"Podzieliłbym nas na zwolnionych i tych, którzy nie godząc się, sami odeszli". Dziennikarze lokalni mają honor

Janusz Trus za pierwszego rządu PiS został zwolniony z gdańskiego oddziału TVP. Teraz sam złożył rezygnację. Na tym jednak nie koniec. W odpowiedzi na materiał macierzystej redakcji dokonał autolustracji. Z ironią powołuje się na Jarosława Kaczyńskiego.
Janusz Trus za pierwszego rządu PiS został zwolniony z gdańskiego oddziału TVP. Teraz sam złożył rezygnację. Na tym jednak nie koniec. W odpowiedzi na materiał macierzystej redakcji dokonał autolustracji. Z ironią powołuje się na Jarosława Kaczyńskiego. FOT.MATEUSZ OCHOCKI / AGENCJA GAZETA
228 nazwisk dziennikarzy wykoszonych przez "dobrą zmianę" widnieje na liście Towarzystwa Dziennikarskiego. Lista jest mocno niekompletna brakuje, m.in. Rafała Molendy, który rzucił papierami w Radiu Szczecin. Kolejny już z byłych, Wojciech Biedak, wcześniej wiceprezes poznańskiej rozgłośni Radio Merkury, komentuje: "To, co się dzieje obecnie w mediach publicznych, jest zaprzeczeniem marzeń, jakie mieliśmy w 1989 roku czy 1991. Następuje ich upartyjnienie".

Rafał Molenda złożył niedawno wypowiedzenie. W szczecińskim radiu pracował ponad 12 lat. Był m.in. wydawcą. – Radio Szczecin stało się narzędziem walki politycznej, narzędziem w rękach PiS. Nie mogłem patrzeć, jak niszczone są elementarne zasady dziennikarstwa, jak manipuluje się informacjami, jak próbuje się przemilczeć pewne fakty. Nie ma mojej zgody na nieetyczne działania – wyjaśniał w rozmowie z "Gazetą Wyborczą". Odszedł nie tylko z radia, ale też od zawodu. W rozmowie z nami nie chciał już komentować sprawy.
Czarę goryczy przelać miał konflikt o materiał, w którym sugerowano, że Andrzej Milczanowski spotkał się z byłymi działaczami SB, by obalić rząd PiS, i gloryfikował służby bezpieczeństwa z czasów PRL. Molenda nie zgodził się na publikację materiału, ponieważ nie było konfrontacji tych rewelacji z Milczanowskim. Za odmowę miał być ukarany obniżeniem o połowę wynagrodzenia za ten dzień pracy. Molenda dodał, że nie podobało mu się przemilczanie przez rozgłośnie rocznicy 4 czerwca 1989. Wiele osób gratulowało Rafałowi Molendze na jego profilu, głównie odwagi.
Radio Szczecin tworzył niesamowity zespół ludzi. Dzięki czemu tworzyli niezwykle wysoki poziom. Wcześniej zwolniony został szef radia Tomasz Chaciński, a jedna dziennikarka przeszła do TVN. Sytuacja dziennikarzy w mediach lokalnych jest znacznie trudniejsza niż w Warszawie. Tutaj jest mniejszy rynek pracy – mówi Jolanta Kowalewska, dziennikarka szczecińskiej "Wyborczej".



