Izotoniki? Odżywki? Nie dziękuję. Ten ultra-maratończyk bije życiówki na domowej diecie

Fot. fotomaraton.pl
Dariusz Nożyński ma na koncie kilka maratonów. Pytany o udział w niedawnym “ultra” biegu - Wings for Life - przyznaje, że nie przygotował się do niego za dobrze i skromnie zaznacza: - Dla osoby, która od jakiegoś czasu biega na dość wysokim poziomie, nie jest to ekstremalny wysiłek. Nie dowierzacie? Poczekajcie, aż usłyszycie, jakiej kilometrówki maratończyk nie uważa za ekstremalną. Zdziwienie będzie jeszcze większe, kiedy dowiecie się, ile Dariusz Nożyński trenuje i jak podchodzi do różnego rodzaju “wspomagaczy”

Wings for Life polega na tym, że każdy biegnie, ile może - w słusznej sprawie, bo wpłaty z rejestracji przekazywane są organizacji zbierającej fundusze na badania nad rdzeniem kręgowym. Konwencja samego biegu też różni się od przeciętnej. Uczestników goni bowiem specjalny samochód pościgowy, który startuje kilkadziesiąt minut po nich i jedzie ze stale rosnącą prędkością. Dariusza Nożyńskiego gonił przez ponad 68 kilometrów.

- Do biegu Wings przygotowywałem się słabo, bo późno zdecydowałem się na start. Ale pogoda, atmosfera i wcześniejsze ogólne przygotowanie złożyło się na jakiś tam wynik.

“Jakiś tam” czyli drugi najlepszy w Polsce.

Komuś, kto nigdy nie przebiegł maratonu, wydaje się, że jest to dystans nie do pokonania. Kiedy już tego dokona, perspektywa się zmienia. 60 km, a tyle początkowo sobie założyłem, to raptem o 18 km więcej niż maraton. Ograniczenia w takim biegu stwarza więc bardziej psychika niż możliwości organizmu.
Podczas maratonów stosuje Pan jakieś psychologiczne triki?

Nie. Z psychiką jest jak z formą - nie da się jej zbudować z dnia na dzień. Pewność siebie rośnie wraz z wynikami, a systematyczne treningi i namacalne efekty to jej podstawowy budulec.

Problem z ukończeniem dystansu pojawia się wtedy, gdy nie wiemy, czy wyznaczony cel jest w naszym zasięgu. “Trików” mogą potrzebować ci, którzy nagle zrywają się z kanapy i wymyślają sobie, że pobiegną maraton.

Jest Pan amatorem, ale w maratonach startuje jednak regularnie. Ile czasu poświęca Pan na treningi?

Przed maratonem robię przeważnie pięć treningów tygodniowo. Każdy trwa nie więcej niż półtorej godziny. Zdarzają się też dwugodzinne, ale rzadko. Na treningach nie biegam dużej ilości kilometrów, raczej stawiam na szybsze biegi.

Tylko 1,5 godziny?

Tylko i aż. Kluczem jest, tak naprawdę, regularność. Ale jeśli pomyśleć, że z całego tygodnia muszę “wyciąć” osiem godzin, to jest to, moim zdaniem, sporo. A już na pewno wystarczająco dużo, żeby zapytać się, czy warto poświęcać tyle czasu na bieganie. Przed Wingsami trenowałem do 10 godzin w tygodniu i poważnie zastanawiałem, czy przypadkiem czegoś z życia nie tracę.
Często Pan tak myśli?

Cały czas to kalkuluję. Doba zawsze ma 24 godziny. Z pracy przychodzę o 17. Jeśli chciałbym biegać trzy godziny dziennie to przez te trzy godziny nie byłoby mnie w domu. Wielu amatorów takiej świadomości nie ma, o czym zresztą piszę na swoim blogu. Biegając dużo, można sporo stracić z życia, a zyskać, umówmy się, niewiele. Poprawiamy się o minutę, dwie. Ale to nie przeniesie nas do innego, profesjonalnego, świata. To są tylko i wyłącznie nasze małe sukcesy. Nikt z nas nie powalczy przecież o olimpijskie złoto. Co innego bieganie dla zdrowia, ale to nie zabiera dużo czasu. I żeby była jasność, absolutnie do biegania nie zniechęcam – wręcz odwrotnie, tyle że z umiarem.

To o co Pan walczy?

Ja akurat nie mam przyjemności z biegania jako takiego. Chyba nie biegałbym po prostu “dla zdrowia”, czy po to, żeby schudnąć. Jestem człowiekiem zorientowanym na cel. Trenuję więc od zawodów do zawodów. Na jesień mam zaplanowany Maraton Warszawski, na rok 2018 - kolejną edycję Wings’a. Dla mnie liczy się sama rywalizacja - to ona mnie motywuje i nakręca do poprawiania wyników.
Żeby te wyniki poprawiać, albo w ogóle - przebiec pierwszy w życiu maraton, trzeba mieć plan treningowy. Bez tego ani rusz - mówi Internet i podsuwa tysiące wariantów. Pan też zaczynał od szczegółowego planu?

