Wysłuchała nagrania z politykiem PiS-u, który znęcał się nad żoną. "Tak, jakbym słuchała scen z mojego życia"

Anna zaczęła nagrywać sceny agresji partnera wobec niej. Są dowodem nie tylko przeciw oprawcy, ale też sprzeciwem wobec tolerowania przemocy wobec kobiet. Wielu znajomych Anny odwróciło się od niej. (Zdjęcie ilustracyjne)
Anna zaczęła nagrywać sceny agresji partnera wobec niej. Są dowodem nie tylko przeciw oprawcy, ale też sprzeciwem wobec tolerowania przemocy wobec kobiet. Wielu znajomych Anny odwróciło się od niej. (Zdjęcie ilustracyjne) Fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta
Sprawą Karoliny Piaseckiej, żony byłego radnego PiS żyje dziś cała Polska. Ale te nagrania to tylko wierzchołek góry lodowej. Podobnych spraw są tysiące. Odezwała się do nas Anna, która przeżyła podobną traumę. Opowiedziała nam swoją historię, bo poruszyło ją nagranie scen przemocy radnego z PiS wobec żony: – Przeżyłam swój dramat na nowo.

Lampka się nie włączyła
– On wiedział, jak bić, aby nie było śladów – wspomina Anna (imię zmienione – przyp.red), jest wykształconą 40-latką i prowadzi własną firmę. W naTemat przeczytała historię żony radnego PiS z Bydgoszczy. Jej dramatem żyła cała Polska. Anną wstrząsnęło nagranie przemocy, które ujawniła Karolina Piasecka. Anna też nagrywała. O swoim byłym partnerze mówi "on". Nie jest w stanie wymawiać spokojnie jego imienia. Poznała go przed 15 laty. – Byłam świeżo po rozwodzie. Rozstałam się z mężem, bo był skupiony na karierze, a ja chciałam mieć dzieci, założyć rodzinę. No i "on" ujął mnie. Wesoły, czarujący i podobnie jak ja chciał dzieci – opowiada. Anna przyznaje, że "lampka ostrzegawcza" nie zapaliła się, nawet gdy widziała, jak "on" traktuje swoją matkę. – Usprawiedliwiałam, że tak odreagowuje krzywdy. W dzieciństwie doznał w domu przemocy. Myślałam, że jak otoczę go miłością, nawet zrekompensuje mu te deficyty, to on się zmieni – dodaje.



Oprawca, który się wiecznie boi
Szybko zaszła w ciążę. Wkrótce w drugą. Anna dużą część swojej pracy wykonywała w domu. – I to było mu na rękę. Mógł mnie cały czas kontrolować. Tego typu osoby, gdy nie mogą kontrolować, tracą poczucie bezpieczeństwa. Czują się zagrożone, wówczas reagują agresją – Anna wyjaśnia obłędny mechanizm. Dlatego "on" często wydzwaniał do jej pracy. Anna musiała natychmiast odebrać. Nie mogła też spóźnić się do domu. – Gdy wiedziałam, że nie zdążę, to zastanawiałam się, jaki mebel porąbie, albo którą bluzkę mi potnie – przyznaje. Wyzwiska? Były na porządku dziennym. – Codziennie przechodziłam jakiś test zachowania. Coś zrobić, wykonać, zachować się jakoś. Nie chodziło w nich, abym sprostała, tylko aby miał powód do agresji. A wtedy sceny jak na tym nagraniu. Słyszałam tam siebie – przyznaje Anna.

Matka zauważyła sińce
"On" długo powstrzymywał się od bicia. Potrafił zadać ból bez śladów, wykręcając ręce, czy przyduszając całym ciałem do ściany. W listopadzie 2011 poniosło go. Pretekstem było jej zdjęcie z koleżankami z wyjazdu, w tle stali barmani. – Zaczął mnie dusić. Myślałam, że to już koniec – opowiada. Następnego dnia poszła do mamy i ona zauważyła siniaki. Dopiero bliscy przekonali Annę, żeby poszła na obdukcję, a potem na policję. Wyprowadziła się z mieszkania. – I wtedy dopiero się zaczęło – wyznaje. Miała cały kalejdoskop zachowań, od przepraszania, obiecywania, że pójdzie na terapię, po groźby. Chciał zmusić ją do powrotu. Na klatce schodowej rozwiesił jej nagie zdjęcia. Podobne wysyłał do jej klientów. Przebite opony w aucie, czy uszkodzone zamki to niemal codzienność. Nękał ją SMS-ami. Nachodził pod pretekstem zobaczenia córek. Po kilku miesiącach... – Uległam i wycofałam oskarżenie. To najgłupsze i najgorsze, co może zrobić kobieta. Staje się wtedy niewiarygodna dla policji, prokuratorów czy sędziego – przyznaje. Usprawiedliwia się. Tłumaczy, że uległa strachowi. Kończyły się jej też pieniądze na wynajem mieszkania. Wkrótce nie miałaby gdzie się podziać z córkami, a wtedy... – Sparaliżowały mnie słowa sędzi, że mamy się dogadać, bo jak nie, to ona umieści dzieci w ośrodku – dodaje.

