"Trudno się żyje z cudzą krwią na rękach". Jak plotka niszczy życie ludziom w małych miastach

Plotka w małym mieście potrafi zniszczyć życie. Prawo autorskie: denispc / 123RF Zdjęcie Seryjne
Ksiądz, który nagle zniknął, a rzekomo miał kochankę i mnóstwo pieniędzy; dziewczyna, która nigdy nie znalazła sobie chłopaka, bo w liceum krążyły legendy wokół jej intymnych schorzeń; żyjący w cieniu mężczyzna, którego podobno żona zdradzała na jego oczach... Takich historii znamy na pęczki i mimo że nie mamy pojęcia czy są prawdziwe, powtarzamy je dalej, choćby siedząc na fryzjerskim fotelu. Oto dwie historie, które potwierdzają, że w prawdziwym życiu i tym bardziej w małym mieście zabawa w głuchy telefon przestaje być zabawna.

Obie historie wydarzyły się naprawdę. Imiona bohaterów zostały zmienione.


Mój mąż pedał
- Przyznam, że kiedy się poznaliśmy, sama pomyślałam: "to gej, na pewno" i zdziwiłam się, gdy zdecydowanym gestem na którejś z kaw, na które chodziliśmy po zajęciach, objął mnie jak "prawdziwy facet" – wspomina Joanna. - Wszystko przez jego "miękkie" usposobienie, takie właśnie "gejowskie". Noga na nogę, specyficzna gestykulacja. Jednak wtedy poczułam się jak mała kobietka, a moje wstępne diagnozy w sprawie jego orientacji minęły bezpowrotnie. Wydały mi się strasznie głupie i dziecinne. Nigdy w życiu nie przypuszczałabym, że myślenie takimi kategoriami stanie się w przyszłości moją zmorą.

Joanna i Michał poznali się na studiach w Poznaniu. On kończył medycynę i wybierał się na ginekologię, ona studiowała farmację. - Przekonanie, że Michał jest gejem było powszechne. Jednak ostatecznie nikt nie pytał i nie oceniał, nikomu nie przeszkadzało to, w jaki sposób Michał się zachowuje – wspomina Joanna. - Było nam wszystko jedno kto z kim i dlaczego, byliśmy trochę hipisami, żyliśmy w dużym mieście, śmialiśmy się w głos, kiedy opowiadaliśmy sobie wzajemnie o naszych małomiasteczkowych doświadczeniach z czasów licealnych. Nabraliśmy dystansu, poczuliśmy się od tego wolni. Niestety, do czasu.

Po studiach Joanna i Michał jeszcze kilka lat mieszkali w Poznaniu, pobrali się. - W dużym mieście o wiele trudniej zarobić pieniądze jako lekarz specjalista. W małym prawie nie ma konkurencji, więc przeprowadziliśmy się do mojej rodzinnej miejscowości, by Michał mógł otworzyć swój gabinet – opowiada Joanna. Zawodowo szło im jak po maśle. Michał szybko zdobył renomę i opinię najlepszego ginekologa w mieście. - Było nas stać na nowoczesny sprzęt i własną aptekę, która mieściła się przy gabinecie. Niektóre badania wykonywaliśmy jako jedyni w powiecie, więc zjeżdżały się do nas pacjentki z całej okolicy – tłumaczy Joanna. - Pewnego dnia w kolejce do okienka w aptece, akurat na moim dyżurze, ustawiło się kilka kobiet, pacjentek mojego męża. Rozmawiały o nim, nie zdając sobie sprawy, że jestem jego żoną. Komentowały Michała zachowanie jak nastolatki obgadują swoich młodocianych adoratorów: "ciebie też tak głaskał po dłoni podczas usg? Dziwne. Obleśne! Mówię ci, to pedał" – relacjonuje Joanna.

Nie zareagowała. - Tylko jakoś tak w środku zrobiło mi się trochę głupio i jakby wstyd, z drugiej strony miałam poczucie niesprawiedliwej oceny. Dla świętego spokoju zignorowałam tą sytuację. A to był dopiero wstęp... – dodaje. Właściwie nie wydarzyło się nic spektakularnego. Po prostu, po kilku miesiącach okazało się, że niewinna plotka "ten lekarz to chyba jest gejem" rozeszła się po mieście, zatoczyła koło i wróciła do Joanny na ustach jej sąsiadki, która uprzejmie doniosła, że "tak ludzie gadają". - Uśmiechnęłam się tylko, powiedziałam coś w stylu "no co też pani" i poszłam. Ale nie byłam widocznie zbyt przekonująca... - żali się Joanna.

