Narzeczona lekarza rezydenta ma dość. Nie wie, czy starczy jej sił na walkę o tę miłość. System niszczy ludzi

Lekarzom rezydentom dokuczają nie tylko niskie zarobki...
Lekarzom rezydentom dokuczają nie tylko niskie zarobki... Fot. Przemek Wierzchowski / Agencja Gazeta
Nie ma ich ciągle w domu. O wolnym długim weekendzie mogą zapomnieć. Święta też nie są dla nich. Ktoś wie, jak to jest ubierać choinkę po świętach? A może ktoś z was chce mieć drugą połówkę, która nigdy nie odbiera telefonu i nie odpisuje na smsy? Myślicie, że tacy młodzi ludzie nie istnieją, albo są pracoholikami z "korpo". Istnieją, mało tego, próbują układać sobie życie, ale jest to bardzo trudne. Tak żyją młodzi lekarze rezydenci i ich bliscy.

O tym, że lekarze rezydenci, czyli lekarze z pełnym prawem wykonywania zawodu w trakcie specjalizacji, zarabiają bardzo słabo słyszymy już od lat. Kolejna ekipa rządząca nie robi nic w tej sprawie, mimo że młodzi lekarze masowo decydują się na emigrację zarobkową lub ledwo wiążą koniec końcem, a dorabiając podupadają na zdrowiu i rujnują sobie życie osobiste.



Czy warto?
Wielu już pyta, czy warto to wszystko znosić tylko po to, by pracować w wymarzonym zawodzie. Pensja lekarza rezydenta waha się od 2200 do 2570 zł netto w zależności od tego, czy lekarz wybrał specjalizację zwykłą czy deficytową.

Jednak to nie o zarobkach lekarzy rezydentów pisze do nas narzeczona jednego z nich, a o tym, że nie wie, czy wystarczy jej sił…

Nie odbierze, nie odpisze
– Mam dość. Coraz głośniej mówi się o tym, że rezydenci mają ciężko, że ich praca jest niedoceniana. Niestety na płaszczyźnie zawodowej się nie kończy. Życie z lekarzem rezydentem też jest bardzo ciężkie – pisze w liście do naTemat narzeczona młodego lekarza rezydenta (prosi, by nie podawać jej personaliów).
Narzeczona lekarza rezydenta

Sama spędziłam wigilię, sylwestra, niedzielę wielkanocną, moje urodziny. Sama spędzę też majówkę. Dyżury w dni, które każdy chce spędzić z bliskimi, dostają rezydenci - najmłodsi, niemający nic do powiedzenia. Sama od początku do końca organizuję nasz ślub i wesele, które mają odbyć się za kilka miesięcy. Tylko powoli brakuje mi już sił. Zwłaszcza kiedy myślę o przyszłości. O rodzinie, którą chcemy powiększyć…

Jasne, mam swoje życie, hobby, pracę i przyjaciół. Ale życie nie ma sensu, kiedy radości i smutków dnia codziennego nie możesz dzielić z ukochaną osobą. Kiedy nie możesz w ciągu dnia zadzwonić i o czymś opowiedzieć, zapytać o radę, bo wiesz że druga strona nie odbierze i nie oddzwoni.

Ciężko było na studiach, kiedy przez 6 lat nauka była ponad randkami. Potem przygotowania do egzaminu LEK, więc nawet wyjazd na wakacje okazywał się stratą czasu. Teraz już nie mam cierpliwości, dlatego nie wierzę w pocieszenia, że po skończeniu rezydentury będzie lepiej. Kto wie, co będzie za kilka lat? Młodzi, pełni sił i życia jesteśmy teraz. A to życie przecieka nam przez palce. Tak, moje też, mimo że jestem tylko narzeczoną rezydenta. W imię czego? Pracy, w której nikt go nie docenia? Przełożeni, pacjenci, społeczeństwo, system?

Nie chcę współczucia
Na pewno znajdą się osoby, które powiedzą, że najłatwiej się rozstać. Ja uważam, że jak się kogoś kocha, to trzeba walczyć. Tylko boję się na ile wystarczy nam sił.

Nie oczekuję od nikogo współczucia, zrozumienia. Chcę tylko zauważyć, że obecny system rezydentur nie tylko nie pozwala młodym lekarzom spełniać się zawodowo. On niszczy młodych ludzi. Nie tylko lekarzy, ich bliskich też!

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...