A tego kontrowersyjnego orzeczenia nie kwestionowali. Kaczyński, Ziobro i Gowin maja wobec SN pewien dług wdzięczności

Sąd Najwyższy w styczniu 2016 roku mógł relatywnie łatwo pozbawić Zjednoczoną Prawicę władzy. Orzekł jednak na korzyść koalicji Kaczyńskiego, Gowina i Ziobry. Nikt więc nie atakował sędziów...
Sąd Najwyższy w styczniu 2016 roku mógł relatywnie łatwo pozbawić Zjednoczoną Prawicę władzy. Orzekł jednak na korzyść koalicji Kaczyńskiego, Gowina i Ziobry. Nikt więc nie atakował sędziów... Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta
Sąd Najwyższy zajmuje się tylko sprawami najtrudniejszymi i najważniejszymi, jego orzeczeniom nierzadko towarzyszą więc kontrowersje. Nie inaczej było kilka tygodni po ostatnich zwycięskich dla Zjednoczonej Prawicy wyborach, gdy w gmachu przy Placu Krasińskich w Warszawie rozstrzygano o ich ważności. I co ciekawe, wówczas ze strony ekipy "dobrej zmiany" pod adresem sędziów nie padło ani jedno złe słowo.

Zły sąd, dobry sąd
Sąd Najwyższy to dziś nowy Trybunał Konstytucyjny. Po niekorzystnym dla koordynatora służb specjalnych i wiceprezesa PiS Mariusza Kamińskiego orzeczeniu w sprawie prezydenckiego prawa łaski naczelny organ władzy sądowniczej trafił na sam szczyt listy wrogów "dobrej zmiany". Ludzie władzy środowe rozstrzygnięcie w SN krytykują, kwestionują i sugerują, że nie mają zamiaru respektować wynikających z niego dalszych decyzji wymiaru sprawiedliwości. Do tego dochodzi bogaty repertuar obelg. Dla władzy sędziowie SN to dziś "komuniści i złodzieje", "kasta", "układ", "grupa kolesi" itd.



Nie bez powodu podkreślam, że jest tak dziś, bo wcale nie tak dawno Zjednoczona Prawica na niezwykle ważne dla niej rozstrzygnięcie przed Sądem Najwyższym czekała siedząc cicho i grzecznie. A kiedy ono zapadło, żaden człowiek "dobrej zmiany" ani przez sekundę nie zająknął się z krytyką. Choć sprawa również była bardzo kontrowersyjna. Jednak w Prawie i Sprawiedliwości, Polsce Razem i Solidarnej Polsce chyba już o tym zapomnieli.

Zapomnieli, że wobec Sądu Najwyższego mają swego rodzaju dług wdzięczności. Tak jak dziś nie brakuje sympatyzujących z rządem prawników twierdzących, że Andrzej Duda może ułaskawiać kiedy tylko mu przyjedzie ochota i robić to nawet wobec osób niewinnych, tak na przełomie 2015 i 2016 roku nie brakowało przecież ekspertów twierdzących, że wybory parlamentarne powinny zostać uznane za nieważne.

Ważność "dobrej zmiany"
A to dlatego, że koalicja Zjednoczonej Prawicy startowała "ukryta" pod szyldem komitetu PiS. Podnoszono argument, iż było to nielegalne, bo przecież prawo przewiduje odrębne zasady dla koalicji. Co prawda ekipa "dobrej zmiany" z nawiązką przekroczyła wyższy próg wyborczy obowiązujący koalicja, ale i tak argumentowano, że Jarosław Kaczyński, Jarosław Gowin i Zbigniew Ziobro po prostu wprowadzili wyborców w błąd. Nie ich niekorzyść działał też fakt, iż koalicje powinny przedstawiać Państwowej Komisji Wyborczej zawartą między nimi umowę, a Zjednoczona Prawica tego nie zrobiła.

Gdyby sędziowie Sądu Najwyższego rzeczywiście byli "stawiającą się ponad prawem kastą", z łatwością mogliby więc znaleźć podstawy, by przychylić się do jednego z protestów wyborczych, w których podnoszono rzekomy błąd popełniony przez koalicję PiS-PR-SP. I wielu spodziewało się wówczas takiego rozstrzygnięcia, bo przecież byliśmy już po pierwszych autorytarnych działaniach nowej władzy i kilku odsłonach wojny wypowiedzianej Trybunałowi Konstytucyjnemu. Na przykład tak sprawę komentował Roman Giertych:
Roman Giertych
o możliwości uznania wyborów za nieważne przez SN

Wszystko co dotychczas robi Jarosław Kaczyński wskazuje na to, że zmierza on wszystkimi siłami do zmiany Konstutycji. Ponieważ nie ma większości 2/3 w Sejmie to próbuje sparaliżować Trybunał Konstytucyjny, który jako jedyny mógłby ocenic procedurę zmiany Konstytucji. A przecież obóz JK ma tradycję podstępnego zmieniania Konstytucji (z marcowej na kwietniową). Gdy zmienią Konstytucję to mogą sobie zagwarantować 12-letnie kadencje, które jeszcze będą się zazębiać. np. Prezydent po 12 latach będzie powoływany przez Sejm, który zostanie wyłoniony w ordynacji, gdzie trzeba kandydatów opatrzyć podpisami poparcia określonej liczby urzędników itp. Wszystkie ruchy Prezydenta wskazują jasno, że musi się liczyć z postawieniem przed Trybunałem Stanu, a jedyną szansą na uniknięcie tej groźby jest wieczna władza PiS. Te rozważania szczególnie dedykuję sędziom SN, którzy do 25 stycznia muszą rozstrzygnąć, czy fakt, że PiS startował jako komitet, a był koalicją miał wpływ na wynik wyborów, czy też nie. Czytaj więcej

Jednak Sąd Najwyższy postanowił trzymać się podstawowych zasad prawa i niezbyt krytycznym okiem spojrzał na sytuację Zjednoczonej Prawicy "ukrytej" na listach wyborczych PiS. – Do partii należy wybór, czy chcą utworzyć koalicję, jak i kalkulacja korzyści oraz niekorzyści, jakie płyną z takiej decyzji. W tej sytuacji SN uznał, że partie nie utworzyły koalicji, więc przepis o obowiązku rejestracji umowy nie miał do niej zastosowania – mówiła sędzia Teresa Flemming-Kulesza uzasadniając orzeczenie o ważności wyborów.

Co bardzo istotne, dziś Kancelaria Prezydenta Andrzeja Dudy oburza się, iż Sąd Najwyższy do zdekodowania normy kompetencyjnej związanej z prawem łaski zastosował szereg wykładni, w tym wykładnię historyczną. Tymczasem w styczniu 2016 roku nikt z PiS, PR czy SP nie miał nic przeciwko temu, iż kodeks wyborczy zinterpretowano na ich korzyść m.in. dzięki odwołaniu się do przykładów z 2005 i 2011 roku, gdy na listach niektórych partii również "ukryli się" członkowie zupełnie innych formacji.

Jak więc widać, "z technicznego punktu widzenia" tak naprawdę niewiele różni orzeczenie ze stycznia 2016 roku od tego, które zapadło w środę. Dlaczego więc to pierwsze rządzący bezapelacyjnie zaakceptowali, a po ogłoszeniu drugiego w nienawistnym szale zaatakowali Sąd Najwyższy...?
POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...