Po tej wyprawie życie już nigdy nie będzie takie samo. Podróżnik zdradza, co w praktyce oznacza "mieć święty spokój"

Antarktyda to najcichsze miejsce na świecie. Prawo autorskie: antantarctic / 123RF Zdjęcie Seryjne
Gdy patrzymy w niebo pełne gwiazd, milczymy. Kiedy chcemy nadać wagi swoim słowom, mówimy szeptem. Gdy słuchamy muzyki czy oglądamy film najsilniejsze emocje budzą się wtedy, gdy jest cicho. Sprzed nosa uciekają nam najlepsze pomysły dlatego, że dajemy się zagłuszyć...

O tym, dlaczego każdy z nas powinien wyruszyć na poszukiwanie swojej własnej, prywatnej ciszy opowiada nam Erling Kagge, norweski podróżnik i filozof, autor książki pt. "Cisza".
Ile najdłużej pozostawał pan bez kontaktu ze światem?


50 dni. Było to na Antarktydzie, zdobywałem wówczas biegun południowy.

Słyszał pan o tym, że najniebezpieczniejsi przestępcy są umieszczani w izolatkach nie dlatego, że są najniebezpieczniejsi, lecz dlatego, że kara izolacji jest najdotkliwszą z kar? Pan decyduje się na izolację z własnej woli...

Jednak nie czuję się ukarany (śmiech). To mój wybór, wiem na co się decyduję wyruszając w samotną wyprawę.

Więc na co?

Wyprawa na biegun południowy nie polegała na niczym poza stawianiem jednej nogi za drugą po największej na świecie lodowej pustyni.

Choć nie brzmi to jak opis fascynującej wędrówki, po lekturze pana książki wiem, że to tylko pozory. Że do rzeczywistości wraca pan jak zza światów.

Antarktyda to najbardziej bezludne i najcichsze miejsce w jakim byłem. Wszystko jest tam płaskie i białe, aż po horyzont, jednak tak jak pani wspomniała – tylko na pierwszy rzut oka. Po pewnym czasie całkowitej samotności zaczynam dostrzegać, że nic nie jest zupełnie płaskie, a biel ma tysiące odcieni. Im dłużej wędruję, tym mniej myślę o przeszłości, przestaję zastanawiać się też nad tym, co mnie spotka. Samoistnie skupiam się na teraźniejszości. Ludzie zazwyczaj nie zdają sobie sprawy z tego, że wciąż rozmyślają – albo rozpamiętują to, co już się wydarzyło, albo wybiegają myślami w przód. Człowiek w takich okolicznościach zaczyna wyczulać się na detale, zaczyna z nich czerpać, dużo więcej słyszeć i widzieć. Trochę tak jakby prawda o świecie była niezauważalna przez natłok myśli i brak skupienia.

Zdaje się, że właśnie ten stan nazywa pan "ciszą"?

W dużym uproszczeniu, ale tak. Cisza to dla mnie nie brak dźwięków wokół – nawet na Antarktydzie jakieś są. To również nie obcowanie z naturą, to stan bycia tu i teraz bez żadnych myśli. Trwanie, odczuwanie, bez żadnych myśli. To z jednej strony stan pustki, a z drugiej wyjątkowo głębokiej refleksji.

Jednak czy nie jest to trudne – słuchanie wyłącznie własnych myśli i dźwięków, które samemu się wytwarza? Ja gdybym miała wędrować godzinami po pustkowi pewnie słuchałabym muzyki.

Za bardzo cenię ciszę, by celowo ją zagłuszać, co nie oznacza jednak, że nie sięgałem po walkmana w trakcie podróży. Wędrując po Antarktydzie, a było to w latach 1992-1993, musiała zadowolić mnie godzina słuchania dziennie – na tylko wystarczało mi baterii.

Jakiej muzyki słucha się na Antarktydzie, by się pokrzepić?

Wybrałem operę.

Naprawdę? Dlaczego?

