Jak zepsuć sobie ślub? 7 prostych sposobów, które sprawią, że nie będziecie chcieli obchodzić rocznic

Jedyny taki dzień w życiu, to znaczy właściwie jaki? 123rf zdjęcie seryjne / Maitree Laipitaksin
Czerwiec to w Polsce najpopularniejszy ślubny miesiąc. Zawarta w jego nazwie litera „R”, mająca być rękojmią szczęsliwego pożycia kusi na równi z pogodą. Są jednak takie rzeczy, które są w stanie koncertowo spartaczyć ten dzień. Nawet, jeśli suknia była ukryta przed oczyma wybranka serca w sejfie sąsiadów, ceremonię planujecie od trzech lat, a panna młoda ma majtki jednocześnie pożyczone i niebieskie, co dubluje ich szczęścionośną moc.

Grata i niegrata

Są takie osoby, których zaproszenie na ślub nęci w sposób szczególny. Stosunek do nich lapidarnie podsumowuje tytuł jednej z polskich komedii romantycznych średnich lotów. I nie chodzi o „Tylko mnie kochaj”, ale raczej o „Ja wam pokażę”.


To byli z gatunku "tych uroczych". Faceci, którzy podejrzanie szybko pocieszyli się po rozstaniu, ale jakimś cudem udało im się odbudować znajomość na stopie koleżeńskiej. Tyle że nieprzyjemny posmak (cappuccino ze skwaśniałego mleka) pozostał.

Wyobrażasz więc sobie ckliwe scenki, w których w seksownej (lub po prostu szykownej) sukni, promieniejąca miłością (która rozświetla lepiej, niż każdy kosmetyk z efektem „glow”) kiwasz mu głową w przelocie. On dębieje. On drży. On zaczyna rozumieć. Bynajmniej nie teorię względności czy suahili. Tylko standardowo, jak to w komedii romantycznej – zaczyna rozumieć ile stracił rzucając cię w odległym 2010 czy tam 2002.

Problem jest jeden. Szanse, że tak to będzie wyglądać, są nikłe. Nie jesteś Wielkim Gatsbym, ani nawet Stanisławem Wokulskim. W kwestii fajerwerków można oczekiwać co najwyżej, że były chłopak przyjdzie niespodziewanie w towarzystwie byłej przyjaciółki.

Nie ma czegoś takiego, jak zadośćuczynienie za niegdysiejsze poczucie odrzucenia. A już na pewno nie ze strony byłego. Może być nim szczęśliwe zakończenie miłosnych perypetii, jakim jest zamążpójście. Bez asysty osób, które budzą w nas koktajl nie do końca pozytywnych emocji.

Płacę – wymagam

Jesteście młodzi i nie macie pokaźnych oszczędności. Co innego rodzice. Lat na karku i zer na koncie pod dostatkiem. Niewinna propozycja współfinansowania wesela rzucona podczas niedzielnego obiadku kusi. Trudno porzucić marzenia o 10-poziomowej czekoladowej fontannie i ręcznie haftowanej sukni ślubnej. Fotobudce i pokazie fajerwerków. Trochę wam głupio, ale już bez przesady, to w końcu rodzice, a 30 tysięcy na zbyciu też jakoś akurat nie macie.

Z wdzięczności zapraszacie mamusię i tatusia do wspólnego oglądania domów weselnych, próbowania potraw i wybierania kwiatów. Znienacka okazuje się, że teściowie nie wyobrażają sobie menu bez rustykalnego kącika mięsnego i uważają, że krój sukni inny, niż klasyczna beza, to jakieś nowomodne wymysły. Mamusi wasze pomysły „łamią serce”, a nad wszystkim unosi się odór niewypowiedzianego na głos zdania – „my płacimy, my decydujemy”.

Ciężko zdobyć się na asertywność, kiedy szanse, że zostanie wzięta za bezczelność są spore. Oczywiście sytuacja nie musi tak wyglądać, ale o tym, kto ma decydujący głos, warto porozmawiać przed przyjęciem szczodrego datku, zanim podzielicie skórę na niedźwiedziu.

Garden party hard

O przyjęciu pod rozłożystym drzewem i w świetle lampionów zaczęłaś marzyć jeszcze w podstawówce, po obejrzeniu pierwszej części „Władcy pierścieni”. Początkowo chciałaś urządzić 15. urodziny w stylu Bilbo Bagginsa, ale pomysł rozszedł się po kościach. Mieszkańcy Ursynowa rzadko kiedy dysponują sielskimi poletkami ze stuletnimi dębami i doprowadzonym prądem.

Ta wizja wróciła do ciebie jak bumerang, kiedy powiedziałaś 'tak' jemu i pół karatowemu pierścionkowi. Zaczęłaś przeszukiwać Tumblera, Pinteresta i Instagram w poszukiwaniu inspiracji na perfekcyjne garden party. Każdy szczegół był dopięty na ostatni guzik, w starym parku posadzono nawet kwiaty pod kolor serwet na stołach. Jednego nie zaplanowałaś. Pogody. To, że od dekady 12 sierpnia było powyżej 20 stopni, nie oznacza, że temperatura w dniu twojego wesela nie będzie zgoła listopadowa. Porzucić marzenia o przyjęciu w ogrodzie? Gdzieżby znowu. Lepiej po prostu ubezpieczyć się, wybierając miejsce, gdzie ewentualne przeniesienie imprezy do budynku nie będzie przypominało transferu z gierkowskiego M2 do nowojorskiego penthouse'u.