Biegam od dawna, w zasadzie od liceum, więc zaczynałem jeszcze zanim moda na bieganie zdążyła się na dobre rozkręcić. Jeszcze w szkole podstawowej w Przasnyszu bieganiem zaraził mnie mój nauczyciel WF-u Dariusz Durczyński. W liceum kontynuowałem hobby u pana Andrzeja Czaplickiego a na potem u trenera Lecha Smolińskiego. Pojęcie o treningu zatem jakieś już było. Do dystansów 5 km wzwyż, stosowałem natomiast metodę prób i błędów. Trenowałem “na samopoczucie”, czyli jeśli miałem ochotę biegać do oporu, to biegałem, jeśli nie - to nie. Od 2006 roku regularnie spisuję, to co robię na treningach i na tej podstawie planuję kolejne etapy przygotowań. Staram się jednak nie trzymać kurczowo planu, to nadal w dużej mierze trening na samopoczucie.

Złotych rad na temat biegania czy przygotowania się do maratonu jest dzisiaj w Internecie mnóstwo, to fakt. Po tylu latach umiem jednak oddzielać te, które są mało przydatne.

Ale przekłamań, na które łapią się początkujący, jest sporo. Ma Pan swoje “ulubione”?

Internet lubi często przywiązywać wagę do spraw, w zasadzie, mało istotnych typu “właściwe nawadnianie w trakcie treningu”. Robiąc kilka kilometrów nie ma sensu biegać z butelką wody w ręce. Wiem z doświadczenia, że nawet biegnąc 68 kilometrów nie trzeba pić dużo więcej, niż łyk wody co pięć kilometrów. Oczywiście po treningu płyny należy uzupełnić, ale to co innego. Rozciąganie - to kolejna tego typu sprawa. Wiele osób po ciężkim treningu zaczyna się rozciągać. Nie należy tego robić. Mięśnie są wtedy nadwyrężone, częściowo uszkodzone, nie ma sensu ich dodatkowo eksploatować.
Internet może początkujących biegaczy nawet skrzywdzić. Utrwala przekonanie, że można przez pół życia nic nie robić, po czym pewnego dnia wstać i z miejsca zacząć się przygotowywać od razu do maratonu. Pewnie, to jest wykonalne, ale taka osoba może sobie bardzo zaszkodzić, zamiast pomóc.

Ale w narodzie zapanował duch pod tytułem “biegać każdy może”. To Pana cieszy czy martwi?

Ogólnie to pewnie że cieszy. Jestem świadomy jednak, że w pewnym sensie jest to sztucznie napędzane przez producentów obuwia, odzieży sportowej, odżywek. To jest wielki biznes, trzeba sobie zdawać z tego sprawę.

Moda na bieganie ma więc swoje dobre strony, ale i zagrożenia. Trzeba się umieć przed tym chronić i być świadomym, co jest tylko medialnym szumem, a co może nam przynieść prawdziwe korzyści. To tak jak z chwilówkami: też są ogólnodostępne, ale trzeba nauczyć się z nich korzystać świadomie.
W bieganiu łatwo się zatracić i podporządkować mu całe życie - to też kwestia świadomego wyboru. Umiar jest kluczowy, podobnie jak chłodna kalkulacja strat i zysków. Trzeba się zastanowić, jaki zwrot otrzymamy z inwestycji w bieganie. Niekoniecznie chodzi tu o zysk materialny, bo przecież lepsze zdrowie to też jest nasz zysk.

Jeśli jesteśmy przy finansach: gadżety dla biegaczy są kosztowne. Zakładając, że nie jesteśmy już “świeżakami”, ale zaawansowanymi amatorami - są nam one naprawdę potrzebne czy jednak bez drogich butów czy pulsometrów można obyć?

To jest trudne pytanie, bo sam mam pulsometr, który kosztuje pewnie w okolicach dwóch tysięcy. Jeśli podchodzimy do biegania w miarę poważnie, to dobre urządzenie tego typu jest przydatne, żeby obserwować postępy w treningu.

Jeśli chodzi o buty, to te w których biega światowa maratońska czołówka nie są oczywiście wymagane, ale z tego co widać na startach, społeczeństwu ostatnio całkiem dobrze się powodzi [śmiech]. Kiedyś coś, co wydawało się fanaberią, staje się normą. Wiele osób jest w stanie przeznaczyć spore sumy na bycie “trendy”. Oczywiście jeśli mają na to pieniądze – to czemu nie? Tu wraca jednak kwestia świadomości, że jesteśmy tylko trybikami w marketingowej maszynie. Ale lokowanie produktu czy reklama są wszechobecne, lepiej to dostrzegać. Buty za 400 zł oczywiście same nie zrobią nam wyniku w maratonie.

