"Jesteśmy wdzięczni za zwrócenie nam wolności". Pamięć o polskich żołnierzach jest wciąż żywa w Holandii

Żołnierze I Dywizji Pancernej generała Maczka podczas przemarszu.
Żołnierze I Dywizji Pancernej generała Maczka podczas przemarszu. Wikipedia
Polscy żołnierze mówili między sobą, że za krew przelaną w Holandii nikt im nie zapłaci. Okazuje się, że byli w wielkim błędzie. Holendrzy do dziś pamiętają kto ich wyzwalał i potrafią okazywać wdzięczność.

– Wiadomo, że alianci nas sprzedali – zwykł mawiać pułkownik Roman Dowbor, oficer z dywizji pancernej generała Maczka. – Ale nie gadamy o polityce. Ja na politykę mam elementarz – dodawał. Tym elementarzem był pięknie wydany album aktów kobiecych. – Lepiej, żeby żołnierze przypomnieli sobie jak wygląda kobieta, niż żeby gadali o polityce.

Gdy polscy żołnierze wkraczali na teren Holandii, los Polski był już właściwie przesądzony. Dopalały się ruiny Warszawy, Rosjanie stali na linii Wisły po zakończeniu letniej ofensywy i zbierali siły do następnej, która miała ruszyć już za kilka miesięcy. Mimo tego polscy żołnierze dalej walczyli u boku aliantów i to tak, że wyzwoleni przez nich Holendrzy są im wdzięczni do dziś.
W walkach o Holandię wzięły udział dwie duże jednostki, które były dumą polskich sił zbrojnych na zachodzie. Próżno byłoby szukać takich formacji w przedwrześniowym wojsku polskim. Jedną z nich była I Dywizja Pancerna dowodzona przez Stanisława Maczka, drugą I Samodzielna Brygada Spadochronowa generała Stanisława Sosabowskiego.

Zwycięscy pancerniacy
Dywizja generała Maczka wylądowała we Francji 1 sierpnia 1944 r, tego samego dnia, gdy w Warszawie wybuchło powstanie. Trzy tygodnie później pod Falaise pancerniacy wzięli do niewoli 5 tysięcy jeńców, zniszczyli 55 czołgów i prawie 40 pojazdów pancernych. Ale sami też ponieśli duże straty, zginęło 325 żołnierzy, ponad tysiąc zostało rannych lub zaginionych, stracono 80 czołgów. W związku z tym dywizja została przesunięta na lewą flankę wojsk alianckich i przydzielono zadania osłonowe. Być może ta decyzja uratowała życie wielu Holendrom.

– Szlak wyzwalanych miast i miasteczek wiódł nas historycznymi nazwami miejscowości znanymi z I wojny światowej – wspominał po latach generał Stanisław Maczek. – Niespełna 30 lat wcześniej każdy metr tej ziemi spływał litrami krwi. My szliśmy jak burza, jak w kalejdoskopie zmieniały się nazwy miast i wsi – mówił generał Maczek 16 lat po zakończeniu wojny w wywiadzie dla Radia Wolna Europa. Pod koniec października żołnierze I Dywizji Pancernej wjechali na teren Holandii.
Razem z brytyjską dywizją piechoty zabezpieczali lewe skrzydło wojsk sprzymierzonych. – Po ciężkim i krwawym Falaise nie mieliśmy ambicji być na głównej linii ataku – wspominał generał Maczek. I o ile główne natarcie wojsk brytyjskich poprzedzane było silnymi nalotami i ostrzałem artylerii, na polskim odcinku żołnierze musieli liczyć głównie na siebie.

27 października żołnierze generała Maczka dostali rozkaz zajęcia Bredy, pierwszego holenderskiego miasto na swoim szlaku. Był to ważny węzeł drogowy. Miasto udało się wyzwolić w ciągu dwóch dni, bez strat w ludności cywilnej, a podczas walk uszkodzono tylko trzy wieże kościelne. Stała za tym decyzja generała, który zakazał strzelania z dział czołgowych w mieście, by uniknąć zniszczeń i ofiar pośród cywili.

Po oczyszczeniu miasta z Niemców rynek stolicy Brabancji szybko wypełnił się czołgami i transporterami polskich żołnierzy, na które wchodzili uradowani mieszkańcy miasta. – Długie miesiące uczył się wasz królewicz, późniejszy król Władysław IV sztuki wojennej, ale nauka nie poszła w las, bo oto 300 lat później szybkim manewrem udało się zająć miasto bez zniszczeń – cieszył się burmistrz Bredy, przemawiając do mieszkańców i polskich żołnierzy zebranych na placu. I z miejsca zaprosił wyższych oficerów na uroczysty bankiet.

