Obiecują podwyżkę 750 zł dla pracujących, ale wykończą ludzi na działalności. Pomysł posła PiS i sojuszników

Miało być 750 zł podwyżki dla średnio-zarabiających na etacie,  ale pomysł rujnuje tych na działalności.
Miało być 750 zł podwyżki dla średnio-zarabiających na etacie, ale pomysł rujnuje tych na działalności. Fot. Paweł Malecki / Agencja Gazeta
To miała być rewolucja w podatkach: obniżka kosztów pracy odczuwalna w kieszeni pracujących na etacie jako kilkaset, a nawet ponad 1000 złotych podwyżki "na rękę". Dla przedsiębiorców samo dobre: likwidacja PIT, ZUS i składki NFZ w zamian za opłatę za korzystanie ze świadczeń. Dla spółek podatek obrotowy, prostszy w rozliczeniu i łatwiejszy do wyegzekwowania przez państwo.

Poseł PiS Adam Abramowicz mógł opowiadać w wywiadach, także w naTemat, jak to będzie dobrze, kiedy uda się przepchnąć jego pomysł przez Sejm. Przy jednoczesnym uproszczeniu systemu podatkowego Polacy zaczęliby się bogacić, pensjami doganiać bogate kraje UE. Jego podatkowi sojusznicy z Centrum im. Adama Smitha, a także Związku Przedsiębiorców i Pracodawców popierali go, robiąc szum w mediach społecznościowych.



Tyle gadania, bo po raz pierwszy autorzy podatkowej rewolucji musieli pokazać papiery, a w nich konkrety: założenia, planowane skutki, stawki podatków i innych opłat. W Sejmie zaplanowano trzygodzinną debatę na ten temat. No i się sypnęło. Dziś rano pomysł został doszczętnie ośmieszony przez Radosława Piekarza, doradcę podatkowego.
Dowiadujemy się, że podatek przychodowy od jednoosobowej działalności gospodarczej wynosiłby od 3 do nawet 15 proc. Płatny od całości obrotów osiąganych przez przedsiębiorcę, czyli bez możliwości odliczenia kosztów działalności (wydatki samochód, koszt narzędzi pracy, telefonu, najmu biura itd). Dodatkowo przedsiębiorcy płaciliby ryczałt za "dostęp do publicznych usług" - leczenia oraz ubezpieczenia społecznego. Autorzy piszą, że taki ryczałt mógłby wynieść 550 zł, a wyliczyli go na danych sprzed... 4 lat.

W praktyce tak liczone podatki uderzałyby w grupę przedsiębiorców, którzy mają przychody wyższe niż 5-6 tys. złotych miesięcznie. Dziś ich koszt działalności to stały ryczałt ZUS 1170 zł, a potem najczęściej 19 procentowy podatek dochodowy. Płatny po odliczeniach kosztów uzyskania przychodu.

"Pięciostysięczniacy" to ci, o których Henryk Kowalczyk mówił, że nic się nie stanie jak bogacze zapłacą trochę wiecej. Aż nie do wiary, że koalicjanci na rzecz sprawiedliwych podatków uderzają w ten sam ton.

Podatek obrotowy
Podatek liczony od obrotu jest może i prosty, ale jest z nim podstawowy problem - Bruksela. Komisja Europejska nie akceptuje nowych podatków działających podobnie jak VAT, czyli liczonych jako procent od wartości obrotu, a obciążających nabywcę końcowego. Właśnie na tym wyłożył się inny guru ekonomii i autor polityki gospodarczej rządu Henryk Kowalczyk. Nie udało mu się wprowadzić podatku handlowego.

Stawka podatku obrotowego zależałaby od rodzaju działalności gospodarczej. – To będzie dopiero tax planning fiesta. Za PRL też tak było, na przykład osobna stawka na spływ Dunajcem – komentuje doradca podatkowy Przemysław Antas.
Uzasadnienie: profesorowi przestawił się przecinek
Im więcej szczegółów się ukazywało, tym bardziej autorzy zapowiadanej rewolucji podatkowej brnęli w manowce, amatorszczyznę i obciach. Uzasadniając przejście na podatek obrotowy w przypadku spółek, piszą tak: "szacuje się, że w Polsce międzynarodowe holdingi nie płacą 46 mld zł podatku przez optymalizacje". To szacunki skali przekrętów podawane przez prof. Dominika Gajewskiego z SGH. Tyle że jego słynne już tezy podatkowe w światku ekonomistów i podatkowców funkcjonują jak dowody na zamach w Smoleńsku. Część osób wierzy, przeczuwając, że coś może być na rzeczy (przeczytajcie o nagrodzie frajera dla polskiego prezesa), ale nikt owych korporacji nie złapał za rękę.

Profesor nie upublicznił swojego "raportu", ani nie przedstawił modelu wyliczeń. Irena Ożóg, była wiceminister finansów twierdzi, że profesorowi pomylił się przecinek. Skala podatkowych przekrętów w podatku dochodowym to 4,6 mld złotych. Autorowi nie wypada jednak wybrnąć z pomyłki, bo już udzielał wywiadów, jak to korporacje napluły jemu, Polakowi, w twarz.

A teraz pomyślicie dokładnie to, co poseł Adam Abramowicz. Radosław Piekarz i jego kompani grillujący pomysł rewolucji podatkowej to przecież doradcy podatkowi. Pisza tak, bo gdyby podatki były proste, straciliby robotę życia. Albo musiałby wypełniać zeznania PIT po 50 zł za sztukę. Może i tak, ale po tym jak przenicowali akapity projektu, nikt nie odpowiedział im ani jednym rzeczowym argumentem. Tak więc na kilka godzin przed sejmową debatą było już wiadomo – nic z tego nie wyjdzie.
POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...