Amerykanie znowu debatują o usunięciu Trumpa. Jest jednak jeden powód, dla którego powinni o tym zapomnieć

Szanuj szefa swego, możesz mieć gorszego. Ta zasada może się sprawdzić i w przypadku prezydenta USA.
Szanuj szefa swego, możesz mieć gorszego. Ta zasada może się sprawdzić i w przypadku prezydenta USA. Fot. facebook.com/DonaldTrump
Donald Trump po raz kolejny naraził się wyborcom. Tym razem według "Washington Post" w rozmowie z rosyjskim ministrem spraw zagranicznych Siergiejem Ławrowem przypadkiem przekazał swojemu rozmówcy ściśle tajne dane. Krytycy prezydenta znowu domagają się impeachmentu, ale zapominają, że w USA jest jeszcze wiceprezydent, który go zastępuje. A Mike Pence jest osobą równie oryginalną, co sam Trump. W efekcie to wcale nie musi być dobra zmiana.

Informacje, które rozpowszechnia "Washington Post", dotyczą zeszłotygodniowego spotkania Trumpa z Ławrowem. W trakcie rozmowy Trump miał wspomnieć o prawdopodobnej operacji tzw. Państwa Islamskiego z użyciem bomby umieszczonej w laptopie.


Według źródeł amerykańskiego dyplomaty, którego cytuje "Washington Post", przy okazji prezydent USA zdradził Rosji parę tajemnic. I tu dochodzimy do sedna sprawy – informacje, jakie przekazał Ławrowowi, pozwalają bowiem na ustalenie tożsamości i miejsca pobytu informatora oraz ustalenie, która z sojuszniczych agencji wywiadowczych przekazała te poufne informacje CIA.

I tak sieć zalała fala newsów dotyczących impeachmentu Donalda Trumpa. Tych zresztą było już w ostatnich dniach sporo po usunięciu przez prezydenta szefa FBI Jamesa Comeya, teraz jest ich jednak jeszcze więcej. Niektórzy twierdzą, że to już nie pytanie "czy", tylko "kiedy". Robert Reich w tekście opublikowanym na stronie amerykańskiego "Newsweeka" stwierdza wręcz, że podstawy do impeachmentu Trumpa są już bardziej niż klarowne. Teraz to kwestia czy Republikanie będą bardziej lojalni wobec Ameryki czy wobec swojej partii.

A co w razie, gdyby do impeachmentu rzeczywiście doszło? Na ten moment to oczywiście całkowite political fiction, ale w takim przypadku przysięgę na Biblię musiałby złożyć wiceprezydent Stanów Zjednoczonych. Czyli Mike Pence.
W polityce nie od wczoraj
57-letni Republikanin sprawia bardzo dobre wrażenie, choć jest nieco przerysowany. Służbowo zawsze w schludnym garniturze, często mocno opalony, do tego gęste, siwe włosy. Od Trumpa różni go też uśmiech – wystarczy porównać oficjalne portrety obu panów.
I nie da się ukryć, że w przeciwieństwie do swojego przełożonego na polityce zjadł zęby. Pence przez 12 lat był kongresmenem (a wcześniej kandydował bez powodzenia), a od 2013 roku aż do wyboru Trumpa był gubernatorem swojego rodzinnego stanu Indiana. Dzięki bogatemu doświadczeniu politycznemu być może nie byłby taki rozmowny w trakcie spotkania z Ławrowem.

Ale jeśli uważasz Trumpa za osobę kontrowersyjną, to Pence’a zwyczajnie nie zrozumiesz. Przyszły wiceprezydent USA przyszedł na świat jako jedno z sześciorga dzieci irlandzkich katolików. Jego dziadek przypłynął do USA z niewielkiej irlandzkiej miejscowości położonej nad Oceanem Atlantyckim. Można więc przyjąć, że pewne wartości wyniósł z domu – choć w przeszłości popierał Demokratów. Pence w swoich poglądach jest dodatkowo wyjątkowo zdecydowany. A te mogą być dla wielu dość zaskakujące.
Mike Pence

Jestem chrześcijaninem, konserwatystą i Republikaninem. W tej kolejności.

Za życiem i przeciw gejom, bez względu na konsekwencje
Pence jest zdecydowanym "obrońcą życia". W swoich pro-life poglądach jest tak bardzo konserwatywny, że dla wielu Amerykanów mogłoby to już być ciężkostrawne. Pence zresztą zwykł swoje poglądy przekuwać w konkretne rozwiązania prawne. Jeszcze jako gubernator Indiany podpisał najsurowsze w kraju prawo antyaborcyjne, zakazujące usunięcia płodu w każdej sytuacji. Przepisy zostały ostatecznie zablokowane przez sąd, ale zanim do tego doszło, Pence doprowadził do zamknięcia wielu klinik aborcyjnych Planned Parenthood w swoim stanie.
Z Pence'em na pieńku ma także amerykańskie środowisko LGBT. W 2015 roku, a więc także jako gubernator Indiany, podpisał prawo o "wolności religijnej". W praktyce przepisy umożliwiły przedsiębiorcom z Indiany dyskryminowanie osób LGBT. Amerykańskie media przekonywały, że przepisy działały zupełnie jak podobne zapisy z Południa USA wobec Afroamerykanów z czasów segregacji rasowej. Tylko zdecydowana reakcja Amerykanów sprawiła, że Pence musiał się z tych zapisów wycofać.

