"Mój mąż przy rodzicach zmienia się w rozwydrzonego bachora". Jak odciąć pępowinę męża z teściami po latach małżeństwa

Jak odciąć pępowinę męża z teściami po latach małżeństwa? fot. mat. prasowe
W zasadzie jesteście szczęśliwą parą i nie masz na co narzekać. Tylko czasem wydaje ci się, że wychowujesz cudze dziecko, a nie żyjesz z dorosłym facetem – na co dzień jest normalnie, tylko w obecności jego rodziców on zamienia się w pyskatego bachora. Wtedy czujesz, że nie gracie do wspólnej bramki, lecz, że występujecie przeciwko sobie, a on ma w swojej drużynie dwoje zawodników więcej. Nawet raz, podczas kłótni wymsknęło ci się, że jest maminsynkiem, za co on obraził się na kilka dni. W chwilach dobrego nastroju myślisz, że wtedy przesadziłaś, ale w głębi duszy wiesz, że jest dokładnie odwrotnie – twój facet to chłopiec, którego z rodzicami łączy przestarzała toksyczna pępowina.

O tym, jak rozpoznać, że wciąż istnieje, jak się jej pozbyć i dlaczego nie należy się tego bać rozmawiam z Mieczysławem Jaskulskim, psychoterapeutą Laboratorium Psychoedukacji.


Klasyczna sytuacja wielu par: młodzi spotykają się na niedzielnym obiedzie z jego rodzicami. Nie dzieje się nic wyjątkowego, a z jakiegoś powodu on zaczyna za pomocą zakamuflowanej agresji, złośliwości czy opryskliwego tonu zwracać się do swojej partnerki. Bez powodu, tak jakby obecność jego rodziców miała na niego negatywny wpływ. A ona, która zna swojego mężczyznę z zupełnie innej strony, czuje się skołowana i zaczyna się zastanawiać "co to za teatr..."

To nie jest teatr, to do bólu szczere zachowanie, zwłaszcza gdy jest nieświadome. Z takich niekontrolowanych manifestacji możemy wnioskować bardzo wiele o tym, co dzieje się z psychiką tego człowieka. To tak jakbyśmy przyłapali go na kłamstwie – nikt nie kłamie bez powodu, kłamie się, by coś ukryć.

Pytanie zatem: co?

Pierwsze, co przychodzi mi do głowy to manifestacja męskości przed ojcem. Udowadnianie, że nie jest przysłowiowym pantoflem. Z drugiej strony, odrzucając swoją żonę w obecności matki być może chce pokazać swojej rodzicielce, że to nadal ona jest dla niego kobietą numer jeden. Być może boi się odrzucenia? Są to oczywiście tylko hipotezy, powodów takiego zachowania mogą być dziesiątki. Wielu ludzi staje się opryskliwymi dla otoczenia np. w wyniku stresu, jaki przeżywają w danym momencie. To powszechne i raczej nietoksyczne zachowanie również może być przyczyną opisanej przez panią sytuacji, dlatego na miejscu tej źle traktowanej młodej kobiety nie w zachowaniu męża upatrywałbym problemu.

A w czyim?

W swoim.

Dlaczego?

To nie jest normalne, że będąc źle traktowaną wpada się w konsternację i od razu szuka przyczyny takiego zachowania zamiast po prostu zwrócić mu uwagę. Jeśli szłaby pani ulicą i w pewnym momencie spadłaby pani na głowę cegła, zaczęłaby się pani zastanawiać dlaczego tak się stało, czy może skupiłaby się pani na opatrzeniu rany? To pytanie retoryczne i proszę odpowiedź na nie przełożyć na dbałość o nasze zdrowie psychiczne.

Chce pan powiedzieć, że nie liczy się intencja, tylko skutek?

Oczywiście, że liczy się intencja, ale przyglądanie się jej leży po stronie sprawcy. Nie może być tak, że rozumienie przyczyn zachowania naszego partnera zastąpi oczekiwanie godnego traktowania nas i dbałość o dobrą relację.