Ale trochę pomogą?

Zysk z takich butów można pewnie przełożyć na minutę czy dwie lepszego wyniku, oczywiście pod warunkiem, że biega się już w miarę dobrze. Osobiście nie mam jednak doświadczeń z bieganiem maratonu w kiepskich butach, bo paradoksalnie, nie stać mnie na to. Startuję w maksymalnie jednym maratonie rocznie, więc nie mam tego komfortu, żeby przebiec tę samą trasę raz w gorszych, a raz w lepszych butach. W zasadzie to jest niewykonalne, producenci obuwia doskonale o tym wiedzą.
Dobre obuwie pomaga - to na pewno, ale trzeba sobie zadać pytanie, czy jeśli mój czas w maratonie to trzy godziny, a buty za pół tysiąca pozwolą mi się poprawić go o minutę, to czy warto taki wydatek poczynić.

A co z dietą? Producenci odżywek i izotoników też zbijają na biegaczach duże pieniądze.

Nie biorę odżywek i nie piję izotoników. Najważniejszą kwestią jest dla mnie skład danego produktu, a wystarczy tylko spojrzeć na etykietę dowolnego napoju tego typu, żeby odstawić go na półkę. Izotoniki, które dostaję w pakietach startowych od razu lądują w koszu. Jeśli chodzi o jedzenie - karmi mnie żona, więc jestem na diecie domowej. Z suplementów stosuję tylko żele energetyczne, bo podczas maratonu nie ma innego wyjścia.

Jeśli ktoś robi dwa ciężkie treningi dziennie, to być może dodatkowa suplementacja jest potrzebna. Ja jednak obchodzę się bez tego typu wspomagania, a organizm mam w dobrej formie. Bez odżywek można więc biegać całkiem dużo i przez wiele lat, jestem na to najlepszym przykładem.

Kusiło Pana kiedyś, żeby przejść na zawodowstwo?

Absolutnie nie. Może dosłownie przez chwilę - w liceum miałem pomysł, żeby iść na AWF. Okazało się jednak, że jakimś cudem, byłem na tyle świadomy, żeby tego nie zrobić. Do dziś jestem w szoku [śmiech].
Zarabianie na własnym zdrowiu, a przede wszystkim uzależnianie od niego własnego bytu, to moim zdaniem, kiepski pomysł. Z tym w Polsce do dziś jest trudno. Dlatego od początku miałem do biegania podejście czysto hobbystyczne. Oczywiście, miało to też związek z tym, że nie należałem do krajowej czołówki. Gdyby tak było, to pewnie myślałbym inaczej, nie mniej jednak sportowe zawodowstwo to ciężka praca, szczególnie biorąc pod uwagę specyfikę biegów maratońskich. Wszyscy nasi zawodnicy wykonują ciężką pracę, na Olimpiadę z trudem kwalifikuje się kilku ale w zasadzie z małymi szansami walki o medal. To byłoby dla mnie demotywujące, chociaż pracę naszych maratończyków doceniam i szanuję, bo wiem ile to kosztuje wyrzeczeń.

Z takimi poglądami musi się pan czuć wyrzutkiem w światku zakręconych na punkcie biegania amatorów. Takie racjonalne do bólu podejście chyba nie jest popularne.

Racjonalizm racjonalizmem, ale jednak przygotowuję się do kolejnych maratonów i walczę o coraz lepsze czasy [śmiech]. Nie da się ukryć, że też daję się ponieść walce i rywalizacji. Jeszcze do niedawna uważałem, że biegi ultra to samo zło, a w tym roku pobiegłem 68 km i planuję następne. Dlatego nie powiedziałbym, że jestem racjonalny “do bólu”. Mimo wszystko do dziś twierdzę, że bieganie dystansu maratońskiego i dłuższych, ma mało wspólnego ze zdrowiem. Kończenie zawodów słaniając się na nogach w mojej opinii nie uszlachetnia.

Wyrzeczenia jakie musimy ponieść po to żeby mieć życiówkę lepszą o kilka minut mogą być duże. Dobrze mieć w swoim otoczeniu osoby które patrzą na to co robimy z pewnej perspektywy i chłodno ocenią sens tego wszystkiego. To pozwala lepiej ustawić priorytety.

Niektórzy powiedzą: aż kilka minut lepszą.

No tak tylko to nadal tylko wynik. 2:24 w maratonie nie różni się specjalnie od 2:26. Ale wracając do pytania o bycie “wyrzutkiem”: Biegam tylko i wyłącznie dla własnej przyjemności, nie muszę być poprawny politycznie. Na upartego, gdybym dzisiaj zrezygnował z biegania, moje życie zmieniłoby się właściwie na… lepsze. Miałbym więcej czasu [śmiech]. Chociaż na początku pewnie by mi tego brakowało, szybko jednak znalazłbym nową pasję - przecież w życiu jest tyle ciekawych rzeczy do zrobienia.

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...