Silikonowe Wenus z Instagrama. Czy w popychającą do operacji plastycznych dysmorfofobię można się wpędzić?

Nowa Wenus ma jedną twarz Instagram / barbiesinc
Pójście pod nóż z wstydliwej tajemnicy poliszynela staje się powoli nowym Rolexem, sposobem na zademonstrowanie przynależności do pewnej grupy. Silikonowe usta mogą nie dodawać urody, ale przypinają posiadaczce łatkę „seksownej dziewczyny”. Przykład, jak to on, idzie z góry. Tak jak bez ciała nie ma zbrodni, tak bez chirurgii plastycznej nie ma dziś celebrytki. Tyle że wyznaczany przez gwiazdy Instagrama kanon piękna staje się coraz bardziej ujednolicony.

Ikoniczne dziś wizerunki Marilyn Monroe czy Marleny Dietrich są częściowo zasługą chirurgów – pierwsza przeszła zabieg korekcji nosa i prawdopodobnie także szczęki, druga natomiast uwydatnienia kości policzkowych. Rita Hayworth, nie tylko przefarbowała kruczoczarne włosy na płomienny rudy, ale też poddała się zabiegowi polegającemu na porażeniu prądem mieszków włosowych, dzięki czemu jej czoło zdawało się wyższe. Wygląd gwiazd kina miał je wyróżniać, sprawiać, że ich twarze wyryją się w pamięci widzów na zawsze. Każda z nich była bardziej rodzajem zjawy ze świata wyobraźni, niż realną osobą – Marilyn to głupiutka, ale urocza kobieta–dziecko, Rita jest pierwowzorem wampa, a Marlena budzącą lęk femme fatale.



Kobiety i celebrytki

W latach 90. Pamela Anderson i jej sztuczny biust byli w show businessie przykuwającym wzrok kuriozum, nieomal jak kobiety z brodami w cyrkach u progu zeszłego wieku. Dekadę później dociekanie kto-co sobie zrobił, stało się podstawowym typem newsa plotkarskiego. Drobna Victoria Beckham z dumą obnosiła pierś, przypominającą, jak na prekursorkę WAGs przystało, piłki. Na rodzimym poletku Doda odymała puchnące wraz z rosnącą rozpoznawalnością wargi.

Metamorfozy współczesnych gwiazd są przeciwieństwem poprawek sprzed lat. Zamiast wyróżniać, sprawiają, że pogodynki i wokalistki coraz bardziej zatracają cechy charakterystyczne. Złoty wzór rodzimej celebrytki, przechowywany w Konstancinie pod Warszawą, ma ściśle określone parametry. Panie mają mieć pełne (i coraz pełniejsze) usta, małe noski, duże oczy i spiczaste brody, a w wieku 40 lat wyglądać na siostry swoich dzieci. Włosy – najlepiej długie i (najczęściej) blond. Wydatny biust jest istotny, choć nie tak, jak rozmiar S i jego podgrupy.

Artysta chirurg

Ekscytacja towarzysząca „robionym” dziewczynom diametralnie zmieniła w ostatnich latach zabarwienie emocjonalne. Zabiegi medycyny estetycznej nie mają już odium grzechu z którego trzeba publicznie się wyspowiadać, żeby uzyskać zrozumienie i rozgrzeszenie. Kilkanaście lat temu na nowy biust patrzono jak na skutek traumy z dzieciństwa/nieudanego związku i/lub ogólnego niezadowolenia z życia.

Dziś dyskusje wokół zabiegów ze sfery moralnej przeszły do estetyki. Dla wielbicielek urody Kylie Jenner, która stała się dla młodego pokolenia wzorem kobiecego piękna, fakt, że była wielokrotnie operowana nie ma znaczenia. Liczy się to, jak wygląda. Tu i teraz. Rozróżnienie na piękno naturalne i sztuczne zaczyna się rozmywać. Początkujące modelki o drobnych „defektach” urody jak diastema czy wyłupiaste oczy są bardziej krytykowane ze względu na wygląd niż ich przeoperowane rówieśnice. W 2012 roku tytuł Miss Korei zdobyła Kim Yu-Mi, która przed konkursem wyglądała zupełnie inaczej, o czym wiedzieli jurorzy i publiczność. Czym innym jest jednak znakomicie wykonana operacja, poprawiająca, choć zmieniająca wygląd, a czym innym ślepa pogoń za nieosiągalnym wzorcem. Nie jesteśmy z plasteliny, wielozabiegowe metamorfozy rzadko kiedy przechodzą niezauważone, a jeszcze rzadziej wyglądają dobrze.

