Toskania i Prowansja – kiczowate atrapy dla turystów czy europejskie raje?

Problem, czy też może cały urok, Toskanii i Prowansji polega na tym, że i na żywo przypominają podrasowane zdjęcie ze stocka. 123rf zdjęcie seryjne / Preve Beatrice
Co robi człowiek Zachodu, gdy doskwiera mu wypalenie zawodowe / wielka miłość skończyła się nie tylko w życiu, ale i w świetle prawa / codzienność, mimo designerskiego fotela w kolorze electric blue, wcale nie elektryzuje? Udaje się na poszukiwanie sensu do rajskiego ogrodu. Według bestsellerów i blockbusterów, świętych ksiąg ponowoczesności, znajduje się on całkiem niedaleko. I to w dwóch wariacjach – toskańskiej i prowansalskiej.

Max, bohater filmu Ridleya Scotta „Dobry rok” jest odnoszącym sukcesy maklerem giełdowym, nawykłym do deptania nie tylko konkurencji, ale i podwładnych. Konieczność załatwienia formalności związanych ze spadkiem po zmarłym wuju zmusza go do opuszczenia Londynu. Choć w okolonej winnicą posiadłości w Prowansji spędził dzieciństwo, jest wolny od sentymentów. Chce sprzedać dom. Możliwie jak najszybciej i z jak największym zyskiem. Niespodziewane problemy w pracy zmuszają granego przez Russella Crowe'a bohatera do pozostania w Prowansji dłużej, niż planował.



Zaczyna odnawiać dom, przypominając sobie spędzone w nim chwile. I tu zaczyna się magia. Najpierw w świecie Maxa, który dotychczas zmieniał dziewczyny jak rękawiczki, pojawia się charakterna kelnerka Fanny (Marion Cotillard). Następnie w progu posiadłości staje córka wuja, o której istnieniu Max nie miał pojęcia. Pochodząca z Kalifornii dziewczyna zupełnie przypadkowo okazuje się też specjalistką od win, a przy okazji za sprawą podobieństwa do zmarłego wuja, sprawia, że Max zamienia się w całkiem rodzinnego faceta. Lokalna trójca święta pod postacią beztroskiej gosposi, zmysłowej kelnerki i kochającego ziemię nadzorcy winnicy uzmysławiają mężczyźnie, co daje w życiu prawdziwe szczęście. „Dobry rok” pokazuje, że nawet Ridley Scott fantazjuje czasem o europejskim mikroraju skąpanym w promieniach słońca.
Okazuje się, że dom „z duszą” można remontować nie tylko na południu Francji, ale i w Italii. Tak, jak bohaterka filmu „Pod słońcem Toskanii”. Pisarka w średnim wieku, przyjeżdża do Włoch z San Francisco, żeby zapomnieć o niedawnym rozwodzie. Zachwycona krajobrazami nieoczekiwanie postanawia kupić i samodzielnie wyremontować toskańską willę, w czym pomaga jej trójka biednych, ale poczciwych polskich robotników (akcent patriotyczny). Frances kuje z zapałem stare płytki, mierzy się z wodą wrzącą w toalecie (sic!) i uczy się radości życia, obserwując jak Katherine, mieszkająca w Toskanii Amerykanka, naciera w osobliwym uniesieniu policzki...pisklęciem. Są też namiętni Włosi i (rzecz jasna) wielka miłość.

Przytoczone filmy, oba oparte zresztą na biograficznych powieściach, są charakterystyczne dla popkulturowych przedstawień rajów utraconych. Scenariusz jest ten sam – zanurzony po szyję w wielkomiejskim życiu bohater udaje się na wieś (choć ze względu na negatywne konotacje odpowiedniejsze byłoby tu pewnie słowo „prowincja”), aby w otoczeniu przyrody, ale też za sprawą obcowania z tradycją i tubylcami, przewartościować swoje dotychczasowe życie. Dokonuje kopernikańskiego przewrotu jeśli chodzi o niewspomaganą produkcję serotoniny. Okazuje się, że do szczęścia potrzeba jedynie długich spacerów i rozmów z sąsiadami przy suto zastawionym stole.
Remontowanie domów zbliża odwykłych od pracy fizycznej bohaterów do przedstawicieli lokalnych społeczności. Odnowienie posiadłości wśród wzgórz ma charakter symboliczny. Wysiłek, zmęczenie i duma z efektów łączą bohaterów z miejscem, którego jako kawałka raju nie można rzecz jasna „nabyć drogą kupna”. Fasady i ścieżki zmieniają się, jak odnawiający je w pocie czoła przybysze z miasta. Tak zmęczony człowiek kapitalizmu powraca do ogólnoludzkich korzeni.

