Ile to jest dużo? Jest nowy punkt odniesienia – każdy polityk w tym kraju powiedziałby, że tyle, co dostaje Misiewicz

Służbowe auto, porządna pensja – tak to można żyć.
Służbowe auto, porządna pensja – tak to można żyć. Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta
Od rana nikt już nie mówi o Smoleńsku, bo okazało się, że Bartłomiej Misiewicz w nowym miejscu pracy zarabia tyle, ile wielu z nas nie jest w stanie zarobić przez cały rok. Nieźle jak na 27-latka bez studiów. Sprawdzamy, kto może pozazdrościć współczesnej reinkarnacji Nikodema Dyzmy.

Przypomnijmy, że pupil Antoniego Macierewicza według ustaleń "Rzeczpospolitej" (te same informacje publikuje dzisiaj "Fakt") dołączył do szefostwa Polskiej Grupy Zbrojeniowej. Jest tam pełnomocnikiem zarządu do spraw komunikacji. To drugie podejście Misiewicza do pracy w tej spółce i tym razem znacznie bardziej szczęśliwe. Wcześniej bowiem trafił do rady nadzorczej, ale nie miał do tego zadania kompetencji – czyt. wykształcenia (specjalnie dla niego zmieniono wtedy statut). Teraz już takiego problemu nie będzie.
Niemniej jednak, jak twierdzą dwa dzienniki, Antoni Macierewicz jego kwalifikacje wycenił wysoko – Misiewicz co miesiąc miałby dostawać od PGZ okrągłą sumkę – 50 tysięcy złotych (plus oczywiście służbowy samochód). Co prawda Polska Grupa Zbrojeniowa szybko zaczęła dementować tę informację, ale... jednocześnie nie powiedziała, ile naprawdę zarabia Misiewicz. Sam Misiewicz także te ustalenia nazywa bzdurą, ale tak samo nie chwali się, ile naprawdę zarabia.
Macierewiczowi pieniądze chyba szczęścia nie dają
Gdyby prasowe doniesienia były prawdą, to okazałoby się, że "minister wojny" dał Bartłomiejowi Misiewiczowi znacznie lepiej płatną posadę niż jego własna. Ministrowie w polskim rządzie zarabiają bowiem około 12,5 tysiąca brutto. Około, bo do tego dochodzi dodatek stażowy, ale to tak małe pieniądze, że Misiewicz by się po nie nie schylił.



Tak więc od swojego mentora Misiewicz zarabiałby czterokrotnie więcej. To może chociaż lepiej się żyje premierowi? Pudło – Beata Szydło może liczyć na około 15 tys. brutto bez skromnego dodatku stażowego. A jak jest z szeregowymi posłami? Wśród których, przypomnijmy, kryje się naczelnik państwa, który za swoją pracę nie pobiera dodatkowego wynagrodzenia?

W skrócie: bieda. Szeregowy poseł co miesiąc otrzymuje niecałe 10 tys. brutto. Do tego dochodzi dieta poselska (2,5 tysiąca brutto) i ryczałt na prowadzenie biura (12,5 tysiąca brutto), ale to nie są pieniądze na prywatne cele.
Nic dziwnego, że generałowie mu salutują
Misiewicz w Polskiej Grupie Zbrojnej, według doniesień prasowych, dostałby także takie pieniądze, których mogą mu zazdrościć polscy wojskowi. Jak zauważył były szef MON Tomasz Siemoniak, Misiewicz co miesiąc zgarniałby tyle, ile szef sztabu generalnego, dowódca generalny i dowódca operacyjny… razem wzięci.
Sprawdzamy: szef sztabu generalnego w polskiej armii co miesiąc otrzymuje niecałe 15 tysięcy brutto uposażenia zasadnego. Dowódcy poszczególnych rodzajów sił zbrojnych (np. powietrznych czy lądowych) otrzymują nieco ponad 12,5 tysiąca. Dowódca pełniący inne obowiązki niż dowódcze może liczyć na 12 tysięcy. Korpus oficerski kończy się na majorze, który zarabia "marne" 4,5 tysiąca. O szeregowych nawet nie ma co wspominać.

Powiedzmy sobie wprost – w MON zarabiał grosze
Swoją drogą, z perspektywy wygodnego stołka w Polskiej Grupie Zbrojeniowej Misiewicz pewnie będzie się zastanawiać, co tak długo robił w resorcie obrony. Bo w MON zarabiał marnie – choć pewnie nie zgodzi się z tym żaden inny polski 27-latek bez studiów.

Jako rzecznik MON Misiewicz pobierał wynagrodzenie zasadnicze w wysokości nieco ponad 6 tys. zł brutto, a do tego dodatek funkcyjny (ok. 1800 zł) i dodatek specjalny (ponad 4 tys. zł). Razem mamy więc 12 tys. zł.

Zwykli ludzie tylko mogą westchnąć
Jak na takie zarobki zareagują "śmiertelnicy? Dla wielu Polaków taka pensja jest nie do wyobrażenia. Jeszcze w lutym, kiedy Misiewiczowi zaczęło się palić pod nogami (co w sumie w kontekście dzisiejszych informacji nie jest prawdą), Tomasz Molga w naTemat szukał dla byłego już rzecznika MON "godnej, pouczającej i wartościowej pracy".

Misiewicz znalazł sobie inne godne zajęcie, ale przypomnijmy, ile zarabia się w takich miejscach. Na pierwszy ogień poszła kasa w dyskontach. Kasjer może liczyć na 2550-3300 zł brutto na początku pracy w Lidlu, ewentualnie 2300-2600 zł w Biedronce.

Jako rzecznik MON Misiewicz chętnie podjeżdżał także – oczywiście służbową limuzyną – pod restauracje McDonald's. W takim miejscu bez wykształcenia (słowo klucz) można dostać pracę w okienku drive in. Płaca zbliżona do minimalnej. Ta od stycznia wynosi 2000 zł brutto, więc przeciętny pracownik takiego okienka na pensję Misiewicza pracowałby dokładnie 25 miesięcy.

A pamiętacie burzę, którą wywołała prof. Magdalena Gersdorf? Pierwsza prezes Sądu Najwyższego uznała, że za 10 tys. brutto można dobrze żyć tylko na prowincji. Z tymi słowami pewnie zgodziłby się Misiewicz, ale przy tamtej okazji sprawdziliśmy, ile chcą zarabiać normalni Polacy. Oczywiście nikt nie zbliżył się nawet do dziesięciu tysięcy, nie mówiąc o pięciokrotności, którą podobno otrzymuje nowy pełnomocnik zarządu PGZ do spraw komunikacji.

Ośmiorniczki na co dzień
Tak przy okazji – 50 tysięcy brutto to mniej więcej 35 tysięcy netto. Za te pieniądze Misiewicz mógłby więc zrezygnować ze wspomnianego wyżej McDonald's. Mógłby sobie np. pozwolić właściwie codziennie na kolację dla dwóch osób, którą oczywiście by opłacał. A jaką kolację? Oczywiście ekskluzywną.
Na przykład słynne ośmiorniczki. Jeden z symboli afery podsłuchowej, w restauracji Sowa i Przyjaciele jedli je Radosław Sikorski oraz Jacek Rostowski. Kosztowało ich to według "Faktu" 1352 złote. Gdyby jeść taki posiłek codziennie, kosztowałoby to w trakcie 30-dniowego miesiąca około 40 tysięcy. Kilka razy więc wystarczy samemu ugotować i praktycznie mieścimy się w budżecie.

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...