- Ludzie usłyszeli kilkanaście razy, a może kilkadziesiąt o tym, jakie to Michał wykonuje "gejowskie" gesty, jest łagodny i miły w przeciwieństwie do reszty gruboskórnych lekarzy. Kobiety nie są tu przyzwyczajone do dobrego traktowania i wysokiej kultury osobistej, więc czują się obco. Ludzie podłapali, że nie mamy dzieci i się zaczęło... Nagle sąsiadki zaczęły mnie o Michała wypytywać, gdzie jest i czemu nie ze mną, i co ja taka smutna... W tym czasie też moja siostra rodziła dziecko akurat jak byliśmy na Teneryfie i słyszała jak na ginekologii w naszym miejskim szpitalu ktoś o Michale powiedział "pedałek jest na urlopie". Niby nic wielkiego, bo żadne z nas nie ma uprzedzeń do homoseksualistów, ale wiedzieliśmy, że inni mają. Rozumieliśmy, że "pedał" to obelga, i to taka, która godzi w męskość Michała. Widziałam jak w nim coś gaśnie. Stracił nieco serce do swoich pacjentek i sympatię do tego miasta, a to z kolei sprawiło, że i między nami zaczęło się psuć – opowiada Joanna.

- Co z tego, że wiemy swoje, skoro niemal każda nasza towarzyska sytuacja kręci się wokół dyskretnych mniej lub bardziej, ale zawsze agresywnych szeptów? Dlatego nie spotykamy się z ludźmi, a sami jesteśmy tym wykończeni. Czy można się uodpornić? Myślę, że w pewnym stopniu tak, ale nigdy w stu procentach, a tej zatrutej części nie da się zignorować – dodaje.

Kulminacyjnym momentem dla Joanny była sytuacja, w której Michał został "przyłapany" z kolegą na joggingu. - Setki facetów w tym mieście biega z kumplami, czy tam jeździ na rowerze. Mój mąż szybko się przekonał, że nie może, bo fakt, że wybiega z innym facetem z lasu jest dla ludzi jednoznaczny – opowiada Joanna. - To już był etap traktowania homoseksualnej orientacji Michała jak fakt. Już nikt nie pamiętał, że nie ma na to dowodów, a ci co wątpili, "dowód" dostali – był w lesie z innym, "zdradza ją" – mówili. Dostałam nawet wtedy kilka niewypowiedzianych wprost kondolencyjnych sugestii i spojrzeń. I mimo to postanowiłam w dalszym ciągu nie komentować tych zachowań, to nadal był dla mnie absurd i tylko to stwierdzenie powtarzałam "uprzejmym donosicielkom", które miały odwagę zapytać prosto w oczy – mówi Joanna.

Ówczesną sytuację ich małżeństwa Joanna porównuje do równi pochyłej. Równi, która trwa właściwie do dziś. - Po "dowodzie" w postaci joggingu z kumplem zaczęli wątpić wszyscy. Nawet moja siostra i to było dla mnie za wiele. Kazałam jej iść do diabła, kiedyś jak razem upiłyśmy się na urodzinach jakiejś kuzynki, a ona zapytała czy Michał jeszcze ze mną sypia. Każdy nasz błąd, każdy problem był na celowniku, od razu stawał się dla ludzi dowodem, że "tak, to jednak prawda o tym lekarzu". "Nie komentują, bo wstyd, nie mają dzieci, no bo jak. Nie rozwiodą się, bo nie chcą ludziom pokazać, że to prawda. Jadą gdzieś razem, żeby stwarzać pozory..." - opowiada Joanna.

Joanna do dziś nie rozmawia z siostrą i z nikim, kto na twarzy ma wypisane współczucie i przekonanie, że jest nieszczęśliwą kobietą u boku geja, który traktuje ją jak zasłonę dymną dla swojej plugawej orientacji. - Wie pani co jest najgorsze? Że historia, którą pani opowiedziałam wydarzyła się prawie 20 lat temu, a ta plotka nie umrze nigdy i codziennie skutecznie będzie nam zabierać radość z bycia parą, swobodę i wolność - dodaje gorzko.

Ja, morderczyni
Był jeden z pierwszych naprawdę ciepłych dni w roku. Kasia była już na klatce schodowej w bloku swojej siostry, gdy usłyszała jej przeraźliwy krzyk. Gdy weszła, kobieta stała w otwartym oknie i płakała. - Podbiegłam do niej, spojrzałam w dół i na chodniku zobaczyłam ciało swojego 4-letniego siostrzeńca – tak brzmiały wyjaśnienia, które Kasia złożyła miejscowej policji. Po Olka, bo tak miał na imię chłopiec, który wypadł z okna w mieszkaniu na trzecim piętrze, przyleciał helikopter, zawieźli go prosto do szpitala. - Dobrze wiesz, że takie informacje rozchodzą się po mieście w godzinę. Nie wiadomo jak. Ci co widzieli opowiadają, lokalne portale piszą, ludzie podają sobie te newsy dalej i komentują na Facebooku – opowiada Dorota, kilkunastoletnia sąsiadka rodziny zmarłego chłopca.

