Z taką raną nie miał prawa przeżyć. To opowieść o "wyrwanym śmierci" i tych, którzy go "wyrywali"

Z taką raną nie miał prawa przeżyć. To opowieść o "wyrwanym śmierci" Jakubie Tynce i tych, którzy go "wyrywali"
Z taką raną nie miał prawa przeżyć. To opowieść o "wyrwanym śmierci" Jakubie Tynce i tych, którzy go "wyrywali" Fot. screen z programu Fokus TV
Nie, nie było żadnego ciemnego tunelu ze światełkiem na końcu. Choć śmierć była blisko, bardzo blisko. Generalnie wszyscy mówią, że z taką raną postrzałową nie miał prawa przeżyć. Pocisk wbił mu się z przodu w szyję, wyszedł przez plecy. Tracąc przytomność, jeszcze zobaczył twarz żony... A potem, już po utracie przytomności, widział twarz nieżyjącego starszego brata, który nad nim czuwał.

Jakub Tynka na pierwszy rzut oka jest okazem zdrowia. W wojskowym mundurze, wysportowany. Ale skutki tego, co stało się 4 lipca 2012 roku odczuwa cały czas. W lewej ręce ma dużo słabsze czucie. Ma uszkodzony splot barkowy. Czasem, przez uszkodzony nerw, opada mu powieka w jednym oku. No i blizna na szyi zdradza, co przeszedł. – Zważywszy na obrażenia jakich doznałem, nie miałem prawa przeżyć. A jednak! Sprawiłem psikusa losowi i śmierci! – żartuje.



­Mówi mi, że zdawał sobie sprawę, co go może czekać w Afganistanie, przecież nie wyjeżdżał w pierwszym kontyngencie. W jego jednostce byli koledzy, którzy przeszli przez Bośnię, Irak, Afganistan. – Misja w Bośni jeszcze była spokojna. Irak w porównaniu z Bałkanami był dużo poważniejszy. A, jeśli można tak powiedzieć, w Afganistanie to się rozhulało na dobre. W jednostce, w której wówczas służyłem, zanim wyjechałem, zginęło dwóch kolegów. Tuż przed naszym wyjazdem zginęło pięciu chłopaków z Bartoszyc. Więc wiedziałem, co tam zastanę – przyznaje po latach kapral Tynka. Mówi, że z żoną wyjazdu do Afganistanu nie ustalał; postawił ją przed faktem dokonanym. – Ona wiedziała, że taka jest moja praca, a ryzyko jest w nią wpisane – tłumaczy.

Co roku, gdy zbliża się 4 lipca, Jakub Tynka robi się bardziej niespokojny. Obrazy tego, co się wówczas działo, ma – i pewnie będzie miał – przed oczami do końca życia. – To jest tak silne przeżycie i tak mocno zakorzenione, że nie pozbędę się tego z pamięci nigdy. Nie, nie śni mi się to, ale mam to w głowie na zawsze – opowiada. Wszystko to, co stało się tego dnia, odtwarzał w pamięci wiele razy.
Dopiero potem uświadomił sobie, że tego dnia, pierwszy i jedyny raz, z kolegą Krzyśkiem, wyjeżdżając na patrol, nie przybili sobie "żółwika". I też dopiero potem przypomniał sobie, w jakim momencie zaczął się ostrzał. – To koledzy mi uświadomili, że podczas patrolu pojawiła się dziewczynka, która, jak nas zobaczyła, to zaczęła płakać. No i taki gość, co stał w bramie. Jak tylko go minęliśmy to on zasunął tę bramę. To musiał być sygnał dla tamtych, że można zaczynać akcję – wspomina dziś kapral Tynka.