Ale nikt nie może zmienić jego prywatnych poglądów. A Pence wielokrotnie powtarzał, że uważa homoseksualizm za chorobę, którą można wyleczyć. Dał się poznać również jako zwolennik uniemożliwienia gejom i lesbijkom zaciągania się do amerykańskiej armii. Umożliwienie im ślubów to w jego ocenie najszybsza droga do zniszczenia społeczeństwa.

Jak najdalej od uchodźców
Poglądy podobne do wielu polskich polityków, prawda? Pence dogadałby się z nimi także w kwestii syryjskich uchodźców, których jako gubernator za wszelką cenę nie chciał w Indianie. Taką decyzję podjął w 2015 roku, tuż po zamachach w Paryżu. Po prostu zakazał ich relokacji w Indianie.

Miał jednak o tyle "pecha", że zanim zajął się sprawą w 2015 roku, w ciągu pięciu poprzednich lat do jego stanu dotarli już nieliczni syryjscy uchodźcy. Około czterdziestu. Pence postanowił więc uciąć pomoc federalną dla tych osób i w ten sposób zasugerować poszukanie miejsca dla siebie w innym stanie.

Co prawda przeliczył się i tym razem, ponieważ sędzia federalny zablokował go, ale niesmak pozostał. Sąd zauważył, ze jego decyzja jest dyskryminująca, a ponadto ani bezpośrednio, ani nawet pośrednio nie poprawia bezpieczeństwa mieszkańców Indiany.

Jeśli prezydent ma być wzorem, to mamy problem
Pence to przy okazji obrońca... papierosów. Oczywiście nie ma nic złego w tym, że ktoś chce palić. To jego wybór. Gorzej, jeśli przy tym opowiada się bzdury, a przy okazji jest drugą osobą w państwie.

To co prawda sprawa, która ciągnie się za nim od wielu lat, ale Pence nigdy nie próbował dowieść, że sądzi inaczej. Więc może rzeczywiście tak jest.
Pence o swoim stosunku do papierosów pisał w 2000 roku na swojej stronie internetowej, kiedy kandydował do kongresu. "Czas na kilka faktów" - zaczął. "Pomimo histerii klasy politycznej i mediów, palenie papierosów nie zabija. Prawda jest taka, że dwóch z trzech palaczy nie umiera od chorób związanych z paleniem papierosów, a dziewięciu z dziesięciu nie ma raka płuc" – kontynuował. Te słowa brzmiały absurdalnie już 17 lat temu, dzisiaj, kiedy wiemy więcej o fatalnym wpływie papierosów na zdrowie, wyglądają tylko gorzej. I żeby było dziwniej, Pence w tym samym artykule napisał, że mimo wszystko palenie nie jest dobre dla zdrowia.

Wiceprezydent nigdy nie próbował nawet dowodzić, że zmienił zdanie w tej kwestii.

Globalne ocieplenie to mit
Takie stanowisko Pence przedstawił w innym artykule na tamtej stronie. "Globalne ocieplenie to mit. Walka z nim to katastrofa. Już, napisałem to" – twierdził w tekście. Pence uznał, że ocieplenie klimatu nie może być efektem spalania paliw kopalnianych. W tym węgla, który jest wydobywany (co za przypadek) w Indianie.

W ostatnim czasie zdanie trochę zmienił. – Nie ma wątpliwości, że działania, do których dochodzi w tym kraju i w innych, mają pewien wpływ na środowisko i klimat – stwierdził w CNN w zeszłym roku. Z drugiej strony jednak twardo stoi za Trumpem, który wielokrotnie nazywał globalne ocieplenie "oszustwem". A trochę nie wypada mu wychodzić przed szereg, więc łatka niedowiarka zostanie mu już pewnie na zawsze.

Ciężko zjeść z nim obiad
I jest jedna rzecz, która z pewnością odróżnia go od Donalda Trumpa, ale świadczy o jego charakterze. Trudno się też zdecydować, czy świadczy to o nim dobrze, czy wręcz odwrotnie. Chodzi o jego stosunek do poznawania nowych ludzi, zwykłej rozmowy. Jaki jest Trump, wszyscy wiemy. To dusza towarzystwa. A Pence?

Pence przede wszystkim ma oparcie w swojej żonie, Karen. To związek, który trwa już trzecią dekadę i wypada małżeństwu tylko pogratulować. Tym bardziej, że Pence wielokrotnie podkreślał, jak ważnym doradcą jest dla niego jego żona. Tak było zresztą od zawsze – Pence, jeszcze w czasach, kiedy bez powodzenia kandydował do Kongresu, zwykł podróżować po swoich wyborczych rejonach rowerem. Często towarzyszyła mu właśnie żona.
Obecny wiceprezydent przy tym wszystkim dokłada starań, aby przypadkiem nie nadszarpnąć jej zaufania. Kilka miesięcy temu (sam zainteresowany mówił o tym już w 2002 roku, ale wtedy nie był na świeczniku) Amerykanie odkryli bowiem, że Mike Pence nie ma w zwyczaju jedzenia obiadu z kobietą, jeśli nie ma przy nim jego żony. To samo tyczy się alkoholu – Pence nie pójdzie bez żony na imprezę, na której serwowane są napoje z procentami.

POLUB NAS NA FACEBOOKU

  • ZOBACZ TAKŻE:
  • USA
Trwa ładowanie komentarzy...