Słuchałem muzyki głównie gdy czułem się bardzo zmęczony, a wiedziałem, że muszę utrzymać tempo marszu. Wybrałem operę, bo ciężkie rytmiczne brzmienia napędzały mnie, by dalej iść mimo bólu. Muzykę traktowałem więc nie jak rozrywkę, lecz sposób na wprowadzenie ciała i umysłu w stan, który pozwoli mi przetrwać.
erling kagge
fragment książki pt. "Cisza"

Na samym biegunie południowym Amerykanie zbudowali bazę. Naukowcy i konserwatorzy przebywają tam całymi miesiącami, odizolowani od świata. Pewnego roku święta Bożego Narodzenia obchodziło w bazie dziewięćdziesięciu dziewięciu mieszkańców. Któryś z nich przemycił do bazy dziewięćdziesiąt dziewięć kamieni i rozdał je wszystkim jako prezenty gwiazdkowe, a jeden zatrzymał dla siebie. Nikt tutaj nie widział kamieni od miesięcy. Niektórzy od ponad roku. Tylko lód, śnieg i przedmioty wytworzone przez człowieka. Wszyscy oglądali swoje kamienie, dotykali ich. Trzymali je w rękach, wczuwali się w ich wagę, nie mówiąc przy tym ani słowa.

Z kolei w muzyce Beethovena docenia pan nie dźwięki, a ciszę.

Jest naukowo potwierdzone, że to cezury, czyli odstępy między dźwiękami generują intensywną i pozytywną aktywność mózgową. U Beethovena to bardzo czytelne – pauzy wywołują napięcie, iskrzenie w głowie. Dlatego myślę o ciszy jako o praktycznej metodzie odkrycia niektórych rozwiązań fascynującej zagadki, którą jesteśmy my sami. Dzięki ciszy możemy zobaczyć, co skrywa się za horyzontem i naprawdę bardzo się zdziwić.

Co ma pan na myśli?

Stan niepokoju, który odczuwamy zostając sami jest naturalny i znany był już w czasach Pascala [XVII wiek – przyp. red.]. To on napisał, że "...całe nieszczęście ludzi pochodzi z jednej rzeczy, to jest, że nie umieją pozostać w spokoju i w izbie". Zatem to, co dziś nas zagłusza, czyli telewizja, internet i smartfony jest wynikiem naszej potrzeby, a nie winowajcą nieumiejętności przebywania w ciszy i samotności, jak zwykliśmy myśleć. Oczywiście przez lata zrobiliśmy ogromne postępy w zagłuszaniu własnego spokoju – według badań, my, ludzie mamy gorszą zdolność koncentracji niż... złota rybka. Obecnie ludzie tracą koncentrację po ośmiu sekundach (w 2000 roku mogliśmy się pochwalić wynikiem 12 sekund), a złota rybka po dziewięciu... Wszystko przez to, że teraźniejszość nigdy nie była naszym celem, a to błąd. Bo gdybyśmy próbowali przetrzymać ten stan niepokoju, nudy i pustki, gdybyśmy nie podłączali się do wszystkiego, nie zajmowali myśli byle czym, tuż po poczuciu, że doprowadza nas to do obłędu, doznalibyśmy wielkiej ulgi. Mur, który odgradza nas od ciszy zacząłby kruszeć.

Co to znaczy?

To znaczy, że dotarlibyśmy tam, gdzie nigdy dotąd nie byliśmy. Nikt z nas tak naprawdę nie zna prawdziwej bezczynności. Kiedy się nudzimy, zaczynamy coś robić, by to zwalczyć i nudzimy się jeszcze bardziej. Kręcimy się w kółko, a bycie zajętym staje się celem samym w sobie. Jeśli jednak pozwolimy sobie na nudę, pokonamy lęk przed niepokojem, możemy odkryć rzeczy niesamowite. Życie pełnią życia to życie w ciszy.

To ciekawe, bo większości z nas wydaje się, że życie na 100 procent to robienie tego, co się chce wtedy kiedy się chce, a to z kolei przywodzi na myśl niekończące się wakacje, podróże, niezwykłe wrażenia, czyli miliony bodźców...

Moim zdaniem wynika to z faktu, że wielu ludzi nie docenia swojego potencjału i możliwości. Ludzie mają tendencję do niedowartościowania tego, co mają w środku, tego, co sami mogą sobie dać niekoniecznie wydając pieniądze, wciąż zmieniając miejsce pobytu czy fundując sobie wymyślne atrakcje. Często bywa tak, że ten cały szum jaki wokół siebie robią, setki zajęć, jakich się łapią wynika właśnie z tego, że nie chcą przyglądać się temu co mają w sobie, tak jakby się tego bali lub twierdzili, że to niegodne uwagi. Tymczasem kierunek dochodzenia do największego życiowego bogactwa, do poczucia spełnienia jest w moim odczuciu odwrotny.

