulipany, porzeczki, agrest, pomidory, szczypiorek i jeszcze nie wiadomo co, bo na niektórych działkach chaszcze po pas. Wiadomo jedynie, że kilkoro działkowców póki co nie wypuściło z rąk kluczy do kłódek od swoich ogródków.



– 40 lat temu ogrodziłam sobie te działkę. Tu jeszcze pola były, a nie apartamenty. Mam nadzieję, że będą chcieli się dogadać. Muszą, bo ją stąd nie wyjdę, a starej kobiety chyba nie wyrzucą – zapowiada działkowiczka. Ile liczy za odstępne? – Nie wiem, ale chciałabym chyba na tym skorzystać, po tylu latach chyba mogę? – mówi.
Każdy ze skrawków zagrodzonego terenu jest warty po milionie. To szacunek na podstawie ogłoszeń legalnych ofert w internecie. 500 metrów kwadratowych przy ścianie parku kosztuje nawet 1,3 mln złotych. Odkupić od nich nie można, bo nie są właścicielami. Pogonić nie wypada. Zaraz by aktywiści miejscy krzyczeli, że "chciwi deweloperzy" i ich kumple "urzędnicy łapówkarze" odbierają ludziom "przestrzeń publiczną". Pomysłu na rozwiązanie sytuacji nie ma. Tak wyłonił się typowy warszawski "chałos", czyli skrzyżowanie chaosu z chałą.
Sytuacja przypomina polską komedię pt "Zróbmy sobie wnuka". Pamiętacie? Jej bohater uparł się aby w centrum miasta uprawiać pomidory i odprawiał kolejnych chętnych na zakup ziemi. Wreszcie zostaje otoczony przez bloki i sklepy. Podobnie jest i tutaj. Deweloper Dom Development odgrodził inwestycje od działki ogrodniczej płytą wiórową i leci na sześć pięter w górę. W prospektach i galeriach dotyczących inwestycji stara się nie uwydatniać mankamentu. Obok jest jeszcze apartamentowiec z cenami 12 tys. za m2. Ale tam inwestorowi udało się wcisnąć między działki a park. Zadowolony, bo tarasy nie wychodzą więc na działkowe ogródki, które są czasami wątpliwą atrakcją wizualną.
– To, co mogliśmy kupić od właściciela, kupiliśmy. Sąsiedztwo to teren o nieuregulowanym statusie prawnym. Okolica Parku Szczęśliwickiego to atrakcyjny teren, dobry i modny adres stolicy. Ta część dzielnicy oferuje korzystne ceny mieszkań i szybko się teraz rozwija. Niestety bałagan w okolicy jest spory – usłyszeliśmy w biurze Dom Development.

Monika Beuth-Lutyk, rzecznik prasowy urzędu dzielnicy Ochota: – Wiemy, że te działki zostały przejęte samowolnie przez działkowiczów. Wezwiemy ich do opuszczenia terenu. W tym miejscu planowany jest kolektor ściekowy dla Szczęśliwic. Czekamy z tą inwestycją właśnie przez to nieporozumienie.

Pytamy jeszcze architekta, eksperta od planów rozwoju miast. Zgodził się na wypowiedź anonimowo, żeby go nie hejtowali miejscy działacze. Tak widzi sprawę: – W Warszawie jest ponad 150 ogrodów działkowych. To ponad tysiąc hektarów często w centrach dzielnic Warszawy. Gdyby dać szansę gospodarowania ziemią samorządom, to w tych miejscach powstałyby parki, lokale komunalne, publiczne żłobki i przedszkola. Czyli miejsca do wykorzystania dla dobra wszystkich, nie tylko działkowców i ich rodzin – ocenia.

Dodaje, że gdyby w Warszawie zrobiono porządek z ogródkami działkowymi i terenami objętymi roszczeniami, nie musiałyby powstawać osiedla na tak odległych peryferiach jak Białołęka, Wawer, zachodnie granice Bemowa czy zabudowywane tereny zalewowe za Wisłą. – Miasto, zamiast pączkować w rożnych kierunkach, mogłoby być bardziej zwarte. A to oznacza z niższe kosztami komunikacji, krótszym dojazd do pracy, tańszą infrastrukturę – dodaje urbanista

Co ciekawe, na tak odważny krok jak "ścieśnienie miasta" odważył się burmistrz Detroit. To miasto zostało szczególnie sponiewierane przez kryzys finansowy sprzed 9 lat. Splajtowało kilka dużych zakładów przemysłowych, ludzi wyprowadzili się za pracą do innych stanów. Burmistrz poprosił mieszkańców o zajęcie wolnych mieszkań bliżej centrum, a na obrzeża wysłał buldożery.
POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...