"Przypadkiem dowiedziałem się, że wziąłem kredyt". Wystarczyło, że na chwilę oddał swój dowód w inne ręce

Pan Andrzej na własnej skórze sprawdza, jak znaleźć się w Krajowym Rejestrze Dłużników.
Pan Andrzej na własnej skórze sprawdza, jak znaleźć się w Krajowym Rejestrze Dłużników. Maciej Świerczyński / Agencja Gazeta
Na rynku działa coraz więcej firm pożyczkowych, oferujących szybki, łatwy do uzyskania kredyt. Reklamują się hasłem "bez BIK i poręczycieli", w praktyce okazuje się jednak, że także bez dokładnej weryfikacji osoby biorącej pieniądze. To woda na młyn oszustów.

Historia zaczyna się dwa miesiące temu. Pan Andrzej trafia do jednego z warszawskich szpitali, gdzie lekarze przez dwa tygodnie walczą o jego życie. Później jeszcze kolejne dwa tygodnie okupuje łóżko szpitalne. Gdy wreszcie wraca do domu może mówić, że miał więcej szczęścia niż rozumu i od teraz żyje niejako na kredyt. Szybko okazuje się, że rzeczywiście...



Listonosz przynosi pismo wzywające do natychmiastowej spłaty kredytu. 1500 zł nie robi na panu Andrzeju tak wielkiego wrażenia jak sam fakt, że w ogóle zaciągnął jakieś zobowiązanie. – W czasie gdy podobno brałem kredyt leżałem jak trup w łóżku, na silnych lekach przeciwbólowych, momentami "odlatując". Ale nie na tyle, żeby dziś nie móc być pewnym, że żadnej umowy nie podpisywałem – dziwi się.

I nie musiał. Firma, w której rzekomo zaciągnął zobowiązanie nie wymaga złożenia podpisu na dokumencie pożyczki. Nie ma żadnych umów "papierowych", wszystko odbywa się za pośrednictwem internetu. Hasło reklamowe brzmi: "weź kredyt bez wychodzenia z domu" . – Ja "wziąłem” nie wychodząc ze szpitala. Szkoda tylko, że na oczy nie widziałem tych pieniędzy, a mój kontakt z firmą pożyczkową zaczął się dopiero na poziomie monitów – śmieje się pan Andrzej.

– To prawda, w trosce o wygodę naszych klientów nie wymagamy składania podpisów na umowie o udzieleniu pożyczki – twierdzi pani Joanna z firmy, która teraz straszy windykacją pana Andrzeja. – Procedura wygląda tak, że klient dzwoni, podaje przez telefon dane z dowodu, takie jak numer pesel i seria dowodu. Wszystkie rozmowy są oczywiście prowadzone za pośrednictwem zabezpieczonych przed podsłuchem linii, te dane są u nas całkowicie bezpieczne – przekonuje pani Joanna.
Działa to więc podobnie, jak na przykład zawieranie polisy ubezpieczeniowej w Link4. W przypadku kredytu dodatkową procedurą jest podanie numeru konta i przesłanie jednego grosza tytułem weryfikacji. – To w sumie powinno działać, problem polega na tym, że jednak nie działa – żali się pan Andrzej. Już wie, że pieniądze wpłynęły na numer konta, którego na oczy nie widział, w banku, którego oddział widział gdzieś- kiedyś, ale nawet nie pamięta gdzie to było i kiedy.

– Pierwsza moja myśl była taka, żeby zapłacić to i mieć święty spokój. Ale później stwierdziłem, że jeśli dla mnie te półtora tysiąca nie jest jakimś strasznym wyzwaniem, to są ludzie, którzy za tyle muszą przeżyć przez miesiąc. A przecież oni też mogą paść ofiarą oszustów – twierdzi poszkodowany. Jak sam mówi, postanowił być samotnym mścicielem, krzyżowcem i obrońcą niewinnych, zdecydował się zgłosić sprawę na policję.
Na komisariacie opowiadał, jak leżał w szpitalu. Trafił tam „z ulicy”, jego rzeczy osobiste przez tydzień spoczywały w szpitalnym depozycie. – Może wtedy ktoś spisał dane z mojego dowodu? A może złodzieje w inny sposób weszli w ich posiadanie? Nie chcę nikogo oskarżać, mam nadzieję, że policja wyjaśni tę sprawę od początku do końca – mówi pan Andrzej. – Dziwne w tym wszystkim jest to, że kredyt został udzielony na podstawie dowodu, który już na dniach miałem wymieniać, bo kończył się jego okres ważności. Pożyczka została wypłacona już po tym terminie, ale jak widać nikomu to nie przeszkadzało – dodaje.

– Jeśli chodzi o numer dokumentu tożsamości, to musiało dojść do jakiegoś niedopatrzenia. Takie rzeczy się zdarzają, udzielamy wielu kredytów, może pracownik nie zwrócił uwagi na tę datę. Ja o tej sprawie nie słyszałam, proszę dzwonić do centrali – tłumaczy pani Joanna z firmy pożyczkowej. W centrali dowiadujemy się, że sprawa jest na etapie wyjaśniania i niech to wystarczy za komentarz.
Policjanci z którymi rozmawiał pan Andrzej przyznawali, że nie jestem pierwszym poszkodowanym, podobnych zgłoszeń mieli już kilka wcześniej. – W sieci czai się wiele niebezpieczeństw, dlatego zawsze trzeba uważać, gdzie i komu udostępniamy nasze dane wrażliwe – tłumaczą w rozmowie z naTemat policjanci z komendy stołecznej policji. – Złodzieje mają różne techniki kradzieży pieniędzy, choć akurat o takiej jeszcze nie słyszałem – wyznaje Krzysztof Rosicki z warszawskiej policji. – To pewnie jakaś nowa akcja z wyłudzaniem kredytów "na słupa", tyle że w tym wypadku "słup" leżał w szpitalu – dodaje.

– Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że mimo wszczęcia postępowania przez policję i tak co chwila mnie bombardują mailami i telefonami z firmy pożyczkowej. Nie chcą czekać na wyjaśnienia, grożą mi komornikiem i windykacją. Jak tak dalej pójdzie, to będę miał dwie sprawy – w jednej wystąpię jako poszkodowany, w drugiej jako oskarżony. Tyle atrakcji za marne 1500 zł. Promocja! – ironizuje pan Andrzej.
POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...