Mówię to wszystko z perspektywy człowieka, który łączy w swoim życiu rolę ojca, wydawcy, mieszkańca norweskiego miasta, z rolą podróżnika, outsidera. Dzięki tej drugiej roli nauczyłem się, że to, co poza nami jest o wiele mniej istotne, i tak naprawdę wcale nas nie dotyczy. Swoją książkę napisałem po to, by podzielić się tym wnioskiem i zachęcić czytelnika do poszukiwania własnej ciszy.

Czy mówiąc o wzbogacaniu się ma pan na myśli wyłącznie kwestie duchowe?

Oczywiście, choć wiem, że również kluczowe decyzje biznesowe najlepiej podejmuje się w stanie ciszy. Bez wpływu innych osób, bez zgiełku myśli o przeszłości, tylko na podstawie tego, o czym sami jesteśmy przekonani. Przykładem może być chociażby Elon Musk. Ma on szczególny talent do wykorzystywania tego, co w filozofii nazywane jest "pierwszą zasadą": zamiast ufać przyjętym prawdom, dociera do prawdy fundamentalnej i od niej wychodzi. Wyłącza świat, a to właśnie jest droga do ciszy, w której kryją się nasze najlepsze pomysły i cały nasz potencjał. Jeśli Musk zacznie płynąć z prądem, przestanie się skupiać na tym, co ma w sobie, a zacznie słuchać doradców i ekspertów, zatrzyma się, nie zrobi już nic nowego.

Podobnie mają artyści – by tworzyć muszą się odcinać. Z kolei zwykłym ludziom ich najlepsze pomysły przychodzą podczas zmywania naczyń czy wizyt w toalecie. To dla nich dobry znak!

Skojarzyło mi się to z tym, co pisał pan o luksusie – według pana cisza to najbardziej ekskluzywny "towar".

Tak sądzę, mimo że jest darmowa, dostępna dla wszystkich, to jest trudno osiągalna i tak bardzo nam potrzebna, że okazuje się być najcenniejsza. Luksus w sensie materialnym nie ma swojej definicji, bo dla każdego oznacza coś innego, dlatego wiele mądrego do powiedzenia mają ci, którzy finansowo zdobyli już wszystko – mam takiego znajomego, który powiedział mi, że nie ma nic ponad święty spokój. Przyzwyczailiśmy się do myślenia o luksusie, jako o czymś do czego dochodzimy wciąż dokładając, wydając kolejne pieniądze, gromadząc coraz więcej dóbr, a święty spokój, czyli ciszę, osiąga się odejmując. Odejmować nie jest łatwo, to nie jest od początku przyjemne doświadczenie. Ale w moim odczuciu prawdziwy luksus jest trudno osiągalny, inaczej nie jest luksusem, dlatego cisza jest dla każdego z nas uniwersalnym dobrem luksusowym.

W książce wspomniał pan, że również dla świata przyrody cisza jest luksusem.

Tak, dobrym na to przykładem są ptaki. Przeprowadzono badania nad reakcją ptaków na coraz głośniejsze dźwięki w rejonach zurbanizowanych. Okazało się, że ptasi śpiew się zmienia, znikają niższe tony, zastępowane wyższymi, które są w stanie konkurować z dźwiękami wytworzonymi przez człowieka. Konsekwencją dla ptaków są większe trudności w znalezieniu partnera. Dlatego składają mniej jaj. Zmiany te następują od niedawna, dlatego zdaniem naukowców nie są to zmiany ewolucyjne. Przyczyna jest bardziej konkretna – ptaki żyjące na terenach zurbanizowanych stają się pod wpływem odgłosów miasta bardziej nerwowe. Co prawda w tym wypadku cisza występuje jako zjawisko dźwiękowe, nie stan ducha, jednak dla ptaków brak ciszy ma konsekwencje ostateczne...

Dla nas ludzi, cisza jako brak dźwięków też ma wymiar luksusowy – w książce zauważył pan, że najbogatsi ludzie mają ciszej działające pralki i odkurzacze.

Rzeczywiście, moim zdaniem hałas przyczynia się do tworzenia podziałów klasowych. Mniej zamożni mają też większy hałas w miejscu pracy, ściany ich domów słabiej izolują ich od sąsiadów. Poza tym zamożni mieszkają często na odludziach, tam gdzie jest cicho, a natura jest blisko. Cisza jest towarem luksusowym gdy wybieramy miejsce na wakacje – stała się wyznacznikiem dobrego, zdrowego życia. Ale jest też symbolem szacunku i stanu najwyższej powagi.