Zaraz potem jak Afgańczyk zamknął tę bramę, Jakubowi Tynce zrobiło się ciemno. Rozpoczął się potworny ostrzał z kałasznikowów. Ktoś krzyknął "Jakub dostał!", ale dłuższy czas nie było jak dotrzeć do rannego, bo ogień nie ustawał. Ubezpieczany przez kolegów, do leżącego Jakuba, dotarł w końcu kapral Dariusz Radwański. Przykrył go swoim ciałem, aby osłonić przed ostrzałem talibów. Zauważył ranę na szyi kolegi, rozpiął mu kamizelkę kuloodporną, zobaczył, że pod nią jest mokro od krwi i zatamował krwotok. Ranny Jakub Tynka ocknął się na chwilę, zdołał powiedzieć, że nie może oddychać. A potem, już tracąc przytomność, zobaczył swoją żonę. Taką uśmiechniętą. – To wtedy sobie pomyślałem: Boże, ja nie chcę jeszcze umierać – wspomina żołnierz.
O tym wszystkim kapral Tynka, kapral Radwański i inni jego koledzy z misji w Afganistanie opowiadają w serialu dokumentalnym "Weterani. Wyrwani śmierci", którego emisję rozpoczyna Fokus TV. Jakub Tynka jest bohaterem jednego z ośmiu odcinków, bo każdy z nich to historia jednego żołnierza, który cudem przeżył to, w czasie afgańskiej misji zafundowali mu talibowie. W każdym z odcinków pojawia się też trzech lekarzy, którzy w wojskowej bazie w Ghazni "wyrywali" tych żołnierzy śmierci.

– To pan jest tym, który cudownie uzdrawiał żołnierzy? – zagajam dość głupio anestezjologa, prof. Waldemara Machałę z Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego w Łodzi, który na misji w Afganistanie przebywał w kilku zmianach kontyngentu. Lekarz od razu uniósł palec w górę, mówiąc, że "tam jest Ten od cudów". A potem podkreślił, że tych "wyrywających śmierci" było znacznie więcej. – To nie tylko lekarze, to także ich kumple, bo przecież Jakubowi to kolega najpierw zatamował krwotok; to także ratownicy ze śmigłowca, cały szereg osób w szpitalu w bazie, no i inni żołnierze, którzy oddawali krew – wymienia prof. Machała. Podkreśla przy tym, że nigdy nie zabrakło krwi dla operowanych – oddawano ją także wtedy, gdy na stole leżał talib.
Operację Jakuba Tynki prowadził chirurg, dr Robert Brzozowski. Potem była jeszcze baza Bagram, szpital w bazie Rammstein w Niemczech, no i Wojskowy Instytut Medyczny w Warszawie. Rehabilitacja trwała dwa lata.

Dokumentalny serial "Weterani. Wyrwani śmierci" pełen jest zdjęć z wojny w Afganistanie, które dotąd nie były nigdzie pokazywane. Zarejestrowała je Combat Camera. I nie jest to żadna inscenizacja. Są więc tu fragmenty filmu z wymiany ognia, jest też i film z samej operacji Jakuba Tynki. Pokazane jest wszystko wyraźnie – i wlotowa rana na szyi, i potworna rana wylotowa na plecach, i cały przebieg walki o życie młodego żołnierza.
Pokazana jest też trwająca obok walka o życie afgańskiego policjanta. Z mocnymi szczegółami.

Ale na stół operacyjny trafiali nie tylko żołnierze oraz współpracujący z oddziałami koalicji afgańscy policjanci. Najczęściej lekarze szpitala w Ghazni ratowali życie zwykłych Afgańczyków – cywilów. Ale zdarzało się też, że walczono o życie talibów. Tych, którzy chwilę temu strzelali do naszych. I gdyby nie byli ranni, chętnie by polskich żołnierzy udusili gołymi rękoma. – Traktowaliśmy ich tak samo jak naszych – zapewnia prof. Machała. – A ja jestem nimi, jako naszym wrogiem, zafascynowany – dodaje. – Pan to mówi z ironią? – nie dowierzam.
– Ależ nie! To jest przeciwnik, który z dnia na dzień potrafi zmienić taktykę. W cywilizowanej armii to wszystko poddaje się analizie, zatwierdza lub nie. Oni potrafili zaskakiwać. Jeszcze w 2012 tzw. IED, improwizowane ładunki wybuchowe, umieszczali najczęściej zakopane pod ziemią. Czyli one urywały stopy, czasem całe nogi, ale miało się ręce i głowę. W 2013 roku zaczęli je montować w ścianach. Wtedy z człowieka nie zostawało nic. Przed takim nieprzyjacielem trzeba chylić czoło – stwierdza podpułkownik w rezerwie, anestezjolog.
Ppłk rez. dr hab. n. med. prof. WALDEMAR MACHAŁA