Rachityczna połowica

Ślub to nic innego, jak próba zaprezentowanie się na każdym kroku z jak najlepszej strony. A że dla większości kobiet chudsza oznacza to samo, co ładniejsza, większość kobiet postanawia, że do dnia zero schudnie. Łudzimy się, że zmiana statusu matrymonialnego pomoże nam pozbyć się kilogramów z którymi żyjemy od lat i że na ślubnym kobiercu staniemy jako zwiewne rusałki. Rozglądając się za idealną suknią popuszczamy wodze wyobraźni.

Przestajemy trzymać się kilku sprawdzonych przez lata chwytów maskujących masywne ramiona czy krótkie nogi. Wiele z odchudzających się przyszłych panien młodych decyduje się na karkołomny krok. Zamówienie sukni ślubnej w swoim wymarzonym rozmiarze przyszłości. Za wszystkie panny młode XS pozostaje nam trzymać kciuki – oby wiara w silną wolę skończyła się dietą kapuścianą 600 kcal, a nie uwiecznionymi na pamiątkowych fotografiach wylewającymi się z gorsetu plecami.

A już tak na poziomie symbolicznym – jeśli od 10 lat nosisz rozmiar L, a twój narzeczony poznał cię, zakochał się w tobie, po czym oświadczył ci się, kiedy miałaś na sobie spodnie w tym właśnie rozmiarze, być może nie ma sensu zawracać sobie głowy dietą ślubną? Na pewno nie ma sensu dostawać zawału przy każdej kolejnej przymiarce zamówionej już kiecki. Idealna suknia, to suknia dobrze dopasowana i wygodna.

Gąski, gąski do domu

Ufność to piękna cecha. Przełamuje lody, buduje kapitał społeczny, jest podstawą idealistycznego poczucia bezpieczeństwa. Tylko, że lepiej praktykować ją kiedy minie ferwor przedślubnych przygotowań. Bo cechą równie piękną, co ufność, jest uczciwość. Tyle że dziwnym trafem liczba osób ufnych nie jest nigdy wprost proporcjonalna do liczby osób uczciwych. Wniosek z tej odrobinę zagmatwanej dywagacji jest jeden – podpisuj umowy, nie ufaj na słowo.

Nie zaszkodzi też zerknąć na klauzule – co się stanie, jeśli kierowca wytłucze po drodze wypożyczone talerze? Firma wyśle natychmiast drugą partię, a może dostaniecie hojne zadośćuczynienie finansowe, ale nie będziecie mieli na czym podać jedzenia? Ślub to poligon testowania planów B i wyjść awaryjnych. Warto mieć dodatkowy zapas alkoholu czy buty na zmianę. Wszystko na piśmie mieć bezwzględnie trzeba. Nawet jeśli cukiernik odpowiedzialny za tort, to znający nas od dziecka pan Edek.

Bierzcie i jedzcie z tego wszyscy

Zaczyna się niewinnie – wiesz, że żadna z twoich przyjaciółek nie darowałaby ci, gdybyś nie poprosiła jej o zostanie świadkową. Kończysz więc z trzema druhnami. Jedziesz wybierać dekoracje sali. Proponujesz zieleń, ale mama krzywi się, że to nieeleganckie i przekonuje cię do czerwieni. Obawiasz się, że sala będzie wyglądała jak na bal z okazji odzyskania niepodległości, ale się godzisz. W końcu narzeczony namawia cię na gościnny występ kapeli death metalowej swojego najlepszego kumpla, a jego matka zaprasza wszystkie stryjeczne wujenki i cioteczne kuzynki powiększając liczbę nakryć na twoim wymarzonym, "kameralnym" weselu do 150.

W Polsce pokutuje przekonanie, że wesele jest imprezą dla rodziny, czymś, co młoda para jest winna innym członkom klanu. Tymczasem przyjęcie towarzyszące zaślubinom powinno być nie obowiązkiem do odbębnienia i slalomem spełniania czyichkolwiek oczekiwań, a imprezą życia. Taką, na której możecie wyglądać jak chcecie, ale też oglądać tylko ludzi, których lubicie i słuchać muzyki, którą uważacie za dobrą, nawet, jeśli nikt miałby się nie podnieść do tańca przez cały wieczór. Para młoda nie jest atrakcją wieczoru ani kolektywem wodzirejskim odpowiadającym za dobre samopoczucie zgromadzonych. To goście powinni sprawiać, że wesele jest niezapomnianą nocą dla nowożeńców, a nie odwrotnie. Nie da się zadowolić wszystkich, więc może nie warto wypruwać sobie flaków próbując?

Śmiertelna powaga

Podobno gdy bardzo czegoś pragniesz, to cały wszechświat działa potajemnie, żeby udało cię się coś osiągnąć. Tak mówi wieszcz. Częściej jest jednak tak, że jeśli bardzo czego pragniesz, to fiksujesz się na tym punkcie, a twoje myśli zaczynają natrętnie krążyć wokół tematu. W końcu tracisz resztki dystansu i zaczynasz wygłaszać hasła pokroju "Herbaciane róże, albo śmierć" lub "Oszaleję, jeśli się rozpada".

Nim się obejrzysz grozisz przyjaciółce, że nie wybaczysz jej, jeśli pojawi się na twoim weselu w różu i awanturujesz się z narzeczonym, który nie chce sesji zdjęciowej w towarzystwie białych chartów. W zasadzie wszystkie ślubne atrakcjo-dekoracje mają w sobie szczyptę tandety, a funkcjonując przez jakiś czas w mikrokosmosie katalogów z bukietami i tortami łatwo stracić kontakt z ziemią. To tylko ślub, jeden dzień od którego nic nie zależy. Taka afirmacja przyda się większości przyszłych panien młodych.

Napisz do autorki: helena.lygas@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...