Uczta z wojskowych racji
Oficerowie wiele sobie po tym bankiecie obiecywali. Od miesięcy żywili się jedynie wojskowymi racjami, które choć pożywne, zwyczajnie się im już przejadły. Gdy weszli do jednego z pomieszczeń ratusza naprędce zamienionego w salę biesiadną, przywitano ich butelkami holenderskiego dżinu. Do jedzenia podano każdemu... kromkę chleba na małym talerzyku, z cienkim plasterkiem wojskowej mielonki. Szybko wyszło na jaw, że burmistrz polecił jednemu z pracowników odkupić coś do jedzenia od polskich żołnierzy. Holendrzy nie mieli już praktycznie żadnych zapasów żywności oprócz wspomnianego dżinu.
Wkrótce do polskich kuchni polowych zaczęły ustawiać się długie kolejki głodnych Holendrów, przede wszystkim dzieci. – Niech jedzą nieboraki, niech jedzą. Może tam w kraju i mojego ktoś nakarmi – mówił jeden z polskich żołnierzy, który zostawił syna w Warszawie na Starym Mieście. Największym powodzeniem cieszyła się pośród młodych Holendrów polska zupa. – Bo tłusta – wspominał po latach generał Maczek.

Na każdym kroku nasi żołnierze spotykali się w Holandii z dowodami sympatii i wdzięczności. Na witrynach sklepowych pojawiły się napisy „Dziękujemy Wam, Polacy!”. – Radość i entuzjazm przewyższał wszystko, co widzieliśmy we Francji i gościnnej Flandrii. Poczuliśmy się jak we własnym kraju – pisał we wspomnieniach generał Maczek.

Pamięć o dzielnych spadochroniarzach
O wyzwolenie Holandii spod niemieckiej okupacji walczyli też spadochroniarze generała Sosabowskiego. Żołnierze I SBS walczyli i ginęli w Driel podczas bezsensownej operacji Market Garden. Zostali zrzuceni w złym miejscu i za późno, by odwrócić losy bitwy. Zamiast walczyć, jak sobie wymarzyli, na ulicach Warszawy, ginęli próbując przedostać się do brytyjskich żołnierzy walczących pod Arnhem. To dzięki ich odwadze i nieustępliwości udało się w końcu ewakuować niedobitki brytyjskiej dywizji powietrznodesantowej na drugą stronę Renu.
Holendrzy do dziś pielęgnują w Driel pamięć o polskich spadochroniarzach. Dzieci uczą się polskich piosenek. – To Polacy nas wyzwolili – twierdzą Holendrzy. Oprowadzają wycieczki polskich turystów, zawsze uśmiechnięci wyrażają wdzięczność. Gdy przez lata brytyjska propaganda głosiła, że to z winy polskich spadochroniarzy nie udała się operacja Market Garden, Holendrzy z Driel walczyli o pamięć i uhonorowanie naszych żołnierzy. Pośród nich szczególnie aktywna była Cornelia Batlussen, która w 1944 roku jako sanitariuszka zetknęła się z wieloma polskimi spadochroniarzami walczącymi o jej rodzinne miasto.

Do dziś w Driel przywołuje się słowa umierającego żołnierza, którzy powiedział Cornelii: „weź moją miłość do mojego kraju, zabierz moją miłość do Polski”. – Dziś te słowa dotykają naszej duszy – mówił dwa lata temu burmistrz Driel Van Asseldonk podczas obchodów rocznicy bitwy. – Jesteśmy wiecznie wdzięczni za zwrócenie nam wolności. Każdego dnia na nowo musimy udowadniać, że jesteśmy jej warci – dodał burmistrz

Większość spośród polskich żołnierzy nie wróciła po wojnie do ojczyzny. Wielu z nich osiedliło się właśnie w Holandii, także w Driel i Bredzie. Mieszkańcy tego ostatniego nadali generałowi Maczkowi tytuł honorowego mieszkańca miasta, za uchwałą w tej sprawie podpisało się ponad 40 tysięcy mieszkańców. W mieście jest plac, ulica i muzeum poświęcone generałowi. Tu też został pochowany, pośród żołnierzy którzy zginęli podczas walk o Bremę.
W trakcie działań wojennych zdarzyło się, że jeden z żołnierzy I Dywizji Pancernej wpadł do pomieszczenia, w którym zorganizowano doraźną pomoc dla rannych i stanął pośrodku dużej kałuży krwi. – Nie depcz krwi, nikt nam za tę krew nie zapłaci – krzyknął do niego kolega. Po latach okazało się, że nie miał racji. Holendrzy za krew polskich żołnierzy odwdzięczają się do dziś.

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...