Ma pan na myśli symboliczne "minuty ciszy", kiedy chcemy uczcić czyjąś pamięć?

Nie tylko. Kiedy podziwiamy dzieło sztuki – milczymy. Zresztą np. w bardzo znanym obrazie Muncha, pt. "Krzyk" cisza to sedno. Gdy jesteśmy w muzeum i chcemy je skomentować robimy to szeptem. W ogóle kiedy szepczemy to najczęściej oznacza, że mówimy coś ważnego, godnego uwagi bardziej niż zwykle słowa. Nawet gdy patrzymy w ogień, lub w gwiazdy wolimy ciszę, bo tylko dzięki niej będziemy mogli doświadczyć przeżyć metafizycznych.

Z drugiej strony pisał pan, że "ciszę można odnaleźć nawet stojąc przy pasie startowym na lotnisku".

Bo ciszę jako stan ducha, o którym wspomniałem na początku naszej rozmowy, można wyćwiczyć. Złapać raz, a potem do niego wracać i niekoniecznie trzeba po ten stan jechać aż na Antarktydę.

Więc jak to zrobić? Domyślam się, że jednak łono natury jest wskazane...

Obecność natury mi osobiście pomaga odciąć się o świata hałasu, ale nie jest to konieczne. Ja codziennie w swoim mieszkaniu potrafię wprowadzić się w stan hipnozy, co daje mi poczucie jakbym lewitował 20 cm nad łóżkiem. Po prostu kładę się, zamykam oczy, w tle słyszę szum radia, który codziennie o tej samej porze ma identyczną treść – wiele lat temu zauważyłem, że wiadomości i dyskusje polityczne są do siebie bardzo podobne – przez chwilę słucham, a gdy zaczyna mnie to nudzić skupiam się na oddechu tak długo aż rozluźnia się całe moje ciało, a myśli przestają biec. Wówczas czuję, jakbym nie był materialnym bytem, tak jakby zanika mi świadomość bycia w ciele. Wybudzam się z tego stanu świadomie szybko i rytmicznie oddychając. Po 20 minutach jestem wypoczęty jak po porządnej drzemce i tak jak gdybym spał, nie mam pojęcia, co działo się wokół mnie przez ten czas.

To, co pan opisał jest czymś w rodzaju medytacji.

Medytacja, mindfulness, joga – to wszystko są narzędzia do tego, by nauczyć się ciszę osiągać wszędzie. Jednak nie można między nimi, a ciszą postawić znaku równości. Cisza to stan docelowy, stan ducha niezależny od otoczenia. Wracając do przykładu kontaktu z naturą – hałasem jest wszystko, co nas rozprasza, wszystkimi myślami o zobowiązaniach. Można więc mieszkać w głuchym lesie i być od ciszy o wiele dalej niż żyjąc wśród zgiełku miasta i np. praktykując autohipnozę.

W książce napisał pan, "kiedy zasłonię uszy, więcej widzę"? Czy to oznacza, że według pana zmysły się zwalczają?

To zagadnienie nad którym teraz pracuję, jako filozof. Zmysły konkurują ze sobą, ale i współpracują. To oczywiste, że zmysły uzupełniają się, ale moje doświadczenia pokazują, że mogą się też zwalczać. Na przykład gdy słuchamy muzyki, dźwięki nic nam nie dają, dopiero po połączeniu ich z obrazami i odczuciami, jakie kojarzą się nam z daną piosenką zaczynamy coś czuć. Zadałem sobie pytanie: dlaczego mielibyśmy nie czerpać z samych dźwięków? Doświadczanie za pomocą jednego zmysłu wiąże się z doświadczaniem ciszy, bo oznaczałoby odcięcie się od wszelkich dodatkowych bodźców. To przecież niezwykłe, że osoby niewidome mają tak wyczulone inne zmysły, że o otaczających nas dźwiękach wiedzą od zdrowych osób znacznie więcej... To pokazuje, że dopiero gdy odetniemy wszystko, co zbędne, możemy poczuć i przeżyć coś nowego. To dowód, że cisza to stan, w którym wszystko się zaczyna.

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...