Prowincjusz, obrońca ścian na klatce schodowej... 7 typów ludzi, którzy mieszkają na nowych osiedlach. Ty też ich znasz

Osiedla są różne, ale ludzie podobni.
Osiedla są różne, ale ludzie podobni. Fot. Kornelia Głowacka-Wolf / Agencja Gazeta
Nowe osiedle to zjawisko samo w sobie. Boom mieszkaniowy jest faktem, a na nowe blokowiska wprowadza się cała masa osób, a wśród nich także ja. Tworzą się nowe społeczności, często inne niż te, do których jesteśmy przyzwyczajeni. W każdym nowym budynku mieszkalnym spotkacie kilka typów ludzi, o których za chwilę. Moje obserwacje potwierdzają inni mieszkańcy osiedli.

Działacz

Inaczej nazywany społeczniakiem. Najważniejsza osoba na osiedlu. I wbrew pozorom, jej istnienie niesie za sobą cały szereg plusów. To najczęściej osoba, która ma w sobie żyłkę do zarządzania. To ona najczęściej zakłada osiedlową grupę na Facebooku – bo jeśli nie wiecie, to teraz każde osiedle takie ma, służy jako kanał do dyskusji pomiędzy sąsiadami.



Za inicjatywami najczęściej idzie poparcie mieszkańców dla działacza. Społeczniak dlatego najczęściej znajduje się we wspólnocie mieszkaniowej i odgrywa w niej pierwszoplanową rolę. To osoba, która bierze na siebie ewentualne spory z deweloperem, organizacyjne sprawy osiedla.

– Jest wspaniały, robi dokładnie to wszystko, czego mi i innym mieszkańcom zupełnie się nie chce. Pamiętam, na samym początku, tuż po tym, jak się wprowadziłam, że latał po wszystkich klatkach i dokumentował zniszczenia, które były winą dewelopera, a nie ekip wykończeniowych poszczególnych lokatorów. Dzięki temu mógł potem podważać odbiór budynku, który deweloper przeprowadził właściwie sam dla siebie, na swoich zasadach – wspomina Ewa, która mieszka w nowym bloku na warszawskim Bemowie od kilku lat.

Z działaczem jest jednak problem. Kiedy rośnie jego pozycja, często zaczyna utożsamiać swoją inicjatywę z inicjatywą mieszkańców. – Miał bardzo dobry kontakt z zarządcą nieruchomości i jej pracownikami. Do tego stopnia, że zdarzało mu się przedstawiać swoje inicjatywy, opracowane w wąskim gronie wspólnoty mieszkaniowej, bez konsultacji z mieszkańcami. A potem przychodziło zebranie członków wspólnoty i głosowanie nad wnioskami, które wiele osób co najmniej… dziwiły. Jak np. doposażenie z funduszu remontowego portierni w małą kuchenkę elektryczną. Pewnie się polubił z ochroniarzami – wspomina.

Małomiasteczkowy przyjezdny

Czyli tytułowy prowincjusz. Przyjechał do dużego miasta z małego miasta lub nawet z wioski. Jest przyzwyczajony, że nikt go nie obserwuje, że sąsiedzi są daleko albo za wysokim płotem. Że nikt go nie widzi. A to wrażenie bardzo złudne.

– Ja naprawdę nie mam nic przeciwko słoikom, zresztą sama właściwie jestem jednym, ale mogli by nie chodzić po balkonie w samych gaciach. Zwłaszcza, że często nie ma się czym chwalić – mówi o swoich sąsiadach Klaudia, mieszkanka bloku na warszawskiej Woli.
– Do mieszkania obok wprowadziła się rodzina z małymi dziećmi. Zrobili sobie z klatki schodowej normalnie sień. Pod ścianą stoją jakieś meble i zagracają przejście, na dodatek rozłożyli sobie obok drzwi wejściowych jakiś kocyk, na którym stawiają buty. Obrzydliwe. Kiedyś zwróciłam im uwagę, że przejść się nie da. Pani odpowiedziała, że rozumie i coś z tym zrobi. To było rok temu. Dostawili w międzyczasie jakąś szafeczkę – dodaje.

Problematycznie robi się też, kiedy małomiasteczkowy przyjezdny chce umyć balkon. A potem wylewa wodę z mopa przez… ten właśnie balkon. Przy okazji zalewając balkony innych sąsiadów. To dość częsty przypadek.

Obrońca przestrzeni publicznej

Wspomniany obrońca ścian na klatce schodowej. Na swoje mieszkanie wydał oszczędności życia, najczęściej jeszcze stosunkowo niedługiego. Te jednak były za małe, ponieważ mieszkania w Polsce są zwyczajnie drogie. Więc potrzebny był kredyt, na spłatę którego obrońca przestrzeni publicznej żyłuje się co miesiąc. I tak przez najbliższe kilkadziesiąt lat.

Dlatego obrońca przestrzeni publicznej za punkt honoru bierze sobie ochronę bloku, w który tyle zainwestował. Co w zasadzie należy bez żadnej ironii pochwalić. Problem w tym, że chwilami przybiera to absurdalne formy.