Oni się nie bali śmierci. Oni się nie bali bólu i cierpienia. Oni się nie martwili o swoich najbliższych. Skoro tak, to niewiele da się im zrobić. Talibowie to naprawdę straszny przeciwnik.

Zdaniem prof. Machały na polskich żołnierzy za walkę z tym niesamowicie trudnym przeciwnikiem częściej spada hejt niż jakiekolwiek pochwały. – Że wojsko najemne, że pojechali dla pieniędzy, że po co się tam pchali, bo to przecież nie była nasza wojna – wymienia. W USA powstały dziesiątki filmów, w których oddano hołd walczącym w Afganistanie żołnierzom. U nas była jedna "Karbala". – Fatalnie konsultowany – ubolewa prof. Machała, wskazując choćby na to, że nigdy nie udziela się pomocy pod ostrzałem. I cieszy się, że powstał serial dokumentalny o polskich żołnierzach w Afganistanie. Że szokuje niektórymi zdjęciami? – To dobrze, ma szokować. Bo tak to naprawdę wyglądało – mówi.

I prof. Machała, i kapral Tynka mówią, że choć w wojnie w Afganistanie śmierć poniosło 44 polskich żołnierzy, a ponad 860 zostało rannych, to są korzyści z tej misji. Zaznaczają, że nie oceniają tego w kategoriach decyzji politycznej, bo oni nie są od tego. – Dla polskiej armii to był staż u boku najlepszej armii świata. Ale i pod względem medycznym skorzystaliśmy: proszę sobie wyobrazić, że w pierwszych śmigłowcach Lotniczego Pogotowia Ratunkowego używano tego, co przywieźliśmy z wojny. Lekarze zaś uzyskali doświadczenie w leczeniu takich obrażeń, jakie powstają w wyniku ataków terrorystycznych – uzasadnia anestezjolog. – Na pewno polskie wojsko od tamtego czasu dokonało ogromnego postępu w wyszkoleniu oraz w uzbrojeniu. To była dla nas nieoceniona nauka – uważa także Jakub Tynka.
Czy dla niego "wyrwanie śmierci" to rozdział zamknięty? I tak, i nie. – Zawsze byłem optymistą. Teraz, gdy wiem, że udało mi się oszukać śmierć, optymizmu we mnie jest jeszcze więcej. Kieruję się w życiu zasadą, że trzeba chwytać chwilę, ale z rozsądkiem. Nie miałem po tym zdarzeniu jakichś większych problemów psychicznych, dzięki rodzinie, zwłaszcza dzięki żonie, szybko otrząsnąłem się z tego. Cieszyłem się, że kręgosłup mam nienaruszony i mogę chodzić. Dlatego w tym sensie sprawa jest już zamknięta – tłumaczy Jakub Tynka.

Z drugiej jednak strony przyznaje, iż nie może się pogodzić z tym, że po tym wszystkim jest teraz żołnierzem sztabowym, pracującym tylko za biurkiem. – Jestem zadowolony, że mogę wciąż zakładać mundur, że mogę nadal służyć w wojsku. Ale... latanie po krzakach, skakanie z samolotu wojskowego, cała ta orka: tęsknię bardzo za tym wszystkim – mówi kapral Jakub Tynka. I gdyby tylko mógł, ponownie wyjechałby na jakąś misję. – Bo nigdy do końca się stamtąd nie wraca – wyjaśnia.

Serial dokumentalny "Weterani. Wyrwani śmierci" emitowany jest w Fokus TV. Premiera w czwartki o 22.00, powtórki w soboty o 19.00 i w niedziele o 21.00.
POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...