Wybieramy najlepszy samoopalacz z drogerii. Zwycięzca was zaskoczy!

Skoro zima trwa już siódmy miesiąc, a słońca jest jak na lekarstwo, należy nam się jakieś pocieszenie! W tej roli znakomicie sprawdzi się opalenizna z tubki, ale tylko pod warunkiem, że bez przykrego zapachu, zacieków i za rozsądne pieniądze – takie wyzwanie postawiłyśmy sobie w redakcji, zastanawiając się jak przygotować skórę na cieplejsze dni. Ale znaleźć kosmetyk spełniający te warunki i godny polecenia to już trudniejsze zadanie.

Moja opinia o samoopalaczach była od wielu lat niezmienna – samoopalacze opalają na pomarańczowo, plamią, nie najlepiej pachną, brudzą ubrania i w ogóle każdy jest taki sam. Dopiero rok temu przekonałam się, że jednak istnieje wyjątek od tej reguły i jest nią balsam Dove Derma Spa Summer Revived. Na tym się jednak skończyło. Choć gwarantuje on efekt "WOW", to nie jest on natychmiastowy. Przeszukałam więc fora internetowe, porozmawiałam z koleżankami, które używają samoopalaczy i wybrałam kilka produktów, które przetestowałam na własnej skórze, by móc z czystym sumieniem je polecić lub odradzić.



Przez dwa tygodnie smarowałam każdą część ciała innym balsamem, przyklejałam do rąk taśmę malarską, by dokładnie sprawdzić różnice między kolorami wybranych kosmetyków. Nie smarowałam się przy tym niczym innym, by nie pomagać testowanym produktom w nawilżaniu skóry. Niespecjalnie starałam się również przy aplikacji. Wszystko po to, by znaleźć produkt, który poradzi sobie w hardkorowych warunkach najlepiej. A i tak miały ciężko – mam wyjątkowo suchą skórę, kolor schodzi z niej bardzo szybko, więc mój test dość dobrze zobrazował trwałość i właściwości nawilżające poszczególnych produktów. Oto jego wyniki.

Dove, Derma SPA Summer Revived

Swój test postanowiłam rozpocząć od mojego ulubieńca, by po raz kolejny potwierdzić jego znakomitą jakość i wysoko zawiesić poprzeczkę w teście. Dove Derma Spa to popularny, okrzyknięty najlepszym balsam brązującym, dostępny w dwóch odcieniach – do jasnej oraz średniej i ciemnej karnacji. Przetestowałam ten drugi.
Zapach:
Pamiętam, że kiedy kosmetyk ten zaczął robić furorę, na rynku był jednym z pierwszych samoopalaczy, który nie pachniał w charakterystyczny, przykry sposób. To był jeden z czynników, za które pokochały go jego użytkowniczki. Tak jest do dziś, choć sytuacja zapachów samoopalaczy w ogóle bardzo się poprawiła. Dove ma intensywny, lekko kwiatowy zapach, który jak dotąd, jest ewenementem wśród dostępnych na sklepowych półkach produktów. Reszta, choć pachnie ładnie, uderza w tony kakaowe, dość słodkie, co nie każdy lubi (ja tak!).

Aplikacja:
Balsam jest lekki i rzadki, dzięki czemu szybko się wchłania, jednocześnie nie rozlewając się, więc używanie go to czysta przyjemność. Po 2-3 minutach po aplikacji można włożyć ubranie.

Efekt:
Pierwsza aplikacja daje jedynie poświatę opalenizny, a każda kolejna jest niedużym krokiem w kierunku opalonej skóry. Dzięki temu nie da się przesadzić z kolorem, jednak trzeba na niego trochę poczekać (cztery aplikacje dają wyraźny efekt porównywalny z dwiema lub trzema innych samoopalaczy). To, co od zawsze zachwyca mnie w tym kosmetyku to równomierność pokrycia skóry kolorem i równomierne jego ścieranie się. Nie gromadzi się w zgięciach i na łokciach czy kolanach. Kolor schodzi tak samo łagodnie, jak przyjmuje się podczas aplikacji.