Kino kocha lawendę

Podobnych historii w kinie nie brakuje. O Prowansji opowiada choćby „Francuski pocałunek”, czyli Meg Ryan odkrywająca podczas przechadzek po winnicy, że prawdziwa miłość kryje się zupełnie nie tam, gdzie jej szukała. Jej filmowy partner, Jean Reno dziewięć lat później zagra już nie francuskiego amanta, a dziadka do którego prowansalskiego (jakżeby inaczej) domu przyjeżdżają na wakacje uzależnione od bycia online wnuczęta. Nie gdzie indziej, jak na południu Francji rozgrywa się też akcja „Magii w blasku księżyca” (2014), kolejnego w dorobku Allena filmu z serii „w Europie i bez polotu”. Filmowa Toskania, mimo że pozbawiona jakiejkolwiek estetycznej rysy, stała się tłem, ale i bohaterką kilku ciekawych fabuł.

„Zapiski z Toskanii” pokazują spotkanie kobiety i mężczyzny w średnim wieku. W trattoriach i na mikroplacach toskańskich miasteczek rozwija się między nimi subtelna gra, konfundująca widza. W pewnym momencie trudno zorientować się czy oglądamy spotkanie nieznajomych, czy nie do końca jasną małżeńską potyczkę. Skąpane w słońcu wzgórza zamiast zachwycać coraz bardziej ciążą, a Toskania z raju przeistacza się w emocjonalne bagienko.
Choć fabuła „Ukrytych pragnień” nie jest wcale bardziej wyszukana niż fabuły „Dobrego roku” czy „Pod słońcem Toskanii”, ten gwiazdorsko obsadzony (Jeremy Irons, Liv Tyler, Rachel Weisz) film urzeka niewymuszoną zmysłowością. To ta cecha jest sednem, jeśli chodzi o przedstawianie Toskanii i Prowansji, w których doznania zmysłowe powinny się przenikać, pozwalając krainy nie tylko zobaczyć, ale też poczuć.

Bertolucci właściwie nie opowiada nam historii, a jedynie pokazuje bohaterów w leniwych ujęciach, które oddają słynne włoskie dolce far niente. Być może chodzi tu tylko i aż o to, że w przeciwieństwie do większości reżyserów podejmujących temat przemiany w Toskanii jest Włochem.

„Prawdziwe” i prawdziwe

W opublikowanym kilka tygodni temu wywiadzie dla „Wysokich Obcasów” analityczka trendów, Zuzanna Skalska, powiedziała, że nastały czasy, w których biedni ludzie pragną ziemniaków obranych i umytych, a bogaci takich oblepionych ziemią. Bardzo podobnie jest z marzeniem o toskańsko-prowansalskich rajach. Otoczeni technologią, produktami masowej produkcji i wykonując pracę polegającą przede wszystkim na szeroko pojętym klikaniu, tęsknimy za czymś bardziej namacalnym i ludzkim.

W społeczeństwach zachodnich codzienność uchodzi tradycyjnie za coś trywialnego, żywicę spajającą fragmenty „prawdziwego” życia. Przez lata znaczenie przypisywaliśmy przede wszystkim czynnościom dalekim od rutyny i potrzeb fizycznych. I chociaż dzisiaj abstrakcją dla coraz liczniejszej grupy stają się zajęcia, zdawać by się mogło zwyczajne, jak zjedzenie śniadania przy własnym stole czy chwile zawieszenia przeznaczone na patrzenie w dal, określane pogardliwie mianem nieróbstwa.

