Andrzej Duda nie ma wyjścia. Musi zabić "Adriana", bo inaczej nigdy nie wybije się na niepodległość od PiS

Andrzej Duda musi zabić "Adriana".
Andrzej Duda musi zabić "Adriana". Sławomir Kamiński / AG / kadr z filmu "Ucho prezesa"
Andrzej Duda, choć wciąż ma potężny elektorat, już zaczyna przegrywać walkę o drugą kadencję. Dwa lata temu dokonał rzeczy, która wielu nie mieściła się w głowie i wygrał wybory z Bronisławem Komorowskim. Następne może przegrać nie tylko z Donaldem Tuskiem, ale także z Robertem Biedroniem. Ma trzy lata na to, żeby przekonać do siebie elektorat, ale będzie musiał udowodnić, że jako prezydent potrafi być niezależny. To wyjątkowo trudne zadanie.

"Gazeta Wyborcza" przypomina, że Andrzej Duda jest młodym politykiem - gdy skończy się jego kadencja będzie miał tylko 48 lat. Pozostając wiernym i bezwolnym wykonawcą woli Jarosława Kaczyńskiego pracuje na miano „Adriana” i praktycznie pozbawia się szans na reelekcję. Jeśli nie zacznie wybijać się na niezależność, przejdzie do historii jako ten, co całą kadencję przesiedział w poczekalni prezesa, czekając na audiencję.



Zabić Adriana!
Adrian – prezydent z "Ucha Prezesa", którym nikt się nie przejmuje. Siedzi w poczekalni prezesa z nadzieją, ze dostąpi zaszczytu wejście do gabinetu. Już nie tylko miłośnicy serialu komediowego „Ucho prezesa” nazywają Andrzeja Dudę "Adrianem", to imię robi oszałamiającą karierę w całej Polsce. Prezydent staje się synonimem bezwolnej marionetki, która tańczy tak, jak prezes zagra. „DługoPiSem”, który podpisuje wszystkie ustawy, jakie pojawiają się na jego biurku. Duda chyba zaczyna mieć świadomość, że taki wizerunek nie pomoże mu w przypadku ubiegania się o reelekcję.

Do wyborów prezydenckich są jeszcze trzy lata i wyraźnie widać, że Duda ma dość „pilnowania żyrandola”. To właśnie dlatego coraz bardziej rozpycha się na swoim stanowisku próbując wyjść poza ramy, w jakie wtłoczył go prezes PiS Jarosław Kaczyński. By jednak udowodnić, że może być politykiem niezależnym, musi zdobyć się na kilka spektakularnych posunięć.

Odzyskanie armii
W Konstytucji jest wyraźnie napisane, że Prezydent RP jest zwierzchnikiem sił zbrojnych. Rola ministra obrony narodowej sprowadzona jest raczej do cywilnej kontroli wojska, w szczególności do określania budżetu i sprawowania kontroli nad zakupami. Innymi słowy szef MON jest „nadksięgowym” armii, który mówi, co można kupić, a na co nie ma pieniędzy.

Minister Macierewicz wyraźnie wybił się ponad przeciętność i kieruje wojskiem, jakby to była jego prywatna armia. To decyzje ministra stoją za masowymi dymisjami generałów i pułkowników, to minister doprowadził do zerwania umowy z Francją na dostawę śmigłowców Caracal dla polskiej armii, to Macierewicz od miesięcy zapowiada rychłe dostawy amerykańskich BlackHawków. To wreszcie minister stoi za budową piątego - obok sił specjalnych, wojsk lądowych, lotnictwa i marynarki - rodzaju wojsk, czyli Obrony Terytorialnej.

Duda co pewien czas daje do zrozumienia, że nie podoba mu się to, co się dzieje w armii. Pisze gniewne listy do ministra, by ten ustosunkował się do fali dymisji wyższych oficerów. Niewiele jak do tej pory z tej korespondencji wynika poza złośliwościami między byłym już rzecznikiem Dudy, Markiem Magierowskim, oraz rzeczniczką PiS, Beatą Mazurek.

Jeśli prezydent planuje wybić się na niezależność, to tu ma największe pole do popisu. Musi odzyskać faktyczne zwierzchnictwo nad armią. To prezydent ma prawo powoływać i odwoływać dowódcę generalnego rodzajów sił zbrojnych, Duda nie może sobie więcej pozwalać na takie sytuacje, jaka miała miejsce z generałem Różańskim. Gdy ten składał na ręce szefa MON dymisję, gabinet prezydenta nie krył zdziwienia.

Strażnik Konstytucji
Na tym polu - delikatnie rzecz ujmując - prezydent Duda nie pokazał się jak do tej pory z najlepszej strony. Generalnie podpisywał ustawy „jak leci”, o każdej porze dnia i nocy, jeśli potrzebował tego PiS. Podpisywał nawet te ustawy, co do których mieli wielkie zastrzeżenia konstytucjonaliści. Zawsze z uśmiechem na ustach, zawsze z zapewnieniem, że to jest niezbędne na drodze naprawy Rzeczpospolitej.