Werdykt:
Ten kosmetyk właściwie nie ma wad. Nie trzeba "cackać się" z aplikacją (czego nie lubię najbardziej), ma ładny kolor, nie robi plam. Nadaje się na co dzień. Nie użyłabym go tylko w sytuacji, w której chciałabym być ładnie opalona tego samego dnia wieczorem.

Bielenda, Magic Bronze, nawilżający krem brązujący do ciała oraz brązująca pianka do ciała

Przyznam, że gdy rozpoczynałam test towarzyszyło mi przekonanie, że najprawdopodobniej nie znajdę nic lepszego od opisanego wyżej Derma Spa od Dove. Dlatego do testowania produktów marki Bielenda podeszłam dość sceptycznie, nie dbając o równomierne rozprowadzenie, czy nawilżanie skóry pomiędzy aplikacjami samoopalacza. Bo po co skoro przy Dove nie trzeba się starać, a jest świetnie. Wielkie było moje zaskoczenie, gdy okazało się, że Bielenda w niczym balsamowi Dove nie ustępuje. Ale po kolei.
Zapach:
Balsam ma bardzo przyjemny, dość intensywny, słodki zapach lodów z nutą cynamonu. Z kolei pianka pachnie typowym samoopalaczem, i to niestety dość mocno.

Aplikacja:
Balsam jest gęsty, wyraźnie nawilżający. To powoduje, że trzeba dać mu więcej niż 5 minut na dobre wchłonięcie. Tak jak wspominałam, nie starałam się zbytnio przy aplikacji. Najpierw rozsmarowałam kosmetyk na skórze jak zwykły krem, po czym ruchem dłoni w jednym kierunku "wyrównałam" całość.

Pianka za to wchłania się błyskawicznie i rozsmarowuje bajecznie łatwo. Przykry zapach znika po chwili, nie utrzymując się na skórze.

Efekt:
Testowałam oba kolory pianek i balsamów, i mam jednoznaczny wniosek – intensywność opalenizny w przypadku stosowania kosmetyków do jasnej karnacji niczym nie różni się od tych do karnacji ciemnej. Sam kolor zaś jest naprawdę ładny, widoczny po drugiej aplikacji. Pierwsze zastosowanie daje jedynie lekką poświatę.

Ponadto, zero zacieków, a byłam przekonana, że ich nie uniknę. Balsam jest gęsty więc byłam pewna, że nie rozsmarowałam go dostatecznie równo. Z kolei pianka "weszła" w skórę tak szybko, że obawiałam się, że nie zdążyłam jej dobrze nałożyć. Gdybym jednak "na teraz" potrzebowała równej opalenizny, nie ryzykowałabym użycia balsamu. Choć nie mam zacieków to myślę, że przy tak gęstej formule łatwiej o plamy, niż w przypadku pianki.

Ostatni wniosek – balsam jest trwalszy od pianki. Pianka blednie już na drugi dzień, balsam dzielnie się trzyma. Domyślam się, że ze względu na dobre nawilżenie przy okazji koloryzacji.
Werdykt:
Bielenda nie tylko dorównała, ale i prześcignęła Dove pod względem efektu, jednak za pomocą dwóch produktów – idealne rozwiązanie to według mnie dwie pierwsze aplikacje pianką Bielenda, a każda kolejna balsamem i to nie codziennie, bo samoopalacze mają naprawdę wyraźny kolor. Aplikacja pianki jest łatwiejsza niż w przypadku balsamu Dove, czas wchłaniania jest również krótszy. Balsam Bielenda jako wykończenie daje tak samo przyjemne nawilżenie jak Dove, ale mocniejszy kolor.

W pojedynku balsamów wybieram Dove, bo jestem niecierpliwa i nie dążę do mocnej opalenizny z tubki. Jednak do Bielendy z pewnością wrócę latem, gdy opalę się naturalnie i będę chciała tą opaleniznę zatrzymać na dłużej.

Piankę polecam jeśli chcecie bez obaw o zacieki i brzydki kolor uzyskać opaleniznę naprawdę ekspresowo – jedna warstwa na kilka godzin przed imprezą plus zwykły balsam nawilżający tuż przed i gotowe.