W serwowaniu ułudy „prawdziwego” życia wyspecjalizowały się regiony takie jak Prowansja czy Toskania. Ich krajobrazy to łagodne Tolkienowskie Śródziemie. Zbyt perfekcyjne, żeby być swojskie, ale też nie dystansująco egzotyczne. Słoneczne wzgórza, ciągnące się po horyzont winnice, pola lawendy czy drogi obsadzone cyprysami odpowiadają kultywowanemu właściwie od starożytności mitowi sielankowości znacznie bardziej niż współczesna Grecja.

Tyle że krajobrazy tych regionów stają się coraz bardziej luksusowymi rezerwatami dla zamożnych zagranicznych urlopowiczów, którzy konsumują nie tylko Panforte czy Bouillabaisse, ale i pocztówkowy krajobraz. Na pełne obcowanie z nim w wynajętych pośród wzgórz domach wiele osób najzwyczajniej nie może sobie pozwolić. Bo przecież, żeby „naprawdę” poczuć osławione słońce Toskanii czy bryzę Lazurowego Wybrzeża nie wystarczy objazdówka z cyklu dziesięć miast w sześć dni. Trzeba w kupionym za euro odosobnieniu sączyć Brunello di montalcino.
Bezrefleksyjnie pragniemy wejść w cudze buty, nawet jeśli miałyby być dobrane przez kostiumografkę na potrzeby ekranizacji. Naiwnie wierzymy, że jeśli mamy mapę, to odnajdziemy skarb pod postacią szczęścia wynikającego z obcowania z prostotą i harmonią toskańsko-prowansalskiej prowincji. Ciężko dotrzeć do indywidualnego przeżycia, jeśli w naszych głowach pokutują nawarstwione przez lata wyobrażenia. I to niezależnie od tego, czy Włochy znamy od Iwaszkiewicza czy po prostu pielęgnujemy powidoki scen z „Jedz, módl się, kochaj” lub przeczytaliśmy od deski do deski popularny baedeker.

Polacy dopiero od kilku lat odkrywają krainy, deptane pieczołowicie przez naszych zachodnich sąsiadów w latach 80. i 90. Z tych lat pochodzi też większość bestsellerowych książek, których powstało już tak wiele, że można by umieścić je na osobnym regale, co zresztą odpowiadałoby ich nieokreślonemu gatunkowi. Z jednej strony kwiecisty język literacki, z drugiej wątki autobiograficzne. W części znalazło się też miejsce na przepisy, a nawet zdjęcia. Ni to dział „literatura”, ni „kulinaria” ni „podróże”. W przeciwieństwie do popularnych wycieczek do Rzymu czy Paryża Toskania i Prowansja to nowy snobizm, podobny do „obowiązkowego” miesiąca w Tajlandii.

Pielgrzymka turystyczna

Prostota i życie „jak przed wiekami”, którymi zachwycają się miliony turystów (w 2015 stolicę Toskanii, niespełna 360-tysięczną Florencję odwiedziło ponad 9 milionów) to w istocie element precyzyjnie dopracowanej makiety. Zgodnie z dyrektywą będącą kontynuacją obowiązującego od lat 80. prawa, wzgórza okalające toskańskie miasta o wartości historycznej nie mogą być zabudowywane, co więcej muszą zachować swój tradycyjny rolniczy charakter – nawet jeśli oliwek z hodowanych drzew od dawna nikt nie zrywa.