Zaplanowała ucieczkę od oprawcy
Powrót nic nie zmienił. Po kilku tygodniach sytuacja wróciła smutnej do normy. Szukała ratunku w lekach psychotropowych. – One tylko mnie otępiały. Niczego nie leczyły – przyznaje po latach. Kolejną ucieczkę z domu i oprawcy starannie zaplanowała. W 2013... – Po cichu zgromadziłam pieniądze. Nie przyznawałam się "mu”, że mam środki. Kupiłam mieszkanie i się wyprowadziłam. "On" zresztą sądził, że nie zdobędę się na ten krok – wspomina. – Spakowałam się z córkami i wyniosłyśmy się – opowiada. Popełniła jednak błąd, wbrew radom, ujawniła mu, gdzie mieszka.

Ofiara kojarzy się przecież z patologią

Wówczas jej siostra poradziła zwrócić się o pomoc do ośrodka "Niebieskiej Linii" na Korotyńskiego 13. – Trudno było mi się przyznać przed sobą, że jestem ofiara. To przecież powszechnie kojarzy się z patologią. Tam uzyskałam pomoc psychologów, specjalistów od przemocy. – tłumaczy. Uprzedza i radzi kobietom, że taki pierwszy lepszy psycholog z reklamy na bloku niewiele może pomóc osobom, które doznają przemocy. Co ciekawe "Niebieska Linia" jest instytucją, której politycy Prawa i Sprawiedliwości obcięli fundusze. Na wieść o zagrożeniu zamknięciem zdalnej pomocy "Niebieskiej Linii" z pomocą ruszyli zwykli darczyńcy i Avon. – Pewnie już do końca życia będę korzystała z pomocy psychologów i psychiatrów. Moje córki też – dodaje Anna. Zwłaszcza że batalia Anny wciąż trwa.

Trzeba trafić na zrozumienie
Zawsze ze strachem schodzi do garażu. Nie raz już zaczaił się w ciemnościach. – Odrąbię ci głowę – straszył i przyduszał do ściany. Boi się, bo nigdy nie wie, jak daleko "on" się posunie. Tłumaczy, że raz usiłował potracić jej matkę. To z zemsty, że namawiała córkę, aby od niego odeszła. – W Wielkanoc przeżyłam ciężkie chwile. Córki były z wizytą u niego. Miały wrócić na święta. Tymczasem nie wróciły. Mijały godziny, a "on" nie odbierał telefonu. Do córek tez nie mogłam się dodzwonić. Odebrał im komórki.

Podstawą w takiej sytuacji je dobry prawnik, a zdaniem Anny o takiego trudno. Trzeba mieść dużo szczęścia, aby trafić na adwokata, który siedzi w działce przemocowej. – Który po prostu się przejmie – opowiada, bo bez tego trudno walczyć nie tylko z oprawcą, ale nierzadko niechęcią systemu sprawiedliwości...

Filmy, po których traci się znajomych
Anna, podobnie, jak żona radnego za PiS zaczęła nagrywać sceny przemocy. Skarży się, że wiele zgłoszeń prokuratorzy umarzają, bo brakuje świadków, albo nie ma monitoringu. – Z reguły wygrywam sprawy, na których sąd pozwala odtworzyć nagrania – tłumaczy. Chociaż czasem trudno opanować emocje i aby wyciągnąć komórkę. – Siedziałam u kosmetyczki, a "on" podjechał, wysiadł i zaczął niszczyć mój samochód. Nie myślałam o nagrywaniu – opowiada. I co ciekawe wiele ze znajomych po ujawnieniu nagrań zrywa kontakt. Nagrania są niewygodną prawdą... – Wiele osób doskonale wiedziało, co działo się u mnie w czterech ścianach. Lubią udzielać rad, ale kiedy sprawa ich nie dotyczy, już się wycofują. Nie raz prosiłam nie raz, aby zeznawali. Na sto osób, 95 wycofuje się. Niektórzy się boją, a inni przymykają oczy. Bo wciąż panuje przekonanie, że sprawy rodzinne załatwia się w czterech ścianach – z żalem wyznaje.

W mieszkaniu Anny jest regał tylko z segregatorami spraw i batalii, które toczyła z byłym partnerem. W tym tygodniu zakończyła się sprawa gróźb wobec jej matki. "On" został skazany na trzy miesiące w zawieszeniu. Anna przygotowuje kolejne pisma. Tym razem za rozpowszechnianie jej wizerunku. – "On" rozsyłał nasze intymne zdjęcia. Przede mną długa droga, ale były partner coraz bardziej widzi, że nie ustępuję. Tylko w ten sposób należy postępować z takimi osobami – przekonuje Anna.
POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...