W pierwszych programach opowiadających o operacjach plastycznych, przedstawiono je jako pomoc w walce z kompleksami i krok w budowaniu pewności siebie. Nie chodziło o doprowadzanie do wydumanej perfekcji, ale o usunięcie defektu. Że defekt jest w istocie defektem, zgadzali się gremialnie lekarze i bliscy operowanej. Oczywiście solennie zapewniając, że nie ma on dla nich znaczenia. Podobnie subtelne i pojedyncze operacje fundowali sobie ludzie telewizji. Z czasem spirala zaczęła się nakręcać. Im więcej prezenterek i aktorek piękniało w oczach, tym mniej takie zabiegi dziwiły. Ekrany powoli zapełniły się glonojadami o buźkach nastolatek i indyczych podgardlach. Sporo wśród nich przedobrzyło. Po przekroczeniu pewnego pułapu kolejne zabiegi zamiast odejmować lat, zamieniają twarz w groteskową maskę.
Świetnymi przykładami są tu Renée Zellweger, pozbawiona mimiki Nicole Kidmann czy Joanna Racewicz.

– Bycie kobietą w średnim wieku, której profesja wiąże się z pokazywaniem się w mediach, jest w Polsce ciężkim kawałkiem chleba. Z jednej strony kobietom zostaje wytknięta każda dodatkowa zmarszczka czy fałdka, jako znak rzekomego zaniedbania. Z drugiej zaś kobiety, które zdecydowały się na poprawki też nie są oszczędzane. Stąd te wszystkie historie o zmianie rysów pod wpływem cudownej diety czy długiego urlopu. Inna sprawa, że w Polsce jeszcze nie nauczyliśmy się racjonalnego podejścia do medycyny estetycznej. Wygląd człowieka stanowi pewną całość, której poszczególne elementy powinny ze sobą korespondować. Zabieg powinien sprawiać, że świetnie wygląda się jak na swój wiek, lub koryguje cechę będącą przyczyną kompleksów. Natomiast odmłodzenie się z dnia na dzień o 20 lat częściej wygląda raczej groteskowo, niż pięknie – mówi Elżbieta Radzikowska, ordynator Oddziału Chirurgii Plastycznej szpitala MSW w Warszawie.

– Elementów twarz nie można dopasowywać w dowolny sposób, gdyby połączyć fragmenty twarzy różnych pięknych kobiet w całość, finalny efekt prawdopodobnie nie byłby zachwycający, czy nawet zadowalający, to tak nie działa. Chodzi o symetrię, o proporcje i to całego ciała – przykładowo biust powinien być proporcjonalny nie tylko w stosunku do ramion, ale też do bioder. Dużą rolę odgrywa tu też chirurg, który powinien być głosem rozsądku, przedstawić wady zabiegu czy skorygować oczekiwania – klaruje doktor Radzikowska, dodając, że sama wielokrotnie odmawiała przeprowadzenia operacji, jeśli nie widziała jej zasadności.

Choroba telewizyjna?

Dysmorfofobia, klasyfikowana jako rodzaj hipochondrii, oznacza dosłownie lęk przed brzydotą. Polega na obsesyjnym skupianiu się na prawdziwym lub częściowo wyimaginowanym defekcie własnej urody, czemu towarzyszą stany lękowe, a często także depresja. To schorzenie nierzadkie, szacuje się, że dotyka aż 2 proc. populacji. Niemal 80 proc. chorych trafia jednak nie do psychologa, a do gabinetu chirurga.

