Bogowie przestali być boscy. Już jest ociekający krwią serial ze znakiem jakości Neila Gaimana "Amerykańscy bogowie"

Neil Gaiman zapowiedział, że 10 odcinków pierwszego sezonu serialu będzie odpowiadać mniej więcej 1/3 długości jego powieści.
Neil Gaiman zapowiedział, że 10 odcinków pierwszego sezonu serialu będzie odpowiadać mniej więcej 1/3 długości jego powieści. Fot. Kadr z serialu "Amerykańscy bogowie"
Bogowie nie umarli, chociaż ich los dużo lepszy od śmierci nie jest - tułają się po świecie zapomniani przez ludzkość, marząc o choć jednym wyznawcy. Nudno nie mają - czasem przydarzy im się jakaś mała krwawa masakra, innym razem lubią dać komuś po mordzie. W końcu mówimy o dzikich fantazjach Neila Gaimana, którego "Amerykańscy bogowie” właśnie mieli premierę na małym ekranie.

Oczekiwania były rozległe jak Bajkał, nadzieje nie zmieściłyby się pod sufitem Grand Central Terminal - nie pamiętam, kiedy ostatnio tak niecierpliwie czekałam na jakiś serial, jak na ekranizację drugiej najlepszej powieści Gaimana (po "Nigdziebądź” oczywiście). Po premierowym odcinku można bez wahania powiedzieć - serial ma potencjał stać się jedną z najbardziej ekscentrycznych produkcji, jakie zdarzy wam się oglądać w telewizji.



Serial telewizji Starz jak dotąd wiernie oddaje fabułę książki. Główny bohater to były więzień o imieniu Cień. W dniu, w którym wychodzi na wolność, na jego drodze staje tajemniczy Pan Wednesday, który proponuje mu pracę. Cień w mgnieniu oka zostaje wciągnięty w wir potyczek między żądnymi krwi i mniej lub bardziej stukniętymi bogami - stawką jest przetrwanie każdego, kto znajduje się w polu rażenia.
Już pierwszy odcinek uwodnia, że w tym serialu nic nie zostanie nam oszczędzone - rytualne wypalanie sobie oczu, iście satanistyczny seks, rozrywanie ciał albo mordobicie do upadłego - do wyboru do koloru. Diaboliczny karnawał dopiero się rozkręca, barokowe przemowy Pana Wendesdaya jeszcze noszą znamiona szczerej troski, a o zmarłej w nieprzyzwoitych okolicznościach żonie Cienia wciąż wiemy niewiele. W pierwszym odcinku fabuła zostaje ledwie zarysowana, a bohaterowie przedstawieni z imienia, ale w na tyle sprytny sposób, że ma się ochotę sprawdzić, co też wydarzy się dalej.

Uwagę zwraca też mocna obsada aktorska, z Ianem McShanem na czele, dla którego rola Pana Wednesdaya wydaje się być stworzona. Jego bohater to typ równie czarujący co odpychający, prawdziwy sybaryta, ale kiedy trzeba, nie widzący problemu w pobrudzeniu sobie wypielęgnowanych rączek. W żonę Cienia wciela się z kolei Emily Browning, aktorka znana między innymi z serialu "Dziewczyny". W pierwszym odcinku poznajemy też sypiącego monetami Szalenego Sweeneya, którego emocjonalne rozchwianie dobrze oddaje Pablo Schreiber ("Vicky Christina Barcelona”, "Orange is the new black”), a także pożeraczkę męskich ciał, Bilquis (Yetide Badaki).
Jak dotąd najbardziej nijako wypada Ricky Whittle, odtwórca roli Cienia. W porównaniu z towarzyszami z dalszego planu zachowuje się dość beznamiętnie, kiedy życie wali mu się na głowę i dziać zaczynają się rzeczy niepojęte. Bo jeśli nie zdołała wywołać na jego twarzy grymasu emocji wieść o śmierci żony i groźba rozerwania na kawałeczki przez ludzi bez twarzy, to co zdoła? Miejmy nadzieję, że aktor kojarzony z serialu "The 100" jeszcze się rozkręci, a póki co uwagę od niego odwraca jego wielobarwne tło.

Jest jeszcze jeden mankament serialu. Dla kogoś, kto zna książkę Gaimana, brak mocnych akcentów fabularnych nie jest problemem - na wyjaśnienie przyjdzie jeszcze pora, tymczasem można rozkoszować się klimatycznymi scenami. Obawiam się jednak, że zabierając się do serialu nie znając choćby zarysu fabuły, po premierowym odcinku wielu może poczuć się zniechęconych, tym bardziej, że pomiędzy wieloma scenami związek przyczynowy jest na razie ukryty. Serial jest niewątpliwie ukłonem w stronę fanów prozy Gaimana, a tym, którym nie jest z nią po drodze, pozostaje zerknąć na Wikipedię bądź uwierzyć na słowo, że w tym szaleństwie jest metoda.
POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...