Kolastyna, Luxury Bronze samoopalacz w spray'u

Testu tego samoopalacza nie mogłam się doczekać. To hit najpopularniejszego forum urodowego w sieci – średnia ocen 4,9 na 5. Po lekturze kilkudziesięciu recenzji wychwalających ten produkt pod niebiosa z uwagą śledziłam "jego zachowanie" na skórze z dnia na dzień.
Zapach:
Przepiękny, intensywny, bardzo kakaowy, niesłodki.

Aplikacja:
Niestety przez formę spray'u utrudniona. Pompka działa dość opornie, tylko w pionie i nigdy do góry nogami, więc samodzielna aplikacja samoopalacza na plecach czy tyle ud jest niemal niemożliwa. Rozcierałam więc większą ilość na dłoniach i w ten sposób smarowałam plecy.

Jednak "psikana" forma tego samoopalacza ma też zaletę – o wiele łatwiej jest go równomiernie rozsmarować, trudno przesadzić z ilością zastosowanego kosmetyku, no i wielki plus za ekspresowe wchłanianie. Już po minucie można włożyć ubranie nie obawiając się, że je ubrudzimy.

Efekt:
Rewelacyjny! Równo "opalona" skóra bez plam nawet na kolanach i kostkach. Jedna aplikacja wystarczy, by osiągnąć efekt naturalnej opalenizny w brązowym kolorze o intensywności adekwatnej, powiedzmy, do dwóch ciepłych weekendów na działce. Dwie aplikacje to optimum, trzy to już skóra jak po wakacjach w Grecji. Kosmetyk jest trwały, dopiero po trzech dniach bez poprawiania koloru widać było, że blednie. Schodzi równomiernie, o ile dbacie o nawilżenie skóry.

Werdykt:
Szczerze mówiąc, po przetestowaniu tego samoopalacza byłam tak zachwycona, że aż się zmartwiłam. Zaczęłam się obawiać, że nie uda mi się wybrać najlepszego samoopalacza z drogerii, bo póki co, z ręką na sercu, naprawdę wszystkie są dobre. A ten pokochałam miłością absolutną za zapach, równy, mocny, ładny kolor "na teraz" i szybkość wchłaniania.

Sunozon, Rossmann

Nadszedł czas na jeden z najlepiej ocenianych przez internautki samoopalaczy drogeryjnych. Doskonały stosunek jakości do ceny na najpopularniejszym urodowym forum w sieci oraz fakt, że to produkt rossmannowy (a wiele produktów tej marki sieci jest naprawdę świetnych) skłoniły mnie, by przetestować kosmetyk obok kultowych i markowych.
Zapach:
Do tej pory podczas testu nie było końca moim zachwytom nad stwierdzeniem, że era "śmierdzących" samoopalaczy bezpowrotnie minęła. Aż sięgnęłam po ten... Mówiąc wprost, producent przesadził ze staraniami, by uniknąć typowej dla samoopalaczy woni, przez co krem pachnie, mówiąc eufemistycznie, niesmacznie.

Aplikacja:
Konsystencja lekka, łatwo się rozsmarowuje, wchłanianie w kilka minut. Ale ten zapach... Naprawdę trudno go znieść. Natychmiast po wchłonięciu balsamu, ubrałam "szczelną" bluzę, by nie czuć woni własnej skóry.

Efekt:
Kolor jest w porządku, choć jest najbardziej pomarańczowy ze wszystkich testowanych. Ma natomiast inną poważną wadę – robi zacieki. Nie wiem z jaką precyzją trzeba byłoby go rozsmarowywać, by ich uniknąć – nie udało mi się to nawet na małym kawałku skóry na ręce, gdy robiłam próbnik kolorów. Jest porównywalnie trwały, z pewnością mniej nawilżający, ale za to dość szybko się wchłania. Efekt skóry muśniętej słońcem już po pierwszej aplikacji.
Werdykt:
Podsumowując, zapach i zacieki nie tyle nominują ten produkt do czerwonej kartki, ile go dyskwalifikują.