– Jeden facet na naszej grupie robi awanturę o KAŻDĄ (mój rozmówca prosi mnie o podkreślenie tego – red.) rysę na ścianach części wspólnych. Jakby nie rozumiał, że jest remont, że takie rzeczy się zdarzają, że nikt tego nie robi specjalnie. Poza tym przecież wiele osób ma ekipy remontowe, które to robią. Może moja też była nieostrożna. Miałem nad nimi w trakcie swojego remontu stać i pilnować ścian? Miałem swoją pracę do wykonania – wspomina niedawny remont Jacek z warszawskiej Pragi Południe.
Warto dodać, że ten syndrom jest często powiązany z efektem nowości. Po kilku miesiącach, kiedy wiele osób zdaje sobie sprawę, że na osiedlu, gdzie mieszka kilkaset osób, nie da się wszystkiego dopilnować, nastroje co bardziej krewkich sąsiadów stają się bardziej stonowane.

Imprezowicz

Bardzo często osoba, która dostała mieszkanie w prezencie od bogatych rodziców. W sam raz na studia. Pokój dzienny z aneksem, sypialnia, około czterdziestu metrów kwadratowych.

– Ja w zasadzie ich rozumiem, ale tego się czasami nie da wytrzymać – mówi mi Ewa. – Jest taki chłopaczek, teraz to będzie już chyba trzeci rok studiów. Albo czwarty. Mieszka dwa piętra niżej, ale i tak wszystko się niesie pionami… Teraz trochę spuścił z tonu, ale początki były straszne. Impreza co piątek i… co sobotę. On chyba w ogóle do rodziców nie jeździł. W pewnym momencie doszło do tego, że sama zaczęłam więcej imprezować, bo w domu i tak nie dało się wytrzymać, jeśli człowiek chciał się wyspać, odpocząć – kontynuuje.
Wiele osób na rzecz nieniszczenia sobie relacji sąsiedzkich takie imprezy stara się tolerować. Czasami jednak nerwy puszczają, ale wtedy zostaje… tylko policja. A na to nie każdy się zdecyduje. – Sama przecież nie pójdę mu zwrócić uwagi. Nie mam nawet dzieci, wyszłabym na lamusa – wspomina. – Kiedyś zadzwoniłam więc na portiernię i poprosiłam o interwencję. Ochroniarz rzeczywiście poszedł i zapukał. Jak mu otworzyli, zapytali, czy chce się napić wódki. Kiedy odmówił, kazali mu wyp******ać.

Matka z dzieckiem

Matka z dzieckiem to bardzo częsty przypadek na nowych osiedlach. To naturalne – świeżo upieczone małżeństwa chętnie kupują nowe mieszkania. Dlatego na ulicach wzdłuż nowych bloków roi się od wózków. To wręcz stały element krajobrazu. I bywa, że z mamami jest ciężej, niż ze słynnymi "babciami" ze starych bloków.

– Mieszka taka jedna młoda mama na moim piętrze, lepiej z nią nie zadzierać – mówi mi nastroszona Klaudia. – Ryczą jej te dzieci na okrągło, nie da się wytrzymać. No ale im wolno. Ale ja muszę siedzieć cicho jak mysz pod miotłą, nie daj Boże włączę trochę głośniej muzykę. Od razu się jej włącza instynkt drapieżnika, jakiś tryb obronny. Bo wtedy dzieci ryczą. A ja w sumie najchętniej bym tę muzykę puściła głośniej, żeby tych ryczących dzieci nie słyszeć. I koło się zamyka – dodaje.
Ale z taką matką, wbrew pozorom, można się jednak dogadać. Kwestia podejścia. – Może to moje szczęście, a może ja po prostu nie hałasuję za bardzo. Albo ja jestem zbyt ugodowy, no ale dogadałem się. Mojej sąsiadce urodził się kilka miesięcy temu chłopczyk. W końcu jakoś przy windzie temat został poruszony. Ja obiecałem, że nie będę przesadnie głośno puszczał muzyki, ona obiecała, że nie będzie biegała do mnie z byle głupotą. Czasem jak ją spotkam, pomogę z wózkiem, ogółem pokażę trochę dobrej woli. I jakoś to idzie. Robię imprezy, w zasadzie nie rzadziej, niż mam ochotę – stwierdza Grzesiek z Poznania .

Wyizolowany

– Nie umie powiedzieć dzień dobry. Z początku nawet próbowałam sama się odzywać, ale jak nie, to nie, zresztą młodszy jest – mówi mi Kasia z jednego z osiedli na Wilanowie w Warszawie. – Nie jestem nawet pewna, w którym mieszkaniu mieszka. Mijam go tylko w windzie czy przy wejściu na osiedle, zawsze w milczeniu.

Wyizolowany nie interesuje się życiem swojego nowego osiedla. Sąsiadów nie uważa za osoby, które będzie spotykać być może przez najbliższe kilkadziesiąt lat, tylko za obcych. Intruzów.

– Są tacy, o których nic nie wiadomo. Nie pojawiają się na zebraniach, nie głosują, nie biorą udziału w dyskusjach na Facebooku, zresztą często chyba zwyczajnie nie są nawet członkami naszej grupy – dodaje Ewa. – Jakby im wszystko było obojętne – podsumowuje.

Lokator

I ostatni typ, tak naprawdę najczęstszy. Reprezentują go osoby, które przede wszystkim chcą mieć w swoim bloku spokój. Nie chcą wtrącać się w cudze sprawy i oczekują tego samego od innych. Jest po prostu normalny.

– Wiadomo, oryginałów można spotkać wszędzie. W pracy, w klubie, w autobusie... Przecież oni gdzieś mieszkają, więc nie ma powodu, żeby ich nie było w moim bloku. Ale większość sąsiadów to ludzie zupełnie tacy, jak ja – podsumowuje Jacek.

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...