Nieliczne wyjątki tylko potwierdzają regułę. Ustawa o zgromadzeniach publicznych została odesłana do Trybunału Konstytucyjnego, by ten sprawdził zgodność nowych przepisów z Konstytucją. Warto jednak przypomnieć, ze PiS kilka tygodni wcześniej „odzyskał” Trybunał, a Duda podpisał nominację sędzi Przyłębskiej na nowego prezesa TK (zdaniem prawników Przyłębska nie jest prezesem, bo złamano prawo). Mało kto chciał zaryzykować zakład, że Trybunał ustawę o zgromadzeniach uzna za niezgodną z ustawą zasadniczą. Zaskoczenia nie było, ostatecznie Duda ustawę podpisał.

Prezydent odegrał też przedstawienie w przypadku ustawy o reformie edukacji - przez kilka tygodni "wahał się" czy ją podpisze, czy nie. Do podpisania przekonała go rzekomo rozmowa z premier Szydło i minister Zalewską, nie przejął się jednak głosami oburzonych nauczycieli, samorządowców i rodziców. Reforma wchodzi w życie, bo prezydent nie miał dość sił, by przeciwstawić się politykom z Nowogrodzkiej.

Na drodze do reelekcji nie może sobie pozwalać na tak jawne ignorowanie vox populi. Duda musi być strażnikiem Konstytucji, bo takie obowiązki nakłada na niego ustawa. Czy mu się to podoba czy nie, jeśli dalej będzie podpisywał wszystkie ustawy, które wpływają na jego biurko z parlamentu, nie pozbędzie się łatki „Adriana” i „DługoPiSu”.

Więcej inicjatywy
Andrzej Duda potrafi zaskoczyć nie tylko swój elektorat, ale także macierzystą partię. Nic nie wskazywało na to, ze Duda wystąpi z pomysłem przeprowadzenia referendum w sprawie zmiany Konstytucji. Treść prezydenckiego wystąpienia udało się utrzymać w tajemnicy i na Nowogrodzkiej propozycja referendum została przyjęta z wielkim zdziwieniem.

Na korytarzach kwatery głównej Prawa i Sprawiedliwości można usłyszeć komentarze, że oto prezydent Duda zrywa ze swoimi korzeniami i próbuje wybić się na niezależność. Jak pisze Fakt, politycy PiS stoją na stanowisku, że trzeba prezydentowi przypomnieć, ze nie wygrywa się wyborów bez poparcia partii, zaplecza i partyjnych pieniędzy.

Duda ma jeszcze dwa lata na to, żeby zbudować swoje zaplecze, zebrać pieniądze i przygotować kampanię, z którą za trzy lata wygra wybory. Musi tylko zgłaszać jak najwięcej własnych inicjatyw, by pokazać, że nie jest jedynie notariuszem rządu. Im bardziej będzie się dystansował od PiS, tym łatwiej będzie mu przekonać do siebie niezdecydowaną część elektoratu.

„Zerwij kajdany, połam bat”
Jeszcze w trakcie kampanii wyborczej Andrzej Duda przekonywał, że chce być prezydentem wszystkich Polaków. I trzeba przyznać, że parę razy był bliski celu. Bardzo bliski.

Rok temu, przy okazji obchodów 6. rocznicy katastrofy smoleńskiej, Andrzej Duda wzywał do zgody narodowej. – Wybaczmy sobie to wszystko wzajemnie, wszystkie niepotrzebne słowa, wszystkie gorące zachowania, wszystkie momenty poniżenia. Apeluję o to wybaczenie, bo jest nam ono potrzebne – mówił prezydent. Duda przez chwilę miał szansę stać się pomostem między dwiema Polskami, od lat oddalającymi się od siebie coraz bardziej.

Nic z tego nie wyszło. Już kilka godzin później prezes Kaczyński dał jasno do zrozumienia, co myśli o inicjatywie łączenia zwaśnionych Polaków. Nie podał Dudzie ręki, a wieczorem podczas „miesięcznicy” krzyczał o tym, ze wybaczenie tak, ale dopiero po wymierzeniu kary. Na kim? Za co? Nieważne. W interesie Kaczyńskiego nie jest łączenie ponad podziałami, cała jego polityka oparta jest na podziale i konflikcie.

Dudzie zabrakło siły i woli, by kontynuować dzieło zgody narodowej. Pokornie położył uszy po sobie i przestał wychylać się z tego typu inicjatywami. Wrócił do pałacu, by podpisać kilka nowych ustaw Prawa i Sprawiedliwości. Dalej pracował na przydomek „Adriana”. Wygląda na to, że wreszcie dotarło do niego, że jeśli w przyszłości chce powalczyć o reelekcję musi zrobić coś drastycznego. „Adrian” musi zginąć, i to Andrzej musi go zabić.
POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...