- Na klatce schodowej ktoś bezmyślnie palnął coś na zasadzie "a gdzie była matka" i tak rozpoczęło się "cywilne" szukanie winnego – mówi Dorota. - Miałam wtedy 12 lat i nie traktowano mnie serio, więc mogłam sobie siedzieć na schodach i słuchać co gadają. I gadali, że Kaśka już tam była, w tym mieszkaniu, jak Olek wypadł. Ona przychodziła do nich codziennie pilnować małego, bo jego mama chorowała, czy coś takiego. Pamiętam w każdym razie, że w tych rozmowach wina szybko przeniosła się na Kaśkę, choć nikt nie miał żadnego dowodu.

W prasie pojawiły się zdawkowe informacje, policja i lokalni dziennikarze wykazali się olbrzymią dyskrecją. Za to zawrzało na wspomnianej klatce schodowej... Kasia pracowała jako przedszkolanka w tej samej placówce, do której chodził Olek. - Spędzała z nim mnóstwo czasu, razem wychodzili z przedszkola, przychodziła, zostawała na noc, robiła zakupy. Ludzie to widzieli – opowiada mi Dorota. - Byli ze sobą bardzo związani, nawet razem przed blokiem często się z nią bawiłam, i z Olkiem, i chyba to spowodowało, że ludzie potem obarczyli ją odpowiedzialnością za to, co się stało – dodaje.

Oficjalnych oskarżeń nie było. Nie było nawet oskarżenia wypowiedzianego na głos i wprost. Kasia po latach niechętnie wraca do tamtych wydarzeń. - Pewnego dnia w pracy, kilka tygodni po śmierci Olka, jedna z przedszkolanek wzięła mnie na bok. "Powiedz mi tak uczciwie, Olek był wtedy z tobą?" Usłyszałam i zdębiałam – opowiada. - Mówiłam jej, że szłam do nich jak zwykle, że jak przyszłam było po wszystkim. Powiedziałam to samo, co policji. Wierzyła mi, ale dotarło do mnie, że inni wątpią. Nie wiedziałam jak mam się zachować, starałam się być normalna, ale zaczęłam czuć na sobie spojrzenia w każdej prozaicznej sytuacji.

Z biegiem czasu Kasia zaczęła być wyczulona na zachowanie ludzi wokół niej. - Kiedy wychodziliśmy z dzieciakami na dwór, nawet jak była ich trójka, nigdy nie zostawałam z grupą sama, jak to się dotąd zdarzało. Zawsze tak się jakoś musiało ułożyć, że ktoś miał wolne pół godziny i mógł mi potowarzyszyć. Zaczęłam odczuwać brak zaufania niemal na każdym kroku aż w końcu nie wytrzymałam – opowiada. - Zapytałam dyrektorki, która do wypadku traktowała mnie jak koleżankę, a teraz była wyjątkowo oschła, czy naprawdę uważa, że byłam wtedy w tym mieszkaniu. Spojrzała na mnie i powiedziała, że nie wie jak było, ale że każdą ewentualność musi brać pod uwagę. Byłam bezsilna i bezradna, bo poczułam, że na jej miejscu myślałabym tak samo – opowiada Kasia.

W kolejnych tygodniach pracy Kasia starała się jak mogła, dawała z siebie wszystko. W tym czasie mama Olka wyjechała do pracy za granicę. Zniknęła z pola widzenia sąsiadów na dobre. Na placu boju została tylko Kasia, a ludzie ewidentnie potrzebowali wyjaśnienia jak to się stało, że Olek wszedł na parapet i spadł, i nikt go nie zdążył powstrzymać. Nie satysfakcjonowała ich wersja prawdziwa – że jego mama utknęła z bólem na dłużej w toalecie i nie słyszała, że Olek coś kombinuje. - On był bardzo spokojnym dzieckiem, sama bym się po nim nie spodziewała takiego pomysłu – komentuje krótko Kasia. - Przychodziłam do jej mieszkania wietrzyć i podlewać kwiaty. Sąsiedzi odpowiadali "dzień dobry" wyjątkowo niechętnie i wtedy zrozumiałam, że to stąd się wzięły moje problemy – dodaje.

Po kilku miesiącach straciła pracę. To była prywatna placówka, akurat kończyła jej się umowa. - Prawnie nie miałam się do czego przyczepić, ale wiedziałam, że chodzi o to, że wszyscy myślą, że to ja nie dopilnowałam dziecka – mówi Kasia. - Wyprowadziłam się na wieś, wśród ludzi, którzy nie mówią o mnie per "ta, co jej ten chłopiec z okna wyleciał". Ale musiałam zmienić zawód. Trudno szuka się pracy w przedszkolu z krwią dziecka na rękach.

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...