Lirene, Bronze Collection, brązujący balsam do ciała pod prysznic

Mając już znakomitą część testu za sobą, wiedząc, że wyścig po tytuł najlepszego samoopalacza trwa w kategorii "szybka i łatwa aplikacja bez zacieków", a nie "kolor i trwałość" postanowiłam jako ostatni z testowanych produktów wybrać balsam brązujący pod prysznic marki Lirene. Trzy minuty podczas kąpieli przez kilka dni z rzędu i jesteśmy naturalnie opalone. Co jednak najważniejsze – nakładasz, spłukujesz, wycierasz. Nie musisz czekać aż się wchłonie ani martwić się o zacieki na ubraniach. Po przetestowaniu czterech produktów, które zmuszały mnie do wcierania balsamów po kąpieli, skusiła mnie wizja aplikacji pod prysznicem.
Zapach:
Nuta charakterystycznej dla samoopalaczy woni jest niemal niewyczuwalna. Zapach jest delikatny i przyjemny, jednak nie ma to większego znaczenia, bo po spłukaniu, znika ze skóry wraz z kremem.

Aplikacja:
Teoretycznie banalna – na mokre, umyte ciało nakładamy balsam, pilnując, by nic nam nie spłynęło, czekamy 3 minuty, czyli tyle ile w sumie zajmie nam umycie zębów i twarzy. Na koniec spłukujemy całość. Balsam jest bardzo przyjemny, dość gęsty, miły dla skóry. Sam zabieg to przyjemny relaks.

Efekt:
Producent chwali kosmetyk za to, że dzięki swej formule dociera we wszystkie zakamarki ciała. Jednak po trzech aplikacjach nie ryzykuję kolejnych dwóch, by doczekać się obiecanego na opakowaniu efektu, bo ten jest fatalny. Już po pierwszej aplikacji mam gigantyczną plamę na zgięciu łokcia. Następne warstwy nie wyrównały koloru, nabawiłam się tylko kolejnych plam na kostkach i we wszelkich zgięciach.
Zupełnie nie rozumiem jakim cudem aplikacja na mokro pomogła komukolwiek w unikaniu zacieków – w przeciwieństwie do reszty stosowanych samoopalaczy, w tym wypadku starałam się o równomierne rozprowadzenie produktu na skórze. O jego trwałości mogę powiedzieć tylko tyle, że plam bardzo trudno jest się pozbyć i od kilku dni nie bledną (więc w pewnym sensie super).

Werdykt:
Do uzyskania letniej, naturalnej opalenizny – absolutnie nie. Jeśli ktoś lubi balsamy pod prysznic, być może sprawdzi się do podtrzymania efektu opalenizny nabytej tradycyjnymi metodami, o ile nasz kolor będzie ciemniejszy niż ten z tubki. Osobiście nie odważę się.

Podsumowanie

Moje wymagania wobec najlepszego samoopalacza z drogerii to: łatwa aplikacja, ładny kolor, brak plam i zacieków, przyjemny zapach i szybkość działania. Przy tak postawionych wymaganiach wygrywa Kolastyna Luxury Bronze (12,99 zł). Za zapach, kolor, szybkość działania i równomierność koloru dostaje po 5/5. Za aplikację 4,5/5. Po prostu – za szybką i piękną opaleniznę płacimy tyle co za kosmetyk. Nie musimy poświęcać temu ani czasu, ani uwagi.
Na drugim miejscu plasuje się połączenie pianki Magic Bronze Bielenda z balsamem tej serii. Za kolor, szybkość działania i równomierność opalenizny po 5/5, za zapach i aplikację po 4,5/5 (pianka kosztuje 19,99 zł, balsam 13,99 zł). Tak jak pisałam – połączenie daje optymalny efekt nawilżenia oraz mocnego, równego koloru na całym ciele. Jednak pierwszego dnia trzeba przymknąć okno na chwilowy zapach pianki, a drugiego i trzeciego poświęcić chwilę na aplikację balsamu i jego wchłanianie.

Tuż za nimi jest Dove Derma Spa (21,99 zł). Za zapach, aplikację i równomierność opalenizny po 5. Za sam kolor 4,5, za szybkość działania 4. To balsam, którego można używać codziennie, więc i tak to po niego będę sięgać najczęściej. Umieszczam swojego ulubieńca na trzecim miejscu, ponieważ choć jego stosowanie to bajka, chodziło o znalezienie kosmetyku, który wyraźną i równą opaleniznę wywoła w możliwie najkrótszym czasie.

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...