Twórcy “Spirited Away” znowu trafiają w punkt. “Czerwony żółw” to animacja dla tych, którzy nie oglądają “bajek”

Fot. Gutek Film
Nagroda w Cannes, nominacja do Oscara - te hasła zwykle wystarczą, aby zapełnić sale kinowe. W przypadku filmów rysunkowych sprawa jest bardziej skomplikowana. Animacjom spoza nurtu około-disneyowskiego rzadko udaje się dotrzeć do szerokiego kinowego grona. Nie mniej jednak są też perełki, którym ta trudna sztuka się udaje. “Czerwony żółw” zdecydowanie ma taki potencjał.

Baśń dla dorosłych; urzekająca animacja, w której nie pada ani jedno słowo; poruszająca, uniwersalna historia, obejmująca kluczowe etapy ludzkiego życia - to wszystko cytaty, które z powodzeniem można by na plakacie “Czerwonego żółwia” umieścić. Jednocześnie, jest to tak naprawdę jedyny zestaw informacji, który powinniście posiadać wybierając się na seans. Bo “Czerwony żółw” to jedna z tych niepozornych produkcji, które zupełnie nie aspirując do wielkości, w sposób całkowicie nienachalny pomagając znaleźć odpowiedź na fundamentalne życiowe pytania. Warto dać się zaskoczyć.
Nie zdradzając więc za wiele, powiedzmy więc tylko, że przez 80 minut trwania filmu będziecie cichymi obserwatorami zmagań rozbitka na bezludnej wyspie. Nie poznacie jego przeszłości, nie dowiecie się, jak doszło do katastrofy, w wyniku której wylądował na rajskiej plaży, nikt też nie zdradzi wam nawet jego imienia - swoisty everyman wrzucony w konwencję robinsonady.



Równie lakoniczne wyjaśnienie można zaoferować jeśli chodzi o postać tytułową. Czerwony żółw pojawia się na ekranie we własnej "skorupie", ale to kim, lub czym tak naprawdę jest, niech pozostanie tajemnicą - dodajmy, że kluczową dla rozwoju akcji. Po takiej podpowiedzi nie trudno jednak wywnioskować, że opowieść rozegra się na pograniczu realizmu magicznego. Warto jednak zaznaczyć, że elementy “nierzeczywistości” wcale jej nie zdominują. Co więcej: wydają się być naturalnymi mechanizmami napędzającymi życie na wyspie, niemal na równi z siłami przyrody.

Jeśli chodzi o język opowieści, warto podkreślić raz jeszcze, że z ekranu nie pada ani jedno słowo. Oczywiście nie oznacza to, że postaci nie komunikują się między sobą - wręcz przeciwnie. Brak słów uzmysławia nam jednak, że komunikacja to pojęcie uniwersalne dla wszystkich gatunków, a każda “rozmowa” na poziomie emocjonalnym przebiega według podobnych schematów, nawet jeśli interlokutorem jest krab-pustelnik.

Nieobecność warstwy tekstowej sprawia, że jeszcze większą uwagę skupiamy na animacji. A ta została wykonana po mistrzowsku, bo żaden inny rezultat nie wchodził właściwie w grę. “Czerwony żółw” wyprodukowało japońskie Studio Ghibli, które w 9 recenzjach na 10 zostanie określone jako “legendarne”. Nawet ci, którzy w animacji nie siedzą, słysząc tytuł jednego z ich największych hitów: “Spirited Away”, zastrzygą uszami.

Japońska stylistyka ujawnia się już w pierwszej sekwencji. Wprawne oko wychwyci niuanse delikatnej kreski, którą naszkicowane zostało wzburzone morze, a pierwsze skojarzenie z Wielką Falą w Kanagawie będzie jak najbardziej na miejscu.Kiedy jednak na ekranie pojawi się twarz rozbitka, jasnym stanie się, że “Czerwony żółw” to efekt koprodukcji. Czarne kropeczki oczu, dokładnie te same, co u francuskiego Tintina, wskazują niezbicie na europejskie korzenie głównego bohatera. Nic dziwnego, skoro jego “ojcem”, a zarazem reżyserem, jest Michaël Dudok de Wit - Holender, który w 2001 roku zdobył Oskara za animowany krótki metraż pod tytułem “Father and Daughter”.

“Czerwonego żółwia” nie warto jednak oglądać ze względu na statuetki, nominacje, czy gwiazdki przy recenzenckich główkach. Na bezludnej wyspie i tak nie mają one przecież żadnego znaczenia. Liczy się przyjemność związana z tym, że przez krótką chwilę, zanim zapalą się światła, poczujecie, że rozwikłaliście tajemnicę sensu życia.

Artykuł powstał we współpracy z dystrybutorem Gutek Film.

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...