Czyli to nadmierna empatia w opozycji do zdrowego egoizmu?

Tak. Postawa bardzo empatyczna świetnie się sprawdza wobec dziecka. Jako rodzice powinniśmy rozumieć, że dziecko popełnia błędy, powinniśmy zastanawiać się nad tym, z czego jego zachowanie wynika, bo być może sami popełniamy błąd w tym, jaki świat mu pokazujemy, jak je traktujemy. Natomiast relację partnerską tworzą dwie dorosłe osoby. Nie powinniśmy więc wyręczać partnera w myśleniu i autorefleksji.

Jak zatem rozmawiać z partnerem, który w obecności swoich rodziców zmienia swoje zachowanie wobec nas?

Przede wszystkim nie bać się zwracać mu uwagi, kiedy to robi. Fakt, że świadkiem naszej reakcji będą teściowie może nas wzmocnić. Być może jego rodzice też odczuwają niewypowiedziany dyskomfort, być może sami uważają, że zachowuje się nieodpowiednio. Wówczas będzie szansa, że staną po naszej stronie i potwierdzą nasze obserwacje.

A co jeśli będzie odwrotnie?

Zakładanie z góry jak będzie nie powinno mieć wpływu na nasze zachowanie. Kiedy mąż czy partner traktuje nas źle, reakcja jest jedna. Nie należy się jej bać, nawet jeśli istnieje szansa, że zostaniemy zaatakowani ponownie przez więcej niż jedną osobę.

Nie wystarczy przemilczeć sprawy i porozmawiać w domu?

Rozmowa "po" jest oczywiście konieczna, ale z reagowania na bieżąco nie powinniśmy rezygnować, bo wytrzymując tego typu sytuacje pokazujemy, że dajemy radę je znosić i jednocześnie dajemy przyzwolenie na to, by takie sytuacje się powtarzały.

Przekonał mnie pan. Zatem jak rozmawiać "po"?

Nie powiem nic nowego: spokojnie, otwarcie i szczerze. Nie oceniać, mówić o swoich uczuciach. Mówić: "spójrz, jeśli postępujesz tak i tak, ja czuję się tak i tak. Czuję, że nie grasz ze mną w drużynie, a przecież jestem twoją żoną." Najważniejsze jest, by nie interpretować tych zachowań, a przynajmniej nie dzielić się tymi interpretacjami. W ten sposób przeniesiemy punkt ciężkości rozmowy z uczuć na analizę zdarzeń, a to z uczuciami partnera dzieje się coś, co zmusza go do takich zachowań. Aby coś zrozumiał, aby coś naprawdę się w nim zmieniło on sam musi dotrzeć do tego, co czuje i sam musi wywnioskować co powoduje, że przy swoich rodzicach czuje do swojej partnerki agresję.

Takie przymykanie oka na krzywdy, jakie nam się wyrządza i tłumaczenie powodów partnera kojarzy mi się z tym, co mówią ofiary przemocy, które uzasadniają dlaczego nie odeszły lub nie zadzwoniły na policję.

To skrajny przykład, ale rzeczywiście mechanizm jest ten sam. Umiejętność minimalizowania swoich szkód czasem się przydaje, ale trzeba tej umiejętności używać z rozwagą. Jeśli na przykład wiemy o swoim partnerze, że nie potrafi utrzymać nerwów na wodzy, kiedy jest bardzo głodny, to prócz rozmów dydaktycznych najpierw warto dać mu kanapkę. Oczywiście trochę przejaskrawiam, ale chodzi o to, że niektóre agresywne czy niesprawiedliwe zachowania partnera wobec nas wynikają z przyczyn błahych na tyle, że nie warto zawracać sobie nimi głowy. Problem pojawia się w sytuacji, w której zaczynamy wytrzymywać coś, czego wytrzymać się nie da, a sytuacja poniżania czy złego traktowania w obecności rodziców naszego partnera może się do tego zaliczać.