– Z chorymi na dysmorfofobobię jest ten problem, że bardzo trudno rozpoznać ich przy okazji pierwszej czy nawet kilku początkowych wizyt. Zabiegi medycyny estetycznej są jedynymi operacjami wykonywanymi na życzenie i do pewnego stopnia także wedle życzenia pacjenta. Przekonanie lekarza, że drobny garbek na nosie jest przyczyną braku pewności siebie nie należy do skomplikowanych. Poza tym cierpiący na to zaburzenie nie zachowują się najczęściej irracjonalnie, czy histerycznie. Można ich rozpoznać dopiero, kiedy wracają na kolejną operację z rzędu, niezadowoleni ze znakomitych efektów zabiegu lub wyszukują inne domniemane defekty. Jest grupa osób, które mimo wielu wykonanych zabiegów, usiłują nakłonić lekarzy do wykonania kolejnych. Większość chirurgów odmawia, takie osoby są świetnie znane w środowisku, ponieważ w pewnym momencie zaczynają chodzić od gabinetu do gabinetu – mówi doktor Elżbieta Radzikowska.

Nowa szczęka czy pośladki nie są jednak w stanie przerwać obsesji. Chorzy pragną następnych poprawek znienawidzonej części ciała albo zaczynają widzieć kolejne niedoskonałości. Czy przeoperowane twarze, które oglądamy na małym ekranie i na Instagramie to nie kwestia mody, ale objawy choroby? Reid Ewing, aktor znany w Polsce głównie z serialu „Modern family” przyznał jakiś czas temu na łamach „Huffington Post”, że cierpi na dysmorfofobię.

Na swoją pierwszą operację zdecydował się jeszcze jako nastolatek. Przed zabiegiem został co prawda zapytany czy miał jakieś problemy psychiczne, ale była to tylko standardowa procedura. Mimo epizodów depresyjnych i zaburzeń odżywiania, żaden z lekarzy nie zasugerował, że najpierw powinien skonsultować się z psychologiem.

Trudno powiedzieć jak wielu pacjentów klinik chirurgii estetycznej pojawia się tam ze względu na problemy natury psychicznej. W czasach upowszechnienia wiedzy pseudopsychologicznej, w których rozdrapującego rany terapeutę zastępuje coach sukcesu, powszechne są autodiagnozy z błędną atrybucją. W końcu łatwiej powiedzieć sobie, że przed pełnią szczęścia powstrzymuje nas masywna szczęka, niż uświadomić sobie, że w dzieciństwie było się zaniedbywanym emocjonalnie.

Wyjaśnianie rosnącej popularności operacji plastycznych wpływem mediów, które wpędzają w dysmorfofobię, można jednak włożyć między bajki. Przekazy medialne pokazujące wychudzone kobiety jako wzorce piękna, zwiększają prawdopodobieństwo zachorowania na bulimię czy anoreksję, o ile ma się do tych chorób predyspozycje psychiczne. Jednak zdaniem doktor Katharine A. Phillips, czołowej badaczki choroby z Uniwersytetu Browna w dysmorfofobię wpędzić się nikogo nie da.

Oglądanie Natalii Siwiec nie zainfekuje żadnej nastolatki przemożną potrzebą posiadania silikonowych piersi, a nawet jeśli, będzie to raczej pragnienie podobne do chęci posiadania modnych butów. Dysmorfofobia została precyzyjnie opisana na długo przed upowszechnieniem się kolorowych magazynów, co więcej dotyka w równym stopniu kobiet jak i mężczyzn. Panowie najczęściej uważają się za zbyt drobnych i wychudzonych, nawet jeśli spędzają każdą chwilę na siłowni.

Skalpel historii

Ingerencja w wygląd przy pomocy ostrych narzędzi ma o wiele dłuższą historię, niż można by przypuszczać. Zaczyna się ona około 2000 r.p.n.e. na terenie dzisiejszych Indii, gdzie operowano nosy i uszy. Te części ciała były wycinane w ramach kar za przestępstwa. Przywrócenie urody było więc szansą na powrót do społeczeństwa. Z kolei w średniowieczu ingerowania w dzieło stworzenia, jakim miało być ludzkie ciało, zabronił oficjalnie papież.