Urzekające widoczki to w lwiej części skansen służący konsumpcji wizualnej. Tak poszukiwane przez pielgrzymujących tu z wielkich metropolii turystów prawdziwe życie wymaga pewnej dowolności w korzystaniu. Za tym, co odbieramy jako brzydotę otoczenia często stoi funkcja praktyczna. Życie mieszkańców wycofuje się na peryferia, do rodzaju anty-Toskanii. Zakaz zabudowywania wzgórz wokół stolicy regionu obowiązuje już od lat 60., prawdziwe miasto rozwija się więc wyłącznie w kierunku północno-zachodnim, nietknięte stopami urlopowiczów.
Kolejnym zabawnym złudzeniem jest przekonanie o rustykalnym charakterze oglądanej zabudowy. Tymczasem tradycyjnie wiejskie domy, których mieszkańcy utrzymywali się z płodów ziemi czy hodowli zwierząt podlegały ciągłym przemianom, które adaptowały je do bieżących potrzeb. Polska głęboka prowincja z jej naiwną architekturą, z wszystkimi tymi niepasujących do siebie dobudówkami, jest w istocie o wiele prawdziwsza niż zdezynfekowane architektonicznie posiadłości Prowansji, które odbieramy jako tradycyjną architekturę.

Z drugiej strony, nietrudno w lokalnej zabudowie uświadczyć pozostałości starożytnych zabudowań wkomponowanych we współczesny miejski krajobraz. Toskania i Prowansja stoją na wpół wymarłymi poza sezonem domkami, gdzie winogrona hodowane są często, żeby pobawić się w winnicę, a nie zarobić na własne utrzymanie. To skansen nie mniejszy niż wioski Indian w Stanach.

Co z pola, to z serca

Postrzeganie krajobrazu, i to nawet przez najbardziej zagorzałych racjonalistów, jest obciążone symbolicznie. Krajobraz wiejski jako gwarant uczciwości i prostolinijności mieszkańców nie jest bynajmniej pomysłem nowym. Cóż, jak nie powrót do natury w celu odnowy moralnej, proponował w swoich traktatach o wychowaniu Rousseau. Za beztroskę i frywolność arkadyjskich pastuszków odpowiadały z kolei wiecznie zielone pastwiska i szemrzące strumienie. Co ciekawe, towarzysząca chłopom przez wieki bieda, w XXI wieku została niespodziewanie połączona z pełną cnoty surowością. Prosty ubiór, wystrój domów, wreszcie potrawy nie były efektem wyboru podyktowanego świadomością „że do szczęścia więcej nie potrzeba”, jak sprzedają to amerykańskie superprodukcje, ale wyrazem niedostatku.

– Milczę oszołomiony lokalnym grubym i ciężkim makaronem pici w sosie z kaczki, który pałaszuję, jakby to był ostatni posiłek w moim życiu, i buzię mam okrągłą, gdy wchodzę na Piazza del Campo w Sienie i oniemiały oglądam to nieskończenie doskonałe arcydzieło, które przecież widziałem na tylu obrazach, na tylu zdjęciach, na tylu filmach, ale żadne z nich nie jest w stanie oddać tego, co widzę, tak jak nic nie odda panoramy toskańskich wzgórz, które podziwiam, wstając i żegnam wraz z kiczowatym zachodem słońca – napisał kilka lat temu Marcin Meller w felietonie dla „Newsweeka” o swojej pierwszej wizycie w regionie. To więcej niż trafne podsumowanie zanurzania się w pełen klisz, ale przez to nie mniej urzekający region.

Z mitycznymi ogrodami Europy nie jest tak, jak w przypadku Słowackiego, który "ma zachwycać, kiedy nie zachwyca". Nawet jeśli te regiony mają w sobie coś z rustykalnych Disneylandów dla dorosłych, ta świadomość nie mąci zachwytu. Gruntowne zmiany pod wpływem świeżo wyciśniętej oliwy i remontu lepiej włożyć jednak między bajki. A snobowanie się na „autentyczne” doznania lepiej sobie darować. Lub przeżyć je w bieszczadzkiej chacie.

Podróż zaczyna się tak naprawdę na długo przed nadaniem walizki na Okęciu. Składają się na nią oczekiwania i informacje, które zdobywamy przed wyjazdem, ale też wrażenia i przemyślenia zostające z nami na długo po powrocie. To wszystko buduje emocjonalny pejzaż danego miejsca. Prawdziwe przeżycia mają to do siebie, że niekoniecznie są przyjemniejsze od tych podkolorowanych filtrami zostawionymi przez poprzedników.

Napisz do autorki: helena.lygas@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...