Polowanie na lewaków i kodziarzy
– Podzieliłbym nas na dwie grupy: zwolnionych i tych, którzy nie godząc się, sami odeszli. U nas w Radiu Merkury naliczyłbym ze 20 osób – opowiada Wojciech Biedak, były wiceprezes tej poznańskiej rozgłośni. Nie był jednak pierwszym zwolnionym. Najpierw pracę straciła Agnieszka Gulczyńska. W Poznaniu znana była z popierania feministek, uczestniczyła w demonstracjach KOD-u. Do szerszej opinii przebiła się historia Macieja Kluczyka. Stracił pracę po tym, jak zdenerwował europosła Ryszarda Czarneckiego pytaniem o wykształcenie syna. Przemysław Czarnecki jest obecnie parlamentarzystą. Jak wyjaśniał później Kluczka, został zaproszony na dywanik do szefa. Mieli wydać wspólne oświadczenie, m.in. że posunął się za daleko w swoich pytaniach. Kluczka odparł, że nie pozwala mu na to jego sumienie.
Prezes radia Filip Rdesiński na Twitterze oświadczył: "Red. Kluczka miał spokojnie wrócić do pracy. Nie łamałem jego sumienia. Łagodziłem nastroje. Szukałem porozumienia. Szkoda". O prezesie było głośno, gdy złożył doniesienie do prokuratury, aby ścigała autorów listu skierowanego m.in. do parlamentarzystów. Autorami listu byli pracownicy, chociaż nie podpisali się pod listem w obawie o pracę. W liście zarzucali m.in. spadek słuchalności i mniejsze wpływy z reklam, a do tego polowanie na "lewaków i kodziarzy" oraz zatrudnianie ludzi z kręgu koleżeńskiego.
– Z tego, co wiem większość zwolnionych znalazła pracę. Co świadczy też o ich fachowości. Niektórzy, mimo długoletniego stażu w radiu, potrafili odnaleźć się na rynku pracy – mówi Wojciech Biedak, który obecnie jest rzecznikiem Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej i Centrum Animacji Kultury w Poznaniu. W rozmowie telefonicznej wyraźnie słyszy się głos długoletniego radiowca. – To, co się dzieje obecnie w mediach publicznych, jest zaprzeczeniem marzeń, jakie mieliśmy w 1989 roku czy 1991. Marzeń o jak najszerszej debacie publicznej. Obecnie następuje upartyjnienie – mówi.

Jestem młodym człowiekiem, mam dopiero 67 lat
Towarzystwo Dziennikarskie stworzyło listę wykoszonych przez ekipę, która doszła do władzy po ostatnich wyborach. Lista wymaga uaktualnienia. Widnieje na niej 228 nazwisk. Autorzy listy napisali: "Nie wszystkie wymienione niżej osoby zostały po prostu zwolnione z pracy. Wiele z nich złożyło wypowiedzenia, nie chcąc uczestniczyć w politycznej pacyfikacji mediów, wielu skłoniono do rozwiązania umowy o pracę za zgodą stron, oferując lepsze warunki rozstania niż w przypadku wypowiedzenia".
W Gdańsku sam z pracy w TVP odszedł jej długoletni pracownik Janusz Trus. Tym razem zrezygnował, bo za pierwszych rządów PiS obecna szefowa ośrodka po prostu zwolniła jego. Na tym nie koniec zemsty "dobrej zmiany". Wyemitowany został program, w którym mówiono o niejasnej przeszłości Janusza Trusa i przy tym chwilę wcześniej mówiono o współpracowniku SB. Dziennikarz w lokalnej prasie opublikował zaświadczenie IPN-u, że nie był agentem służb. Przyznaje, że należał do PZPR, ale też w stanie wojennym stracił pracę za krytykowanie stanu wojennego. W całej tej sytuacji potrafi jeszcze ironizować. W "Dzienniku Bałtyckim" odpowiadał czy zajmie się polityką: "Jarosław Kaczyński mówi, że trzeba brać sprawy w swoje ręce, że od wszystkich wymaga wielkiej aktywności. A ponieważ to wybitny polityk jest, więc słucham go uważnie. I jeśli będą propozycje, to je rozważę. Niczego nie wykluczam. Jestem młodym człowiekiem, mam dopiero 67 lat".

"Dobrozmianowa" pruderia?
Kolejna sprawa wymaga chyba osobnej rubryki – zwolniony przez "dobrozmianową" pruderię. Niemal jak żart wygląda rozstanie się poznańskiego oddziału TVP z dziennikarzem Dymitrem Błaszczykiem. Z początkiem czerwca w trybie natychmiastowym stracił pracę, gdyż zdaniem jego szefostwa prowadzi działalność handlową za pomocą kanału YouTube. Chodził o filmik, na którym testował prezerwatywy, a przy tym mówił, że zakłada gumę na ogórasa.
Dziennikarz zaprzeczył, ale lokalna "Wyborcza" przytacza anonimowe źródło: "Po zwolnieniu Błaszczyka spotkała się z załogą (dyrektor poznańskiego ośrodka, Agata Ławniczak – przyp. red.) mówiła o testowaniu "tego czegoś", bo słowo "prezerwatywa" nie mogło jej przejść przez usta". A co sam zainteresowany na temat zwolnienia uważa. – Trochę mi szkoda, bo poznałem kilku świetnych ludzi – tłumaczył na swoim kanale, dodając: "Koniec jest początkiem czegoś nowego".
POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...