Co jest wyznacznikiem sytuacji, w której nie da się wytrzymać i w której powinniśmy reagować?

Cierpienie. Jeśli to, co robi nasz partner nas krzywdzi, sprawia nam ból, powinniśmy się bronić. To naprawdę można pogodzić z empatią, wystarczy nie atakować i fiksować się na pretensjach, tylko mówić co nam na sercu leży. W przeciwnym razie tylko wspieramy niedojrzałość partnera, bo przecież wyręczanie i zdejmowanie odpowiedzialności za swoje czyny to domena rodziców, którzy wychowali dziecko niesamodzielne emocjonalnie.

Aż się ciśnie na usta określenie "maminsynka"...

Tak, choć nie lubię tego uproszczenia, bo sugeruje, że to wyłącznie nadopiekuńczość matki doprowadziła jej syna do stanu patologicznej niedojrzałości. Tymczasem, gdy słyszę określenie "synuś mamusi" od razu zaczynam się zastanawiać gdzie był tatuś. Bycie maminsynkiem to przede wszystkim brak męskiego wzorca.

Wszystko, o czym pan mówi wskazuje na to, że mężczyznę, który zmienia zachowanie wobec swojej partnerki przy swoich rodzicach, łączy z nimi nieodcięta pępowina.

Tak, ale chciałbym zwrócić szczególną uwagę na fakt, że metafora odcinania pępowiny jest dużo głębsza niż powszechnie się o niej myśli. Pępowina nie jest tylko nicią, materialnym sznurkiem, który nas łączy z matką. Pępowina do pewnego momentu pozwala nam żyć, a od narodzin temu życiu zagraża – przecież po tym, jak dziecko wydostanie się na świat pępowinę trzeba odciąć nie po to, by fizycznie oddalić dziecko od matki, ale po to by jego organizm mógł funkcjonować. Tak samo jest w przypadku metaforycznej pępowiny rozumianej jako psychologiczną więź dziecka z rodzicem. Jeśli w pewnym momencie się jej nie odetnie, to połączenie zacznie szkodzić zdrowiu psychicznemu dziecka. Różnica polega tylko na tym, że fizycznie pępowinę po porodzie odcina się jednym ciachnięciem nożyczek, a metaforyczną pępowinę odcina się stopniowo zaczynając już od 3-4 roku życia dziecka.

Dlaczego akurat wtedy?

Ponieważ w tym wieku dzieci zamieniają fascynację swoją matką, która jest naturalna i dotyczy wszystkich dzieci, na fascynację rodzicem płci przeciwnej. Chłopcy mają łatwiej, bo ich uczucie po prostu zmienia nieco swój charakter. Dziewczynki zaś przeżywają rozterki, które polegają na konflikcie ukochana mama kontra niezwykły tata. Dzieci zaczynają być zazdrosne i choć kochają oboje rodziców, to z powodu swej fascynacji chcą rodzica płci przeciwnej mieć na wyłączność, chcą rodziców jako parę rozdzielić manifestując swoją obecność. Dlatego ten czas w życiu dziecka zwany jest edypalnym. I jeśli w czasie jego trwania dziecko nie dostanie wyraźnego sygnału od rodziców: "bardzo cię kochamy i masz w nas wsparcie, ale nadal będziemy razem", może zacząć błędnie rozumieć, jaka jest różnica między miłością dziecka do mamy, a mamy do taty. Dziecko, by się prawidłowo rozwijać i usamodzielniać emocjonalnie musi w tym okresie swojego życia przeżyć naturalne odrzucenie, musi zaufać, że choć np. chłopiec nie ma matki tylko dla siebie, to nie oznacza, że ona go opuszcza czy nie kocha.

W takim razie jak to naturalne odrzucenie powinno wyglądać w praktyce?