Na przełomie XIX i XX wieku operacje kobiecych nosów stały się niebezpieczne towarzysko, o ile operowana była panną. Podejrzanie wyglądający nos szargał opinię doprowadzając czasem nawet do zerwania zaręczyn, ponieważ najczęstszą przyczyną ówczesnych operacji była chęć pozbycia się zmian syfilitycznych. Chirurgia plastyczna zaczęła na dobre rozwijać się dopiero po I wojnie światowej, kiedy z frontu zaczął powracać gros okaleczonych bronią chemiczną żołnierzy. Podobnie jak przed czterema tysiącami lat, zabiegi miały służyć przywróceniu okaleczonych społeczeństwu. Wkrótce zaczęto jednak myśleć o operacjach plastycznych jako o intratnym biznesie.

W 1926 roku francuski chirurg Charles Dujarier wykonał pierwszą w historii liposukcję. Pacjentką była paryska modelka pragnąca dopomóc sobie w karierze wysmukleniem ud. Zabiegu nie można zaliczyć do udanych, jedna z zainfekowanych gangreną kończyn wymagała amputacji. Pacjentka pozwała lekarza, a głośny, ciągnący się dwa lata proces sprawił, że chirurgii plastycznej nieomal zakazano. Ostatecznie Dujarier został zobligowany do zapłacenia jednonogiej modelce bajońskiej sumy, a w prawie francuskim pojawił się zapis nakazujący uzyskania pisemnej zgody pacjenta uprzedzonego o prawdopodobnych komplikacjach operacji poprawiających wygląd.

Cnotki nie-operowanki

Kategoria taka jak „oszpecenie” jest bardzo umowna. Charakterystyczne rozciąganie dolnej wargi przy pomocy drewnianych krążków, których używają kobiety z etiopskiego plemienia Mursi, czy Tajki wydłużające sobie stopniowo szyję przy pomocy metalowych obręczy, to z europejskiej perspektywy praktyki oszpecające. Prawdopodobnie za równie odstręczającą uznano by sto lat temu Hudę Kattan, turecką blogerkę urodową z niemal 20 milionami obserwujących na Instagramie, której twarz nie jest bynajmniej dziełem natury.
Mówienie o „zniekształceniu” pojęcia naturalnego piękna jest błędem, w którym naturalnym uznajemy to, co powstało przed naszym urodzeniem i w związku z tym się nam opatrzyło. Być może na krytykowaną powszechnie homogeniczność piękna osiąganego dzięki skalpelowi można spojrzeć z nieco odmiennej perspektywy.

Ivo Pitanguy, jeden z najsławniejszych chirurgów plastycznych na świecie, pracujący w Rio de Janeiro, uważa, że zabiegi tego typu powinny być refundowane. Piękno jest zdaniem Pitanguya takim samym prawem człowieka, jak edukacja, ponieważ, podobnie jak ona, ma praktyczne zastosowanie w życiu. Nie jest to jedynie element PR-u prowadzonych przez niego klinik, ale credo – lekarz przez wiele lat operował nieodpłatnie osoby, które nie mogły sobie pozwolić na zabiegi.

Operacje plastyczne mają jeszcze jeden ciekawy aspekt – są połączeniem freudowskiego destrudo, rozumianego jako sadyzm i samookaleczenie, ale też libido kierowanego do wewnątrz. Do kogo wyginają się postskalpelowe, internetowe piękności? W pierwszej kolejności do samych siebie. Operacje plastyczne są coraz bardziej rozumiane jako rodzaj inwestycji w siebie, w niektórych azjatyckich krajach menedżerowie wyższego szczebla mogą się już operować w ramach dodatku do pensji.

Matematyczny ideał piękna powstał w starożytnej Grecji i precyzyjnie określał jakie proporcje powinno mieć ludzkie ciało. Posługując się nimi, figury kobiet takich jak Kim Kardashian, Nicki Minaj, a nawet Rihanny wydają się gargantuiczne. Wszystko, co zostało opieczętowane łatką starożytności bierzemy bez namysłu za podstawowe i naturalne. Tyle że pojęcie „proporcjonalny”, mimo że doskonale rozumiemy je intuicyjnie, odnosi się do określonego stosunku liczbowego. Stosunku ustalonego przez ludzi. Być może każde czasy potrzebują swojej Wenus z Willendorfu?


Napisz do autorki: helena.lygas@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...