Rodzice powinni bez agresji, oceniania czy karcenia dziecka za jego zachowanie pokazywać, że są nierozerwalną całością. Że mają swoje sprawy, swoją sypialnię i to, że spędzają czas tylko we dwoje niczego złego dla dziecka nie oznacza. Odcinanie pępowiny można też porównać do holowania przez auto rodziców, auta, w którym jedzie dziecko . Cel jest taki, by dziecko jako dorosły człowiek jechało samodzielnie, bez liny, na równi z rodzicami. Tymczasem, jeśli jako dorośli ludzie wciąż czujemy się emocjonalnie zależni od rodziców, to znaczy, że wciąż jesteśmy na holu. Mężczyźni, którzy z jakiegoś powodu źle traktują swoje partnerki w obecności swoich rodziców, z pewnością są na holu.

Paradoksalnie, nawet jeśli sytuacja byłaby odwrotna i on zachowywałby się agresywnie wobec swoich rodziców, to też świadczyłoby o nieodciętej w porę pępowinie. Kiedy deklarujemy, że nie chcemy mieć z rodzicami nic wspólnego i że nic nas z nimi nie łączy jednocześnie dajemy świadectwo, że ta więź jest bardzo silna, bo gdyby jej nie było czulibyśmy obojętność. Tymczasem szarpią nami emocje. Zawsze gdy poszukujemy źródła swoich nieszczęść na zewnątrz, a zwłaszcza w błędach wychowawczych naszych rodziców, obnażamy swoją niedojrzałość, niegotowość na decydowanie o sobie samodzielnie.

To brzmi trochę jak wyrok – nie odciąłeś pępowiny na czas, jesteś stracony i do końca życia będziesz maminsynkiem.

A jest dokładnie odwrotnie. Fakt, że rodzice uniemożliwiali nam usamodzielnienie liczy się tylko do pewnego momentu. W końcu siłą rzeczy stajemy się dorośli, mamy związki, pracę, dom... Możemy zrobić z relacją z naszymi rodzicami, co nam się podoba. Wystarczy tylko dostrzec tę możliwość i pozwolić sobie na to. Odcinania pępowiny nie należy się bać. To, w jaki sposób mówimy o pewnych zjawiskach czy emocjach powoduje, że w ten sposób o nich myślimy. Samo określenie budzi lęk, bo kojarzy się z rewolucją. Z ostrym, drastycznym cięciem, które wszystko zmieni. Tymczasem to ewolucja, łagodny proces, który w dorosłym życiu nie musi być postawieniem rodziców przed faktem dokonanym i deklaracją, że od dziś będzie inaczej. Dojrzałe zachowanie polega na tym, że po prostu wprowadzany zmiany, a nie mówimy, że je wprowadzamy. Jeśli mamy kłopot z tym, że mama dyktuje nam, co mamy dziecku gotować na obiad, nie warto przekonywać jej, by tego nie robiła, tylko gotować po swojemu. To banalny przykład, ale obrazowy. Po kilkunastu konsekwentnie ugotowanych obiadach według naszego menu jest spora szansa, że mama przestanie to komentować. Najgłębsze zmiany zawsze dokonują się drogą małych, systematycznych kroków zawsze w tę samą stronę.

Sugeruje pan, że możemy naprawić błędy wychowawcze naszych rodziców?

Tak, możemy to zrobić za nich i bez ich udziału. Nie ma sensu oczekiwać od swojej matki czy ojca, że na starość przejdą mentalną metamorfozę. Że dostrzegą błąd w czymś, co było dla nich naturalną koleją rzeczy przez całe życie. Co prawda dojrzewanie jest procesem, który się nie kończy, ale jako dorośli ludzie mamy wpływ tylko na siebie samych. Tylko na to, co sami o sobie myślimy, co robimy, jak myślimy o innych. Jeśli nasze relacje z rodzicami, nawet będąc najbardziej zapatrzonym w matkę maminsynkiem, zaczną nam przeszkadzać w budowaniu życia rodzinnego z żoną i dziećmi, jest szansa, że dostrzeżemy w czym problem. Wówczas będziemy mogli się z nim zmierzyć. A partnerka, która potrafi wymagać dojrzałej postawy może ten proces późnego odcinania pępowiny bardzo wspomóc.

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...